Wersja audio
Post pierwszy. Zdjęcie z dzieckiem, małą dziewczynką. W opisie – wiek mamy, córeczki, ich imiona, miasto, w którym mieszkają.
Post drugi, tego samego dnia. Relacja z rodzinnej wycieczki.
Post trzeci, dwa dni później. Rumiane policzki, wielkie oczy. Na nagraniu dziewczynka gaworzy.
Post czwarty, kilka dni później. Ta sama dziewczynka, ubrana w cieplutki kombinezon, buja się na huśtawce.
To nie jedyne tego rodzaju wideo i zdjęcia na tym profilu. Pamiątki po wspólnie spędzonych dniach, kadry z rodzinnych wyjazdów, zajęć rozwijających malucha, na basenie, refleksje na temat rodzicielstwa. Wszystko z przymrużeniem oka i ewidentną miłością do dziecka, które jest uwiecznione w obiektywie.
Kiedyś było ich więcej, ale część materiałów została przez mamę dziecka usunięta.
– Kiedy zaczynałam prowadzić na Instagramie konto nietypowa.kowalska, czyli około dwóch lat temu, pokazywanie twarzy córeczki wydawało mi się naturalne. Większość twórców profili parentingowych tak robiła. Nie zastanawiałam się nad tym głębiej – przyznaje 34-letnia Marta, autorka instagramowego konta. Dziś jej profil obserwuje ponad 16 tysięcy osób, wtedy jednak dopiero raczkował. Ale od początku rósł szybko.
– Po pewnym czasie mój mąż powiedział, że nie czuje się komfortowo z tym, że pokazuję nasze dziecko. Zwrócił uwagę, że to, co publikujemy w mediach społecznościowych, przestaje być wyłącznie nasze, i przyznał, że wolałby, żebyśmy nie pokazywali twarzy córki w internecie. Zaczęliśmy o tym rozmawiać, a ja obejrzałam kilka kampanii społecznych dotyczących prywatności dzieci i cyfrowego śladu. To dało mi do myślenia. Od tamtej pory, jeśli pokazuję którąś z córek, to tak, żeby nie było widać jej twarzy – opowiada.
Czym jest sharenting
To, co wydarzyło się na profilu Marty, nazywamy sharentingiem. Termin nie jest nam obcy – powstał z połączenia angielskich słów: share(dzielić się) oraz parenting(rodzicielstwo) i oznacza udostępnianie zdjęć oraz nagrań z wizerunkiem swojego dziecka w internecie. Ale czy tylko?
– O sharentingu mówimy dziś w dużo szerszym kontekście. To także wpisy na blogu czy treści audio, w których rodzice ze szczegółami opisują życie swojej pociechy. Nie chodzi więc o sam wizerunek, ale o wszystkie dane i informacje wrażliwe, które trafiają do przestrzeni publicznej – zwraca uwagę Aleksandra Rodzewicz, ekspertka edukacji, pedagożka, twórczyni profilu Facetka z Poradni, która od lat zajmuje się kwestią ochrony wizerunku dziecka w sieci. – Początki tego zjawiska przypadają na lata 90., kiedy na popularności zyskiwały różnego rodzaju blogi i serwisy, w których można było budować wokół siebie pewną społeczność. Nie bez znaczenia jest jednak kontekst. A ten zupełnie inny był w 2001 roku, gdy w Polsce nie było nawet Naszej Klasy, inny w 2008 roku, gdy weszła polska wersja Facebooka, i inny jest dziś, gdy sztuczna inteligencja pozwala „rozbierać” zdjęcia użytkowników portali społecznościowych, a uczeń podstawówki potrafi stworzyć deepfake’a.
Sharenting to także wpisy na blogu czy treści audio, w których rodzice ze szczegółami opisują życie swojej pociechy. Nie chodzi więc o sam wizerunek, ale o wszystkie dane i informacje wrażliwe, które trafiają do przestrzeni publicznej.
Aleksandra Rodzewicz, ekspertka edukacji, pedagożka
– Z perspektywy naukowej muszą być spełnione trzy warunki, żebyśmy mogli mówić o sharentingu – tłumaczy doktorka Anna Brosch, pedagożka z Uniwersytetu Śląskiego, która badania nad sharentingiem prowadzi od 2016 roku. – Po …
Aby przeczytać ten artykuł, zaloguj się lub skorzystaj z oferty.
Czytaj i słuchaj treści, które poszerzają horyzonty. Wypróbuj subskrypcję i zyskaj pełen dostęp do treści z „Pisma”. Możesz zrezygnować w każdej chwili.
Dostęp online
wersja audio i na czytniki,
dostęp do aplikacji i serwisu
14,99 / miesiąc
Prenumerata
co miesiąc papierowe wydanie,
dostęp online do aplikacji i serwisu
24,99 / miesiąc

Reportaż ukazał się we wrześniowym numerze „Pisma” (9/2026) pod tytułem Jaka piękna córeczka.