Opowiadanie

Koncept nr 14

Wyciągnąłem z kieszeni kopertę zaadresowaną na moje nazwisko, z wielkim herbem Uniwersytetu Oksfordzkiego na rewersie. W środku był tylko katalog uczelni, ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Blefowałem. Na przekór prawdopodobieństwu i matematycznym szansom na zwycięstwo. Podetknąłem dyrektorce kopertę pod nos.

– Wygrałem taki mały konkurs i mają dla mnie miejsce. Baron Pavy College, założony w 1821, dwa wieki tradycji – widziałem, jak dyrce rozpalają się oczy. – Stypendium na trzy lata, czesne i cała reszta. Dyrektor Gąska obiecał, że pomoże mi w opanowaniu języka, sama pani rozumie, teraz język to dla mnie priorytet.

– Ale my też potrafimy pomóc! – Miałem ją. Złapała się. Jednak Mucha wiedziała, co mówi. Jedyne, na czym tej ropusze ostatecznie zależało, to miejsce w rankingu warszawskich liceów. A absolwent w Oksfordzie to było dużo punktów. Zbyt dużo, żeby wypuścić mnie teraz z rąk. 

– Niech mnie pani zrozumie, to nie jest tak, że mam coś do zarzucenia naszemu angliście, pan Pieniążek to pierwszorzędny dydaktyk. Ale jednak tam grupy są mniejsze, będzie mi łatwiej.

– Dziecko drogie, oczywiście, ja rozumiem. Ale poczekaj jeszcze, przecież coś wymyślimy.

Transformacja zachodziła w tej kobiecie tak prędko, jak gdyby była jednym ze zjawisk naturalnych portretowanych w przyspieszonym tempie na filmach przyrodniczych. Krokus ledwo przebija się przez śnieg – pyk! – i już kwitnie. Jakieś zwierzę umiera, a potem – pyk! – już padlina jest wyjadana przez mrowie robali. Całą sztuką było nie poddać się teraz zbyt łatwo. Udany blef musiał mieć swoją trajektorię. 

rysunek Dominik Nawrocki

– Wie pani, ja bym oczywiście chciał zostać, mam tu tylu kolegów. Ale jestem już po słowie z panem dyrektorem. No i ten angielski…

– A gdybyśmy załatwili ci korepetycje?

Udałem, że się zastanawiam.

– Wie pani, przychodzi mi do głowy jedno rozwiązanie. Jedno jedyne. Gdybym miał możliwość pracy własnej. Prawdziwego skupienia się na nauce. 

– Przecież…

– Mówię o pełnym skupieniu – nie pozwoliłem sobie przerwać. – O pracy w domu. Niezakłóconej niczym pracy w domu. To mogłoby się udać. Może mógłbym wtedy odpowiednio przygotować się do nauki na tak prestiżowej uczelni. – Uniosłem do jej oczu mój rekwizyt, pełną makulatury kopertę. Widziałem, jak propozycja stopniowo do niej dociera.

– Niezakłóconej? 

– Całkowicie niezakłóconej, pani dyrektor. 

Teraz patrzyła na mnie już nie jak na ucznia, a raczej jak na kuzyna, z którym trzeba renegocjować podział rodzinnego spadku tuż po wspólnym przecięciu przewodów hamulcowych w samochodzie dziadków. 

– Całkowicie? – upewniła się raz jeszcze. 

– Obawiam się, że żeby pozostać w tej szkole, nie mogę w niej już postawić nogi. Ani razu. Od dzisiaj. Aż do samej matury. 

Zmrużyła oczy. Zwykle oznaczałoby to nadchodzący wybuch wściekłości, ale nie tym razem. Wiedziałem, co robi. Robiła to samo, co ja wiele lat wcześniej, w trakcie karcianego pojedynku z Rożynkiem i katechetą. Kalkulowała. Liczyła opłacalność i porównywała z ryzykiem. Ważyła jedno wobec drugiego. W końcu zdecydowała.

– Niech będzie – skinęła głową i wyciągnęła do mnie rękę. Dobiliśmy targu.

 


tydzień później stałem z walizką w ręku przed drzwiami rodzinnego domu. Na głowę padał mi śnieg, delikatny jak puder. Wahałem się.  Nie chciałem wchodzić. Na
wygnaniu w Warszawie nie było mi dobrze. Ale było chociaż spokojnie. Tymczasem tu, nawet zanim przekroczyłem próg, w powietrzu wyczuwałem napięcie. Jednak było zimno, marzłem. Nacisnąłem klamkę.

