Portret

Lea Balint. Detektyw od żydowskich tożsamości

  • autor
  • Katarzyna Boni
Czasem znajdzie tylko nazwisko. Nieraz rodzinę, która przechowywała dziecko przez kilka lat. A niekiedy uda jej się odszukać siostrę, brata, kuzyna. Albo matkę.
Przemek Kotyński

W swoim jerozolimskim domu z widokiem na dolinę z sosnami, cedrami i cyprysami Lea Balint trzymała materiały o dzieciach bez tożsamości. Nocą na dywanie rozkładała papiery i szukała połączeń. Przybrane nazwiska, nazwy klasztorów, miejsca na wizach imigracyjnych do Palestyny, gazetowe anonse: „poszukiwany, poszukiwana”. W tym galimatiasie ukryte były tożsamości ludzi, którzy w czasie wojny stracili swoje rodziny. A razem z rodziną – swoją historię.

Kiedy w jednej z izraelskich gazet, jeszcze przed 1995 rokiem, ukazał się tekstMatka dzieci bez tożsamości, telefon Lei Balint rozpalił się do czerwoności. Ludzie zaczepiali ją na ulicy, podchodzili pod furtkę jerozolimskiego domu. Prosili: znajdź, odnajdź, połącz, oddaj, zwróć. Lea wysłuchiwała urywków historii, zapamiętanych strzępków życia: piwnice ze szczurami, ławki na dworcach, słoma drapiąca w nos, trudne słowa pacierza, ludzie z poważnymi minami, którzy mówią „nie nazywasz się już Miriam”, krew matki na śniegu.

Słuchała uważnie. W pojedynczych słowach – nazwach stacji, polskich nazwiskach, hebrajskich imionach – próbowała znaleźć trop. Potem nocą rozkładała papiery i szukała połączeń. Czasem odnajdywała tylko nazwisko. Nieraz polską rodzinę, która przechowywała dziecko przez kilka lat. A niekiedy udawało jej się znaleźć siostrę, brata, kuzyna. Raz znalazła nawet matkę.

 


lea balint to lusia.Prawie w wieku mojej babci, z krótkimi włosami i śmiechem prosto z brzucha. Starannie pomalowane tipsy, najczęściej czerwone. Apaszka zawiązana pod szyją, perły. Pierwszy raz w moim życiu pojawiła się podczas wakacji nad jeziorami. Mama ją przywiozła. Nowa przyjaciółka z Izraela. Pewnie miałam ze dwanaście lat i byłam lekko obrażona na cały świat. Wolałam książki niż rozmowy. Wolałam pływanie niż granie w badmintona. Wolałam samotne spacery z moim wilczurem Odysem. Dorośli niespecjalnie mnie interesowali. A Lusia w moje życie się nie wtrącała. Dzisiaj mówi, że wtedy język jeszcze jej nie wrócił.

 


wchodzi kobietado cukierni i prosi o ciastko bibi. 

– Bibi? Nie znam takiego ciastka. 

– No, takie przekładane budyniem.

– Chodzi pani o napoleonkę?

– Tak, tylko bez jaj”.

Lusia zaśmiewa się tak, że do oczu napływają jej łzy. Lubi śmiać się z opowiadanych przez siebie żartów. Bibi – tak zdrobniale mówi się na premiera Izraela Beniamina Netanjahu. Siedzimy w restauracji jednego z warszawskich hoteli. Blisko centrum. Lusia lubi się tu zatrzymywać, kiedy odwiedza Warszawę. Na zakupy do Złotych Tarasów mogłaby chodzić na piechotę, gdyby nie kręgosłup. A tak musi zamawiać taksówkę. Od naszego pierwszego spotkania nad jeziorami minęło ponad dwadzieścia lat, podczas których dorośli zaczęli mnie trochę bardziej interesować. Zwłaszcza Lusia, która z roku na rok staje się coraz ważniejsza. Nadal się nie wtrąca, ale zawsze potrafi pokazać właściwą perspektywę. Dzisiaj miałyśmy rozmawiać o szukaniu tożsamości, bo wymyśliłam sobie, że napiszę tekst o Lei Balint. Ale rozmowa, jak zwykle, schodzi nam na życie. Dyktafon nagrywa historię złamanego serca i przepis na humus buraczany.

