Esej

Co nas powstrzymuje przed powrotem na księżyc?

Rysunki Rafał Piekarski
Plany załogowego podboju Układu Słonecznego nabierają rumieńców, ale zanim wrócimy na Księżyc czy wylądujemy na Marsie, musimy rozwiązać wiele problemów. Niekoniecznie technicznych.

Kiedy pod koniec marca wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Mike Pence na posiedzeniu National Space Council (Narodowej Rady Kosmicznej, działającej przy gabinecie prezydenta USA) zapowiedział powrót Amerykanów na Księżyc w 2024 roku, nawet specjaliści z Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej (NASA) zdawali się być zaskoczeni. Dotychczasowe plany mówiły bowiem o 2028 roku, lecz – jak to lapidarnie ujął wiceprezydent – „stać nas na więcej”. Jego przemowa, wygłoszona pod wielkim, gwiaździstym sztandarem, nawiązywała do tegorocznej, pięćdziesiątej rocznicy pierwszego lądowania na satelicie Ziemi. Znajdujący się na sali astronauta Buzz Aldrin (który brał udział w tej misji) dostał gromkie brawa. Zaraz potem Pence ogłosił plan ponownego podboju Księżyca, ustanowienia tam stałej bazy, a następnie rozwinięcia technologii, która za wszelką cenę zaprowadzi Amerykanów na Marsa.

Najgorzej, kiedy załoga przestaje się do siebie odzywać w czwartym dniu misji, bo ktoś coś powie, ktoś zrobi coś nie tak, a ty jesteś czterysta tysięcy kilometrów od domu.

Cena ta może być jednak wysoka. Technologicznie Stany Zjednoczone są już prawie gotowe do powrotu na Srebrny Glob. Trwają ostateczne prace nad statkiem Orion, który ma posłużyć jako transport podczas misji. NASA tworzy moduł załogowy, w którym mają się pomieścić cztery osoby, zaś współpracująca z nią przy tym projekcie Europejska Agencja Kosmiczna (ESA) – moduł serwisowy, zapewniający napęd w trakcie manewrów na orbicie oraz wodę i powietrze dla astronautów. Nowy amerykański program kosmiczny nazywa się Artemida, od greckiej bogini łowów, bliźniaczej siostry Apolla, którego imię dało nazwę pierwszemu amerykańskiemu programowi podboju Księżyca. Przed lądowaniem na Srebrnym Globie planowanych jest piętnaście misji ćwiczebnych, w tym przelot nad nim w 2022 roku. NASA nie dysponuje jeszcze lądownikiem. Dopiero niedawno rozdzieliła ponad czterdzieści pięć milionów dolarów między jedenastu podwykonawców, oczekując w zamian jego wstępnych projektów. 2024 rok jako termin powrotu na Księżyc wydaje się więc mało realny.

A może skoro już pięćdziesiąt lat temu polecieliśmy na Księżyc, dysponując o wiele prymitywniejszą technologią, damy radę i teraz? Elementem, który szwankuje i znacznie bardziej martwi naukowców niż technika, jest człowiek. Najsłabsze ogniwo kosmicznej układanki, właściwie pod każdym względem. 

 


po pierwsze– psychologicznym. Wyprawa na Księżyc to co najmniej trzy dni lotu w jedną stronę oraz tydzień na lądowanie i pobyt na miejscu. Dla okrągłego rachunku załóżmy: dwa tygodnie. Kilkuosobowa załoga powinna być ze sobą dobrze zgrana, by współpraca szła gładko, i tak dobrana, żeby w ciągu tego czasu nie wystąpiły konflikty. Astronauci misji Apollo, którzy w latach 60. i na początku 70. latali w kosmos, trenowali ze sobą wiele miesięcy i znali się naprawdę dobrze. – Jeśli zamkniesz na dwa tygodnie obcych sobie ludzi lub takich, którzy się słabo znają, nie będzie dobrze. Trzeba umieć ze sobą współpracować, łagodzić konflikty. Najgorzej jest, jak załoga przestaje się do siebie odzywać w czwartym dniu misji, bo ktoś coś powie, …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Esej ukazał się w sierpniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (08/2019) pod tytułem Wielkie plany najsłabszego ogniwa.

FreshMail.pl