Od samego wejścia oblepiła mnie przaśna rodzinność. Rodzice byli niecodziennie pobudzeni. Mama kazała całować się w policzki i „wszystko opowiadać”. Ojciec chodził za mną, mówił niewiele, za to raz za razem poklepywał mnie po ramieniu. Piotr jeszcze nie wychynął ze swojego pokoju. Nie rozmawialiśmy od sierpnia i w zasadzie miałbym im dużo do opowiedzenia, ale jakoś nie mogłem zacząć. Byłem w domu. Chciałem odpocząć. 

Nakrywaliśmy do świątecznego stołu i nagle dostrzegłem, że cała gadatliwość tych dwojga nakierowana jest na mnie, a między nimi nie ma nic. Ani słowa. Ani spojrzenia. Po jadalni poruszali się wprawnie, ale ostrożnie. Tak, by nie wchodzić sobie w drogę. Przyglądałem się im i próbowałem dojść, czy to coś nowego, czy też może zachowywali się tak już przed moim wyjazdem, tylko tego nie dostrzegałem? Parę miesięcy w Warszawie pozwoliło mi inaczej na nich spojrzeć. Zobaczyć w nich więcej ludzi. Mniej rodziców. To było nawet dobre. Jako ludzie byli jakoś pocieszni. Budzili więcej czułości, a mniej znanego mi wcześniej nastoletniego rozdrażnienia.

Z zamyślenia wyrwał mnie Piotr, który sobie tylko znanym sposobem wyczuł, że prace kuchenne się skończyły i nie wołany pojawił się w drzwiach dokładnie w momencie, kiedy ostatni półmisek był w drodze na stół.

– Dawaj to! – przejął miskę od ojca i postawił z rozmachem na stole, aż barszcz chlupnął na obrus. – Jedzmy! Nie ma co sobie życzyć na pusty żołądek – dodał, choć dla wszystkich było oczywiste, że Piotr żadnymi życzeniami nie jest zainteresowany i od razu po jedzeniu wycofa się do swojego pokoju. Mnie to nie przeszkadzało. Ten jeden raz, kiedy jako dziecko składałem mu życzenia, tak zniecierpliwił się moim jąkaniem, że przemocą wcisnął mi kawałek sernika do gardła i wyszedł z domu na papierosa. Niewiele brakowało, żebym się udławił – do dzisiaj na widok opłatka zaciska mi się gardło.

– Słyszałem, że już wiesz, na jakie studia jedziesz! – Piotr uśmiechnął się do mnie przyjaznym uśmiechem, którego u niego nie znałem. Nie miałem pojęcia, o czym mówi.

– No, pochwal się! My już i tak wszystko wiemy. Twoja matka spotkała w mięsnym pana Patyczka, on ma kontakty u was w stolicy. 

– Pana Patyczka? – potrzebowałem chwili, żeby zorientować się, że mowa o Żarłaczu. 

Byłem oszołomiony. W jakiś sposób kłamstwo o moim stypendium dotarło do rodzinnego domu. I najwyraźniej zaimponowało Piotrowi, który… próbował się ze mną bratać.

– Nie wiedziałeś? Jest absolwentem tego twojego nowego liceum, wciąż utrzymuje kontakty z dyrektorką. Obrotna kobieta! Nawet ciebie wyciągnęła na ludzi. Ja nie miałem wątpliwości, oczywiście. Od początku wiedziałem, że to bardzo dobry pomysł, żebyś jechał, zmienił otoczenie. Twoi rodzice mieli wątpliwości, ale nie ja. Bo ja widzę w tobie ten potencjał. Ty masz w sobie bardzo dużo. Tylko się boisz. Ale jakbyś tak się nie bał, mógłbyś wiele… – Piotr podniósł kieliszek. – No i robisz! Zdrowie młodzieży! Niech będzie od nas lepsza. Pamiętam, jak cię uczyłem matematyki, jak ci w lekcjach pomagałem… Nieraz potrzebowałeś czasu, ale ja to rozumiem. Idziesz powoli, bo idziesz daleko. Ha! Nie, nie myśl, że ja sobie przywłaszczam twoje sukcesy. Ja ciebie młody człowieku po prostu bardzo szanuję. I teraz rozumiem, dlaczego zawsze się dobrze rozumieliśmy. Ty nawet jak odpuszczałeś, to nie odpuszczałeś. Ja wiem, to jest ciężar. To jest brzemię. Ja je znam. Ja w ciebie wierzę. Ty i ja!

Byłem oszołomiony. W jakiś sposób kłamstwo o moim stypendium dotarło do rodzinnego domu. I najwyraźniej zaimponowało Piotrowi, który… próbował się ze mną bratać. Nie mogłem w to uwierzyć. Nachylał się i perorował, czarował, komplementował. Z kieliszkiem w jednej dłoni i widelcem w drugiej. Nie przestawał mówić. A choć mnie to żenowało, dawałem się przekupić. To był jednak Piotr. Potrafił trafić w czuły punkt. Pomiędzy okrągłymi zdaniami obwoźnego sprzedawcy garnków przemycał coś, co łapało mnie za serce, uwodziło, kazało słuchać, i słuchać, i słuchać.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Tymczasem matka posprzątała ze stołu i przyniosła struclę z makiem oraz cztery deserowe talerzyki. Piotr zamilkł. I ja głęboko odetchnąłem, przygotowując się do nadchodzącej próby.   

– Kochanie, już się najadłem, może później… – spróbował ojciec, po raz pierwszy tego wieczora zwracając się bezpośrednio do żony. Naiwny.

– Głupstwa! – zgasiła go matka i nie czekając na ripostę, ukroiła mu gruby na cztery palce plaster.

– Za duży! – zawołał ojciec, ze strachem w oczach. Ale zaraz się pohamował i opuścił głowę w geście zgody. Sam na siebie sprowadził ten los.

Potem swój przydział dostał Piotr. I ja. W końcu nałożyła sobie. Nasze kawałki były o dobrą połowę cieńsze niż ten ojca.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Zabraliśmy się do jedzenia. Babciny przepis sprawdzał się co roku. Ciasto było miękkie i jeszcze ciepłe. Mak wilgotny. Skórka chrupiąca i oblana warstwą lukru idealnej grubości. Odkąd skończyłem siedem lat, jadłem je co wigilię. Za pierwszym razem nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Byłem w wieku, kiedy świadomość granic własnego ciała jeszcze nie okrzepła w pełni. W pierwszej chwili myślałem więc, że to z mieszkaniem dzieje się coś złego. Jadalnia stała się nagle obca i nieprzyjemna, jak gdyby od samego przebywania w niej cierpła skóra. Światło z lampek na choince wdzierało się boleśnie w oczy. Nie trzeba było jednak wiele czasu, żeby doznania skoncentrowały się w ciele w sposób niewymagający analizy. Pierwsze były mdłości, a zaraz za nimi fala gwałtownych i bolesnych jak diabli skurczów. 

Nawet tamten mały plasterek, który zjadłem wtedy jako dziecko, wystarczył na dobre pół nocy żołądkowych sensacji. Kawałek, który tego wieczora dostał ojciec, obedrze go ze wszystkich cech ludzkich co najmniej do końca pierwszego dnia świąt. Protestować – to było głupie z jego strony. Makowiec był częścią naszej rodzinnej tradycji i wiadomo było, że wszyscy go zjemy. A potem całą noc będziemy mijać się na czworakach w drodze do albo z łazienki. Ojciec nie powinien był występować przeciwko tradycji. To nie było w porządku.

 


po powrocie do warszawy wiedziałem, że muszę zabrać się do pisania. Czas uciekał, a ja wciąż nie miałem nic poza luźnymi notatkami i stertą fiszek z wypisami z literatury. Zgodnie z zawartą przed świętami umową przestałem chodzić do szkoły, miałem więc mnóstwo czasu na pracę. Nie oznaczało to jednak, że łatwiej było się do niej zabrać. Tymczasem od wizyty w domu czułem się zobowiązany, żeby napisać coś dobrego. I nie zwyczajnie dobrego, ale tak dobrego, by wystarczyło do wygrania tego cholernego konkursu. Codziennie spędzałem wiele godzin na pozorowanych czynnościach w rodzaju organizowania notatek, przepisywania konspektu czy poszukiwania książek, których nie musiałem wcale czytać. Wszystko mi przeszkadzało. Gdy siadałem do pisania, coś ciągnęło mnie w szyi i kolejną godzinę poświęcałem na rozciąganie pleców. Albo na sprzątanie biurka. Albo po prostu na dreptanie po pokoju w tę i nazad, od ściany do ściany, i wymyślanie sobie od bezużytecznych nierobów. A kiedy czułem, że już wszystko z siebie wyrzuciłem i że naprawdę mogę usiąść do pracy, zwykle orientowałem się, że nic od rana nie jadłem i musiałem biec do sklepu po prowiant. Niezależnie od tego, o której się budziłem, ostatecznie do pisania siadałem wieczorem, gdy byłem już sobą za bardzo zmęczony, by próbować kolejnych uników.

rysunek Dominik Nawrocki

Ale kiedy w końcu pisałem, było to coś najlepszego w życiu. Coś, co wciąż budzi we mnie piekącą tęsknotę. Zszywanie myśli ze słowami, cyzelowanie zdań – to było jak liturgia. Na dodatek – o czym już mówiłem – wydawało mi się, że pisanie jest sposobem na bycie z innymi ludźmi. I choć dziś już wiem, że było to złudzenie, w tamtym czasie przynosiło mi to ulgę.