O szukaniu tożsamości rozmawiałam z Lusią już kilka lat wcześniej. Wtedy zatrzymała się w Hiltonie, siedziałam na łóżku w jej pokoju i próbowałam rozmowie nadać bieg. Dawno się nie widziałyśmy, więcej było o mnie niż o tym, jak się gubi i odnajduje tożsamość. Poddałam się. Materiały do tekstu schowałam do żółtej teczki i zamknęłam na dnie szuflady „do napisania”.

Wyciągam je po kilku odwiedzinach w Jerozolimie, wspólnych wakacjach w Tajlandii i wczasach na polskiej działce. Kartka z pytaniami, wydrukowany zapis naszego pierwszego wywiadu, życiorys Lusi, hiltonowe karteczki zabazgrane w pośpiechu niebieskim długopisem – a na nich odnalezione nazwiska. I niewielka książeczka – szara okładka, wyryte w kamieniu greckie litery –Sentencje delfickieWodzińskiego. Nie wiem, od kogo ją mam, nie przypominam sobie, żebym ją wcześniej widziała, a już na pewno żebym wkładała ją do żółtej teczki z materiałami do tekstu o tożsamości. Przerzucam kartki wstępu, na trzynastej stronie wzrok przykuwają słowa: „poznaj samego siebie”.

I już wiem, że reportażu o szukających własnej tożsamości nie napiszę. Ale przynajmniej opowiem historię Lusi, mojej przyszywanej babci, której pamięć wypełniają cudze historie.

 


na początku lat 90., na korytarzu w archiwach Yad Vashem, gdzie zbierała materiały do pracy magisterskiej, Lusię zaczepił mężczyzna. Miał może z pięćdziesiąt lat. – Czy może mi pani pomóc? Nie wiem, kim jestem.

Jego syn niedługo miał obchodzić trzynaste urodziny i przystąpić do bar micwy, uroczystości, która potwierdzi jego pełnoletność przed Bogiem. Podczas ceremonii wypowiadane jest hebrajskie imię ojca chłopca. A co, jeśli ojciec nie zna swojego imienia?

Zrozumiała, że są ludzie, którym podczas wojny w Polsce zgubiono tożsamość. I że przez pięćdziesiąt lat nikt o tym w Izraelu nie mówił.

– Czy może mi pani pomóc? Gdzie znajdę informacje o mojej biologicznej rodzinie? Gdzie znajdę swoje nazwisko? Gdzie znajdę swoje imię? Co za wstyd! Jak powiem synowi, że nie wiem, kim jestem?

Uratowała go polska rodzina, to oni nadali mu imię: Jerzy. W lecie 1945 roku nikt po niego nie przyszedł. Trafił do żydowskiego domu dziecka. A stamtąd do Palestyny, która niedługo miała stać się Izraelem. Jedyne, co ma, to imię. – Ależ niech pan powie rabinowi: „Ja się nazywam Jerzy” i już! Niech tak zostanie zapisane w księgach – poradziła mu Lea i wróciła do archiwum. Nie zapisała nawet jego nazwiska. 

Ale ta historia coś w niej poruszyła. Przypomniała sobie, jak kiedyś w Jom Kippur, Dniu Pojednania, w którym odmawia się modlitwę za zmarłych, przywołując imiona rodziców, jakiś zrozpaczony człowiek wołał na ulicy: „Dzisiaj jest dzień postu, a ja nie wiem, kim jestem!”. Zrozumiała, że są ludzie, którym podczas wojny w Polsce zgubiono tożsamość. I że przez pięćdziesiąt lat nikt o tym w Izraelu nie mówił.

Zaczęła na ich temat zbierać materiały.

