Esej

Namibia. Utopijna republika turystów

  • autor
  • Andrzej Muszyński
Za każdym azem, kiedy proszą mnie, żebym opowiedział o mojej podróży, przywołuję ten wieczór. I co dalej? Nic. Właśnie na tym polega Namibia.
rysunek Kasia Mochi

Zapragnąłem zimnego piwa. Było tak sucho, jak ostatnio latem w Polsce, tylko jakoś szerzej, głębiej i dawniej. Na przepisowy chłód cieczy pracowała energia jednego generatora. Pierwszy łyk rozkleił mi powieki – w pomieszczeniu bez ścian przy wjeździe na kemping na fotelach jak z pruskiej kamienicy siedziały trzy elegancko ubrane czarne dziewczyny. Za barem Lola. (Mieszka w Omaruru i przyjeżdża tu na parę dni do roboty). W zasadzie leżała na ladzie, skulona, jakby schylona w nagłym uniku przed uderzeniem, zastygła w tej pozycji. O framugę drzwi do kuchni opierał się młodziutki kucharz w białym fartuchu. 

Szczupły, niski Himba [grupa etniczna zamieszkująca północno-zachodnią część Namibii – przyp. red.] w białym podkoszulku na ramiączkach nalał sobie wody do kubka i powtórzył trzykrotnie:Water is more important than gold, zanim wszyscy, łącznie z jego ziomkami, pojęli, że chodzi mu o złoto, a nie chłód,cold. Wsparł się na barze i obrócił w moją stronę, pod złotoczerwone światło. W kącie oka zaschła mu grudka zielonej ropy. Powiedział, by nocą nie wystraszyć się ryków lwów. Mówił trzy razy wolniej niż przeciętny człowiek, ale rozrzutność przestrzeni rozciągała wszelkie normy i jakoś ułatwiała kontakt. Zapytałem, czy zaszczycili ich w tej okolicy książę Harry i jego małżonka, parę miesięcy wcześniej spędzający w Namibii swójhoneymoon. 

 Who? – zapytał. Nie miałem siły tłumaczyć, że Namibia jest ostatnio modna. 

– Wybacz – powiedział. – Jesteśmy tu trochę naoucie. 

– Radia nie macie? – zapytałem. 

– Sygnał z Windhuku tu nie sięga – odparł. Przyniosłem mu ostatni numer dziennika „The Namibian”. Usiadł w kącie i stracił z nami łączność do wieczora. Najbliższe większe skupisko ludzi znajdowało się ze sto kilometrów dalej. 

A wokół wszystko trzeszczało. Nawet niebo wydawało się pokruszone. Jakby miało nie wytrzymać kolejnego obrotu ziemi i pęknąć. Wiatr trącał blachę na dachu. Na szczęście przyszła noc. Nikt nie zamawiał jedzenia, więc kucharz zrzucił fartuch, który lśnił w kącie jak spłacheć śniegu. Przybywało gości. Obsługa zamieniała się w klientów, a …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl