Wersja audio

Rysunek Anna Głąbicka
Filarami mojej apteczki są obserwacja świata, wyobraźnia i emocje, które próbuję na różne sposoby przetwarzać. To właśnie z połączenia tych elementów powstają moje piosenki. Wychowywałam się przy dźwiękach folku, jazzu, bossa novy i funku. W wieku 11 lat sama sięgnęłam po gitarę, a po kilku następnych zaczęłam pisać własne utwory.
Jedną z moich pierwszych muz stał się Nowy Jork. Kiedy na przełomie lat 70. i 80. studiowałam literaturę angielską w Barnard College, uwielbiałam w przerwach między wykładami włóczyć się po Manhattanie. Przesiadywałam też wtedy w kawiarniach i pod pretekstem nauki do zajęć przysłuchiwałam się rozmowom ludzi wokół mnie. Pewnego deszczowego poranka właśnie w takich okolicznościach napisałam utwór Tom’s Diner, który kilka lat później ukazał się jako singiel promujący mój drugi album Solitude Standing.
Moją oazą w mieście był zawsze Central Park. Gdy czułam się przytłoczona zgiełkiem nowojorskich ulic, siadałam z książką w Shakespeare Garden. Dzięki temu mogłam choć na chwilę pobyć sama i przenieść się myślami do innego świata. Dziś nie mam już tyle wolnego czasu, co w okresie studiów, dlatego czytanie traktuję przede wszystkim jako formę relaksu podczas wieczornej kąpieli. Sięgam wtedy głównie po książki, które pomagają mi zrozumieć emocje, z którymi akurat się mierzę.
Często wracam do W trosce o duszę Thomasa Moore’a [amerykańskiego psychoterapeuty, religioznawcy i autora książek o duchowości i rozwoju osobistym – przyp. red.]. Nie jest to kolejny poradnik zawierający przepis na dobre życie. Moore przybliża znaną już w starożytności filozoficzną koncepcję troski o duszę, kwestionując tym samym współczesną obsesję na punkcie samodoskonalenia. Zamiast zachęcać do tłumienia negatywnych myśli, skłania do ich zrozumienia i zaakceptowania sprzeczności, które rządzą naszym życiem.
Pocieszenie odnajduję też w książkach o astrologii. Są one dla mnie trochę jak prognoza pogody. Nie zakładam, że to, co w nich przeczytam, musi od razu znaleźć odzwierciedlenie w rzeczywistości. Uspokaja mnie jednak myśl, że istnieje coś, co wymyka się spod kontroli ludzkiego umysłu i podważa naszą antropocentryczną postawę wobec świata. Może podświadomie traktuję te lektury jako formę radzenia sobie z bezsilnością – zarówno wobec polityki Donalda Trumpa czy globalnych konfliktów, jak i w obliczu osobistych tragedii.
Moja mama jest w zaawansowanym stadium choroby Parkinsona i wymaga całodobowej opieki. Mój mąż [Paul Mills, były prawnik zajmujący się obroną wolności słowa – przyp. red.] w wyniku powikłań po ciężkim przebiegu COVID-19 stracił zdolność mówienia. Boleśnie zdałam sobie przez to sprawę z kruchości naszego życia. Żeby odnaleźć się w tej nowej codzienności, zrobiłam to, co potrafię najlepiej – zaczęłam pisać piosenki. Tak właśnie powstał mój najnowszy album Flying with Angels. Tytułowy utwór to moja odpowiedź na nieustanną niepewność. Nie zawsze możemy dźwigać wszystko na własnych barkach. Czasem potrzebujemy aniołów, które dodadzą nam sił, poprowadzą we właściwym kierunku.
Ja swoje anioły odnalazłam w muzyce. Pierwszym z nich był Leonard Cohen. Już w czasach nastoletnich jego głos i poetyckie teksty przynosiły mi ukojenie, gdy czułam, że jest ze mną naprawdę źle. Słuchając Boba Dylana, zrozumiałam z kolei, czym jest wolność i że w muzyce warto czasem postawić na spontaniczność. Jednak najwięcej zawdzięczam Lou Reedowi. To właśnie po zobaczeniu go na żywo w 1979 roku zaczęłam odkrywać, kim chcę być jako artystka. Od jego śmierci 13 lat temu regularnie wykonuję na koncertach Walk on the Wild Side. Gdy staję na scenie, wciąż czuję jego obecność. On i inne anioły mieszkają w mojej apteczce.
Rozmawiał i przełożył Mateusz Roesler
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.