Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Czytaj

Cukiernica. Fragment książki „Mykwa”

Mat. prasowe, Wydawnictwo W.A.B.
Przed wyjazdem do Polski Abraham Natan ben Elisza Chaim Aszkenazi udał się z wizytą do swojego przyjaciela Szymona Gawrona, który mieszkał w jednym ze ślepych zaułków Mea Szearim, tuż obok szpitala Fundacji Rotschildów. Publikujemy fragment książki „Mykwa” Zyty Rudzkiej.

Natan pragnął rady co do swojej zamierzonej podróży, jednocześnie oczekując błogosławieństwa i dobrego słowa na drogę.

Przeczuwał, że Szymon będzie go odwodził od powziętych planów, mając jak najgorsze zdanie o Szabataju Lippmanie. Nie mogło się to podobać Szymonowi, który wszelką mistykę i rozkosz z jej uprawiania płynącą uważał za rzecz dziecinną, kuglarską i szkodliwą dla tradycyjnych nauk rabinicznych opartych na intelektualnej talmudycznej erudycji.


Masz przed sobą otwarty tekst, który udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Wykup prenumeratę lub dostęp online.


Choć Szymon pochodził z Europy Wschodniej, gdzie narodził się chasydyzm, nie mógł go nijak odczuć, twierdząc, że to chorobliwy mutant niezdrowego romantyzmu tamtych stron.

Lippman to pogański wirus, co przeniknął do judaizmu!

Wykrzyczał, stojąc na progu domu, gdyż dalej jego noga nie mogła już poczynić kroku, póki Natan nadal będzie odurzał się oparami, które buchają z tego cwaniaka Lippmana, który nawet dobrego rodzinnego geszeftu nie mógł utrzymać, nie doprowadzając do ruiny.

Natan w milczeniu wysłuchał krzyków przyjaciela, nie zważa na uchylające się, niby to od przeciągu, drzwi sąsiadów.

On sam, wiedząc o głuchocie Szymona, od dawna przywykł do jego głośnego mówienia. Za nic jednak nie mógł nawyknąć do wzburzenia i inwektyw, którymi obrzucał on Szabataja Lippmana. To on przecież odczytał przeznaczenie Natana z części srebrnej cukiernicy znalezionej w pokoju Mordki. Cierpliwie więc przeczekał, aż Szymon zmęczy się krzyczeniem i zapytał:

A jakaż to usłużna menda w tym mieście doniosła ci o mojej przyjaźni z Szabatajem?

Jaka?! A bardzo usłużna! Ale widzę, że już dałeś się temu aferzyście omamić i nawet zwiesz go przyjacielem! Ja ci mówię Natan, ty się mnie słuchaj! Ty zawsze byłeś naiwny! Ty zawsze szukałeś sensu, zamiast porządnie żyć! Ty się już więcej nie prowadzaj z tym wyleniałym wróżem!

Wykrzyczał i truchtem zbiegł po schodach, jak piesek żądny natychmiastowego spaceru.

Ale minęło ze czterdzieści dni od tej wizyty i zapewne złość Szymona już opuściła.

Z taką nadzieją Natan poszedł do przyjaciela.

Był to czwartek, więc Szymon musiał być w domu, gdyż w trzy pierwsze dni poszabasowe oprowadzał wycieczki polskie i rosyjskie po Wschodniej Jerozolimie.

Natan zdecydował się pójść dłuższą drogą do Mea Szearim, nie korzystając ze skrótu wiodącego przez Bramę Damasceńską. Najlepiej myślało mu się w czasie szybkiego marszu, z tego też powodu pragnął nadłożyć drogi. Ze Starego Miasta wydostał się Bramą Jaffy, przed którą jak zwykle polegiwał stary wielbłąd przystrojony purpurowymi pomponami przy uździe i siodle. Przeżuwając wątły wiecheć siana, zwierzę zezowało pogardliwie na Natana, jakby pamiętało, że go kiedyś ugryzło w prawe udo.

Tuż obok stał wychudzony Arab, łuskając pestki słonecznika takim samym leniwym ruchem warg, jak jego wielbłąd. Na piersi mężczyzny, stosownie do ruchu szczęk, podrygiwał aparat fotograficzny.

Choć Szymon pochodził z Europy Wschodniej, gdzie narodził się chasydyzm, nie mógł go nijak odczuć, twierdząc, że to chorobliwy mutant niezdrowego romantyzmu tamtych stron.