Osiemset kart z Żydowskiego Instytutu Historycznego, które tuż po wojnie zapisali pracownicy Centralnego Komitetu Żydów

w Polsce (CKŻP) – kto się uratował? Jak? Gdzie? Pod jakim nazwiskiem? Do tego trzysta siedemdziesiąt dwie karty ewidencyjne grupy Koordynacja, która po wojnie wysyłała żydowskie dzieci do Izraela. I jeszcze dokumenty Żydowskich Zrzeszeń Religijnych, które umieszczało ocalałych z Holocaustu w pobożnych domach w Wielkiej Brytanii. Do tego ogłoszenia z gazet i listy rodzin szukających bliskich. I relacje: wychowawców, którzy po wojnie pracowali z dziećmi, a także samych dzieci – które coraz częściej zgłaszały się do Lei.

Nierzadko zdarzało się, że polskie rodziny nie chciały rozstawać się z wojennym podopiecznym. Małych podrzutków traktowały jak własne dzieci. Niektóre z nich do końca życia nie usłyszą o żydowskim pochodzeniu.

Dwa lata trwało wprowadzanie danych do komputera. W 1995 roku Lea Balint przy Lochame ha-Geta’ot, Kibucu Bojowników Gett, otworzyła Instytut i Archiwum Dzieci bez Tożsamości. Miała w nim 2445 zagubionych. Czasem na karcie nie było nawet nazwiska, tylko litery N.N.

 


według danychCentralnego Komitetu Żydów w Polsce z 1945 roku wojnę przeżyło w Polsce pięć tysięcy żydowskich dzieci. Do tego dodaje się dwadzieścia tysięcy dzieci, które wojnę spędziły w Związku Radzieckim i w 1946 roku wracały do Polski. 

Lea Balint pisze w tekstach, które poświęca technicznym zagadnieniom szukania tożsamości, że to liczba niepełna. Bo o tych dzieciach, których po wojnie nigdy nie zgłoszono do CKŻP – nic nie wiadomo. Żydowskie rodziny, które przeżyły wojnę – czy to w ukryciu, czy na aryjskich papierach – w ogóle się nie rejestrowały. Nierzadko zdarzało się, że polskie rodziny nie chciały rozstawać się z wojennym podopiecznym. Małych podrzutków traktowały jak własne dzieci. Niektóre z nich do końca życia nie usłyszą o żydowskim pochodzeniu. Niektóre dowiadywały się, gdy umierający rodzic zapisywał na kartce obce nazwisko. Dzieci uratowało się więcej, pisze Lea Balint. Może setki, może tysiące więcej. Ostatecznej liczby nigdy nie poznamy.

Musimy zacząć tracić pamięć, nawet tylko stopniowo i nieznacznie, by zdać sobie sprawę, że pamięć stanowi nasze życie. Życie bez pamięci jest niczym

Ale znamy definicję dziecka bez tożsamości. „To ocalony z Zagłady, który urodził się w Polsce w latach 1936–1945 i stracił oboje rodziców”, pisze Lea w tekścieDzieci bez tożsamości (opis zjawiska: powstanie archiwum; odzyskiwanie tożsamości po latach). Dzieci urodzone wcześniej wiedziały, kim są. Tak przynajmniej myślała, dopóki nie spotkała osób z 1932 roku, które – choć z psychologicznego punktu widzenia rozwoju dziecka powinny wszystko pamiętać – nie pamiętały żadnych szczegółów z ich przedwojennego i wojennego życia. Trauma zamazała im pamięć.

Przez pięćdziesiąt lat czuły, że skrywają wielką tajemnicę. Myślały, że są wypaczone. Przecież nie ma ludzi, którzy nie wiedzą, kim są. Dopiero kiedy pojawiła się Lea ze swoim archiwum, zrozumiały, że nie były same.

W swoim tekście …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Portret ukazał się w grudniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (12/2018) pod tytułem Poznaj samego siebie.

FreshMail.pl