Wersja audio
Przeprosiłam się z porzuconymi na czas nauki koleżankami, w chwilach wolnych od roboty w polu chodziłyśmy razem nad rzekę. Kładłam się na wodzie, niech mnie zabierze gdzieś daleko, myślałam, choćby i na dno. Ale rzeka była tak samo ospała jak wszystko tutaj, nie niosła ze sobą żadnej odmiany.
Mogłam próbować zdawać gdzie indziej, ale wszystkie gdzieindzieje były poza budżetem naszego małego gospodarstwa. Mogłam próbować za rok, ale rok to był bezkres, nie dało się przekonać rodziców, że przez ten czas będę uczyć się dalej. Mogłam iść do pracy – ale i to odwlekałam dzień za dniem.
Coś się we mnie połamało, a na miejscu połamanego zalęgła się wątpliwość: czy jestem zdolna do bycia czymś więcej niż małą weszką pod cudzą kuratelą, jeżem oczekującym na rozjechanie na placek?
Tak jak się umówiliśmy, Lech przybył w sobotę, punkt siedemnasta. Na jego przyjście ubrałam się na żółto, w kolor zazdrości, bo dalej zazdrościłam mu wszystkiego, a zwłaszcza tego, że już chyba nic nikomu nie musiał udowadniać. W międzyczasie rozmyślałam o płakaniu na jego piersi i bardzo chciałam oddalić od siebie wspomnienie siebie pękniętej przed nim, rozedrganej, biednej. Kiedy pojawiłam się w progu, kasztanowłosa, promienista, a i znacznie czystsza niż ostatnio, Lechowi zaparło dech. Skłonił się nisko przed matką, pocałował ją w rękę i wręczył storczyk w doniczce – kwiat, który znałam tylko z podręcznika od geografii, oplatający kauczukowce w amazońskiej dżungli.
– Jak interesy, panie Maciejski? – Matka zamrugała.
– Galancie, szanowna sąsiadko. Wszystko galancie – odrzekł Lech wymijająco, znowu pocałował ją w rękę i …