Natan podążał Jaffa Road, tym trotuarem, który biegnie po stronie Poczty Głównej, gdyż można było tu złapać choć odrobinę cienia, rzucanego przez budynki. Nic nie zakłócało jego rozmyślań, do czasu gdy dotarł do bazaru Mahane Yehuda. Tu bowiem został wciągnięty w trąbę powietrzną nasyconą mieszanką zapachów, odorów i pachnideł, przeróżnych marynat i kiszonek z kramów Żydów z Europy Wschodniej, serów rosnących, cymesów słonych i słodkich, koszerów stałych, płynnych, mazistych i zawsze pierwszej świeżości, i zawsze pod kontrolą czynionych.

Przy tych wszystkich wonnościach zapach ulubionych owoców Natana z rodzinnej Tyberiady nie miał już szans przedrzeć się do jego nozdrzy.

Przeczytaj także: Wokół kultury żydowskiej

Dostęp online
Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Kup

Czasowo pozbawiony zmysłu powonienia, a to za sprawą kakofonii zwalczających się zapachów, Natan resztkami sił wkroczył w małą uliczkę potulnie wiodącą do Mea Szearim. Odnalazł spokój i cień zadomowiony tu z powodu ciasnej zabudowy. Ludzi dostrzegał niewielu, a ci napotkani pośpiesznie przemykali z opuszczonymi głowami, niczym trwożne mniszki o policzkach ocienionych kornetami w zaułkach Bazyliki Grobu Jezusowego.

W tej części miasta powietrze odzyskiwało płynność, nienaruszalność, pachniało suchymi kamieniami, jak całun spowijając labirynty uliczek. Natan wypatrzył napis na plakacie naklejonym na chropowaty mur domu: Przechodniu, tu panuje Prawo Boskie, a nie człowiecze, respektuj to!, znak, że zaułek, w którym mieszkał Szymon Gawron, był tuż za rogiem.

W ciemnym podwórzu słychać było miarowe stukanie wydobywające się z zakładu szewskiego. Przemykając obok zmurszałych drzwi, Natan zobaczył dwóch kilkuletnich synów szewca mocujących się z podeszwą męskiego buta umocowanego w prawidle. Ich starszy brat, w stroju z jesziwy, siedział na progu z głową złożoną na kolanach i oplecioną ramionami. Wydawało się, że śpi.

Natan wszedł do sieni, zatrzymawszy się na chwilę w progu, by dwoma palcami dotknąć przybitej do futryny mezuzy, po czym ucałował palce i począł wspinać się do mieszkania Szymona.

Kiedy dotarł na miejsce, dotknął mezuzy, tym razem tej na drzwiach przyjaciela, ucałował palce i zapukał kilka razy.

Wyczekując, wpatrywał się w słowo Szaddaj napisane ozdobnymi literami na białym porcelicie. Szymon nie nadchodził, a Natan, przypomniawszy sobie o jego głuchocie, ponownie, tym razem ze zdwojoną siłą, zapukał do drzwi. Po chwili dało się słyszeć ciężkie szuranie kapci i ochrypły głos:

Idę, idę! Kto to tak się dobija, jakbym był jaki głuchy!

Szymon nieznacznie uchylił drzwi, aby zobaczyć przybysza, a rozpoznawszy w nim Natana, otworzył je na oścież, tak jak ramiona, w które z radością chwycił przyjaciela.

Poszli w głąb mieszkania – przypominało tramwaj, wąskie i długie.

Na końcu amfilady stał okrągły stół zarzucony gazetami, listami, pismami do urzędów, które Szymon tłumaczył dla nowo przybyłych emigrantów.

Zasiedli.

Głowa Szymona ledwo co wystawała ponad owal blatu, pociągła twarz wydawała się schowana w chudych ramionach. Żywa mimika gospodarza miała za tło szarą szybę okienną i rachityczne samosiejki pnące się ku światłu.

Szymon, przyszedłem do ciebie po radę i błogosławieństwo na drogę. Ciebie przyjaciele, na cześć twojej pobożnej mądrości, nazywają: Cohen, chcąc uznać w tobie potomka Arona, członka rodu kapłańskiego…

Zaczął uroczyście, teatralnym głosem, Szymon przerwał mu:

Natan, ty się zdecyduj: czy ty chcesz rady, czy dobrego słowa na drogę. Bo mówisz tak, jakbyś chciał jednej tylko rady, że masz jechać.

Natan nerwowo poprawił się na krześle.