Chociaż, w imię szczerości, chciałbym powiedzieć, że nie mam pewności, czy tak naprawdę nie tęsknię po prostu za tym hajem, w który wprowadzałem się właściwie codziennie. Na tamtym etapie każdy dzień zaczynałem od kodeiny, a do wieczora wlewałem w siebie jeszcze dwie lub trzy dawki. W celu ochrony wątroby stosowałem sposób, którego jeszcze na jesieni nauczył mnie Balon, którego młodzieńczą ambicją było zostać kokainistą – jak sądzę głównie po to, żeby po latach mieć choć trochę mroku w biografii. Nic mu z tego nie wyszło, bo chłopakowi brakowało determinacji, ale czego mnie po drodze nauczył, to było moje. Uzyskanie czystej kodeiny było dziecinnie proste. Wystarczyło rozpuścić w wodzie opakowanie Solpadeiny, a potem wystawić szklankę za okno. Na mrozie paracetamol się wytrącał, a w wodzie zostawało samo dobro. Dla bezpieczeństwa przepuszczałem jeszcze wszystko przez filtr do kawy – nie chciałem przecież rujnować sobie zdrowia. 

W efekcie dzisiaj nie wiem, czy naprawdę kochałem pisanie, czy tylko haj, który szedł z nim w parze.

W połowie marca postawiłem pierwszą ostatnią kropkę. Przepisałem wszystko jeszcze trzy razy, eliminując zbędne ozdobniki i szlifując styl – przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mi znajomość angielskiego. W trakcie pracy odkryłem zresztą, że pisanie po angielsku przychodziło mi łatwiej niż po polsku. Każde słowo istniało w oderwaniu ode mnie, mogłem przestudiować jego etymologię w słowniku, wsłuchać się w jego brzmienie i potem użyć wedle uznania. Pisanie po polsku zbyt szybko robiło się osobiste. Było prawie jak mówienie.

Poczułem, jak opada ze mnie wielotygodniowa mobilizacja. A w jej miejsce pojawia się nieznana wcześniej melancholia.

Gotowy tekst nazwałem At the End of the World – Na  końcu świata. W drodze na pocztę z radości niemal tańczyłem na ulicy. Stojąc przy okienku, poprosiłem o kopertę z szarego, grubego papieru – wydawał mi się odpowiedni do okazji. Jednak cała satysfakcja i radość uszły ze mnie w momencie, gdy wrzuciłem esej do skrzynki. Nagle poczułem głębokie upokorzenie. Zdałem sobie sprawę, że choć tekst napisałem własnoręcznie, to on nade mną panował, a nie ja nad nim. On czerpał ze mnie, z moich fobii, z moich manii. Ujawniał mnie, odsłaniał. Ukazywał mnie nie tylko z tej jednej, zamierzonej przeze mnie perspektywy, ale też z niezliczonej liczby perspektyw niezamierzonych. Byłem gotów włamać się do skrzynki. Zamek był śmiesznie prosty. Nawet nie był potrzebny wytrych. Wystarczyłby scyzoryk i spinka do włosów. Ale było już za późno. Na moich oczach dwaj listonosze wysypali listy do plastikowego worka i odjechali furgonetką. Zostałem przed skrzynką sam. Zmęczony. Poczułem, jak opada ze mnie wielotygodniowa mobilizacja. A w jej miejsce pojawia się nieznana wcześniej melancholia. I wtedy zrozumiałem, że niezależnie od tego, jaki by nie był efekt końcowy mojej pracy, to nie odkupi on tego czasu. Bo w tym sensie nic się nigdy nie opłaca. Bilans zawsze jest ujemny.

 

Tekst jest fragmentem powieści Koncept nr 14, która ukazuje się nakładem wydawnictwa Oficynka. Powieść jest trzecim tomem Donkiszoterii warszawskiej, której pierwszą częścią był Surogat Witolda Taumana, a drugą Taktotu Jakuba Dąbrowskiego. Wszyscy trzej autorzy to postacie fikcyjne.

FreshMail.pl