Opowiadanie

Alegría

Mieszkałem wtedy na obrzeżach dużego miasta. Miasto chyliło się tam ku rowom, wądołom, upadało długim, płaskim zboczem, które w czasie transformacji przekopano i postawiono na nim getto domów jednorodzinnych, nazywanych przez miejscowych „domkami”, w gąszczu ulic z bohaterami bajek za patronów. Mój domek stał na samym skraju tego zbocza, choć tak naprawdę trudno tu mówić o jakimś skraju, wyraźnej granicy: gdy patrzałem przez okno, wydawało się, że ludzie z pomocą wiatru ukradkiem spychają w dół wszystko, co niepotrzebne w wyglancowanym centrum, i to gromadziło się u moich stóp w tym przepastnym parowie, a może raczej kotlinie, którą przecinała stara galicyjska linia kolejowa. Od huku wagonów pękały liche mury, strojąc spojenia ścian w barwistą pajęczynkę pęknięć, przypominającą tę organiczną tak wiernie, że widziałem, jak raz sąsiadka sięgała w to miejsce mopem żółtym jak pasta jajeczna. Domki od tego urbanistycznego krateru oddzielał, jak na to wtedy mówiłem, pas wstydu – albo bezwstydu – zasupłane chaszcze, ostrężyny, zdziczałe czerwone porzeczki, które w wolności od gospodarskich zasad prowadziły fantazyjnie rozwiązłe życie, osiągając niepokojące, zmutowane rozmiary. Broniły tam dostępu, a jednocześnie, gdyby tak kucnąć i przyjrzeć się nieco z dołu, dźwigając tło zawsze tam popielatego nieba, kreśliły zygzakami gałęzi zimny i nieczytelny diagram. I przez to wszystko ten dół stał się jedną z tych przestrzeni w naszym życiu, o które bezustannie się ocieramy, a które pozostają na zawsze niedostępne, jak szpary między grzejnikiem a ścianą, zamurowane pawlacze, zaszyte kieszenie, które zawsze wydawały mi się obszarem do obcej manipulacji, czyimś podstępnym planem B.

rysunek Małgorzata Halber

Wcześniej, zanim krzaki zgęstniały w mur, ludzie przez dwadzieścia pięć lat wynosili tam popiół ze starych pieców węglowych, tworzący już solidną nową warstwę geologiczną, na który, wyobrażam sobie, nadzieje się w kolejnej erze jakiś przyszły koparkowy i zdziwi się, że łysze nic nie stawia oporu i ziemia jest niewiele cięższa od powietrza. Nadziałby się też pewnie na psie kości, bo przez długie lata ktoś w okolicy, oczywiście wszystkim dobrze znany, wyrabiał z psów i wszystkiego, co się rusza, sadło, które ludzie sobie wcierali w tyłki. Nocą grasowały tam szajki świateł i skradały się pod okna. Nie mogłem spać. 

A więc miasto chyliło się, jakby uchylało. I tak trudno było oprzeć się wrażeniu, że ten …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

FreshMail.pl