No… Szymon… to jak mam wybierać, to trzeba mi chyba powiedzieć, że chcę rady…

A, co ja ci mogę, Natan, poradzić?! Ja ci powiem, jak dobry żydowski prawnik: chcesz, to jedź, nie chcesz – nie jedź!

Odpowiedział szybko, wzruszając ramionami i rozkładając ręce.

Szymon, mnie przymus ogarnął. Muszę jechać. Chcę tylko wiedzieć, jak tam jest? Powiesz?

Zapytał Natan bardziej już potulnym tonem.

Jak jest? Jakie ty mi pytania stawiasz? Jak ma być? Zimno. Ciepłe portki sobie kup.

Szymon, nie żartuj sobie ze mnie. Opowiadaj.

Wykrzyknął zniecierpliwiony Natan.

Czego ty się po mnie spodziewasz? Ty się za dużo spodziewasz. I po mnie, i po tej podróży. Ty się za dużo po życiu spodziewasz.

Szymon popatrzył w twarz Natanowi, a ten pochylił się ku niemu nisko ponad stołem, szeptem powiedział:

Może być, Szymon, że ja zwariowałem. Ale, co mam robić?

Natan, tobą rządzi nie pokora, pobożność, ale ten kawałek blaszki, coś go wynalazł w pokoju nieboszczki Mordki. Może i kiedyś to była z tego cukiernica. I może to jest wyrób polski, i te inicjały to też kogoś. Co z tego, Natan? Ja się zapytuję, i co z tego? Mnie też ukochana mame w becik włożyła łyżeczkę, kiedy mnie obcy ludzie na przechowanie wzięli. I tam wygrawerowano litery: SK. Ale ja nie rozmyślam nad tym wszystkim. Nie. Ja, Natan, żyję, ja, wydany śmierci, żyję. I ja się tym cieszę, i chwalę Pana Wieczności za każdy dzień, który z pokorą przyjmuję. A czy ja się cieszę jako Szymon Gawron, jak mnie dobrzy ludzie nazwali, czy jako Szlomo Kowalski, czy jaki inny, to czy to nie wszystko jedno? Czy to jest takie ważne, kto ja byłem? SK. Ja mogłem być Samuel Kanada, Srul Kon, czy nawet jaki inny. Ważne, że…

Natan przerwał przyjacielowi.

Szymon, ty mnie nie rozumiesz. Mnie chodzi nie o inicjały, nazwy, imiona. Mnie, Szymon, chodzi o chaos, że on, poza naszymi umysłami, nie istnieje. Że wszystko jest zależne, powiązane, uporządkowane, ale niedostępne dla nas, nam niepojęte.

Szymon, ty mnie nie rozumiesz. Mnie chodzi nie o inicjały, nazwy, imiona. Mnie, Szymon, chodzi o chaos, że on, poza naszymi umysłami, nie istnieje. Że wszystko jest zależne, powiązane, uporządkowane, ale niedostępne dla nas, nam niepojęte.

Natan, co ty sobie w tej durnej głowie uroiłeś. Że ta kobieta istnieje! Że czeka na ciebie i jej imię jest na B. To ten farbowany prorok, Szabataj Lippman, wywróżył ci to! On kazał w to wierzyć. On myśli, że może komuś dać nową wiarę! A zresztą Natan, ja się w to nie wtrącam. Rób, co chcesz. Ale licz potem tylko na niego! A do mnie wylizywać ran nie przychodź. Wiesz, ile ty wydasz na podróż, na noclegi w zajazdach? Ile niekoszernych posiłków spożyjesz? To już nie moje zmartwienie. Nie mój portfel. Ja tylko powiem – pomódl, zastanów się. I więcej z tym krętaczem się nie prowadzaj. To bzdury. Same bzdury. Tylko bzdury. Fałszywe proroctwo, jakie ta ziemia nie jedno już widziała.

Szymon.

Natan przerwał przyjacielowi.

A co będzie, jak ja jednak spotkam tę kobietę. I ona będzie miała imię na B i będzie miała denko od tej cukiernicy, co ja mam przykrywkę. To przecież… to będzie jakiś cud, znak. Co to będzie znaczyć?

Natan, to znaczy tyle, że razem będziecie mieć już całą cukiernicę.

Więcej opowiadań przeczytasz i wysłuchasz na magazynpismo.pl/kultura/opowiadanie

Fragment pochodzi z książki Mykwa Zyty Rudzkiej, której nowe wydanie ukaże się 27 września 2023 roku nakładem Wydawnictwa W.A.B. Można ją kupić tutaj.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00