Opowiadanie

Mały fiat skapywał na podwórku

  • autor
  • Ignacy Karpowicz

Mały fiat skapywał na podwórku. Na niebie tłusto brzęczały samoloty. Na gruby żwir padały oleiste krople. Ojciec krzątał się wokół auta, pokrzykując na Igora. Igor – najstarszy brat Wiktora; oficjalnie prawa, choć wnosząc z okrzyków, raczej lewa ręka ojca – zaczynał się denerwować. Ciągle podawał inną uszczelkę, nie ten śrubokręt albo niewłaściwą butelkę. Nie sprawdzał się w roli pierworodnego syna i przyszłego mężczyzny. Również jako wróżbita był kiepski – nie potrafił przewidzieć, czego ojciec będzie potrzebować, choć przecież ojcowskie potrzeby leżały jasno jak na dłoni.

– Nie to, młotku!

Wiktor zaczynał się niecierpliwić. Gdyby nie ranny samochód, już byłby u babci!

– Nawet nie potrafisz przytrzymać?! Ja cię nie mogę!

Babcia była dla Wiktora najwspanialszą istotą pod słońcem i nocą też. Odliczałby dni od spotkania do spotkania, gdyby potrafił liczyć aż tak długo. Niestety, dni bez babci były oceanem, morzem piasku – ziarenko do ziarenka. W sumie dobrze, że nie umiał lepiej liczyć, bo byłoby mu bardzo, ale to bardzo smutno, że liczb i dni bez babci jest aż tyle. I że dochodzą nowe, co dzień i co noc. A ojciec najczęściej był niezadowolony, ojcowie tacy już są, a matce wszędzie robiło się brudno, takie z kolei są matki, więc też była często zła. Nie to, tylko tamto! Za to u babci zawsze było się czystym. Nawet rozlana herbata nie brudziła tych miejsc poniżej brody, a miód nie mazał palców, jedynie czasem, kiedy plamy wybuchały przed przyjściem sąsiadki, trzeba było zmienić ubranie, żeby uniknąć dobrosąsiedzkich posądzeń o niezadbanie wnuczka.

Wiktor obserwował reanimacyjne zabiegi wokół małego fiata, siedząc na drugim – licząc od żwiru – stopniu schodów prowadzących na ganek. Na nosie miał grube okulary, spowodowane wrodzoną wadą wzroku, oraz sześć lat. Gruba warstwa szkła jak blok lodu oddzielała go od świata oraz pomagania ojcu. Początkowo wstydził się okularów, potem je docenił, bo zwalniały go z wielu zdarzeń. Nie musiał na przykład być przyszłym mężczyzną i podawać nie tych śrubokrętów nie wtedy, gdy było trzeba. Nie musiał też grać w piłkę ani w dwa ognie.

Był głęboko upośledzony (ciotka tak twierdziła) oraz do chuchania, choć teraz chuchał na niego tylko Szarik, starawy wilczur lokatorów z piętra, siedzący o stopień wyżej, licząc od gruntu. Szarik śmierdział Wiktorowi wprost w twarz, pokrywając jego szkła warstwą pary, a także raz a dobrze glutami. Kichnął wcześniej, psy tak mają. Czasem zamachał ogonem, wzbijając kurz. A droga obok, tak w ogóle, to szła na Varsovie. Się nazywała Zwycięstwa, choć Wiktor nie zdołał ustalić, kto wygrał. I nie wiedział, po co szła na tę Varsovie ani po co iść tam, gdzie nas nie ma.

Teraz kawałek ojca wyszedł za szkło i przemienił się w rozmazaną plamę.

– Długo jeszcze?! – Matka była zła z kuchennego okna. Pewnie znowu coś jej się zabrudziło.

– Już kończę, Halinka! Co za dom!
– Ojciec był zły na podwórku. A Wiktor zdjął okulary i włożył sobie psią łapę do ust. Szarik chrumknął niby warchlak, łapy jednak nie cofnął. Łapa smakowała solą. Wiktor lubił sól, choć wolał cukier.

– Gdzie leziesz!? Zaraz wszystko umażesz smarem! Kurwa! Co za wojna!

ilustracjaKarol Tyczyński

Wreszcie ojciec z tryumfem wymalowanym na twarzy zamknął tylną maskę fiata. Nie do końca jednak. Przy ulicy Zwycięstwa idącej na Varsovie wiara w Boga nie była obowiązkowa, ale wiara w chłodzące właściwości niedomknięcia tylnej maski małego fiata – tak. Powietrze, owiewające zabudowany z tyłu niby w sportowym wozie silniczek, podobno wspaniale wydłużało trwałość motoru i zapobiegało jego przegrzewaniu się.

– Idź się umyć! Usmarowałeś nos towotem.

Igor sięgnął do miski z wodą, stojącej obok studni, i rozmazał smar po całej twarzy. Matka zaczęła wynosić przed dom torby i pakunki, a następnie potomstwo – dwóch dodatkowych, młodszych braci Wiktora. Ojciec zdołał odpalić silnik.

– Teraz chodzi, że cacy! I nie cieknie. – Był dumny z siebie i pomarańczowego fiata. Zeszłego roku wjechał nim przodem w ganek („Dobrze, że silnik zamontowali z tyłu, nie?”, wyjaśnił wówczas ojciec), dlatego samochód został wyklepany i przemalowany na ostrzegawczą pomarańczową barwę. Bańki farby ojciec zdobył od ciotki, zatrudnionej w rozlewni wódki. Tą farbą zaznaczano skażony alkohol. „Czy to znaczy, że nasza rodzina, jak w samochodzie, to też jest skażona?”, zapytał raz Wiktor i zamiast odpowiedzi dostał kuksańca.

– Popilnuj braciszków – rozkazała matka, zabierając się do upychania pakunków w niewielkim samochodzie. Wiktor wziął na ręce najmniejszego: Tutuś na szczęście spał. Tutuś tak naprawdę nazywał się Romek, ale nikt go tak nie nazywał. Jeszcze nie chodził, tylko raczkował, czasem szybko, szybciej niż widziany w zoo żółw. Wiktor – gdy rodzice nie patrzyli – raczkował z Tutusiem, a właściwie raczkował nad nim, starając się dostosować tempo do ruchów mniejszego brata. Potem przewracali się na plecy jak wyrzucone na plażę gładzice i zanosili się śmiechem. Tutuś był git. Prawie tak git jak ćwierć babci.

Drugi braciszek, siedzący stopień niżej, zaczął się wiercić, więc Wiktor przydusił jego długie włosy stopą uzbrojoną w kierpec, co unieruchomiło małego na chwilę. Ta zaraz przerodziła się w inną, znacznie dłuższą – Leszek zaczął wyć wniebogłosy, że Indianie skalpują. Wiktor puścił brata, który z krzykiem pobiegł do matki po …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl