Esej

Nowy analfabetyzm

  • autor
  • Marcin Król

Jaki związek zachodzi między czytaniem a polityką? Zdaje się, że odległy. Spróbujmy go jednak znaleźć, zadając pytanie o cel – nie polityki, a sięgania po książki. I po kolei prześledźmy losy tej niełatwej relacji. Po co w ogóle czytamy? Dlaczego na przykład zagłębiamy się w lekturę Biesów Fiodora Dostojewskiego? Prosta odpowiedź: dla przyjemności. Czy jednak czytanie wielkiej prozy XIX i XX wieku jest przyjemne, skoro – bez wyjątku – rzeczywistość tam przedstawiona jest ponura, zła, straszna, a w najlepszym razie prowadzi do popadania w melancholię? Czytamy Josepha Conrada, Tomasza Manna, Honoré de Balzaca czy Jarosława Iwaszkiewicza, bo uzyskujemy obraz samych siebie, tylko w intensywnej postaci. Oczywiście nie każdy z nas chciałby być Kurtzem z Jądra ciemności, ale jest to genialne ostrzeżenie. Wielcy pisarze i poeci odegrali w nowożytnej Europie równie ważną rolę jak filozofowie, a może nawet ważniejszą, bo przy okazji uczyli języka i trafiali do znacznie większej liczby ludzi niż hermetyczni często myśliciele.

Wszystkie wielkie dzieła literatury są smutne lub ponure, z wyjątkiem tych specjalnie pisanych dla żartu, wspaniale dowcipnych, ale też pod podszewką ponurych, jak choćby Przygody dobrego wojaka Szwejka Jaroslava Haška.

Rysunek Agata Dudek

Dlaczego od mniej więcej dwóch pokoleń prawie nie czytamy wielkich dzieł? Dlaczego – proszę sprawdzić – niemal nikt nie wie, o czym pisał Adam Mickiewicz w Wielkiej Improwizacji, a o czym Stendhal w Czerwonym i czarnym albo William Szekspir w Królu Learze? Dlatego, że nie chcemy już czytać. A dlaczego nie chcemy już tego robić? Spośród wielu odpowiedzi najważniejsza sprowadza się do prostej obserwacji – nie chcemy czytać o tym, że los ludzki jest ciężki, że jesteśmy marni, że podłość często zwycięża nad dobrem, a w życiu musimy dokonywać tragicznych wyborów. „Życie jest to opowieść idioty, pełna wrzasku i wściekłości, nic nieznacząca” – czytamy w słynnym ustępie Makbeta. To prawda, ale czy nam jest przyjemnie z taką prawdą?

A zatem chodzi przede wszystkim o to, żeby było przyjemnie. Nie czytamy wielkiej literatury, bo zawładnęło nami kompulsywne unikanie cierpienia. Ba, uchylamy się nawet od myślenia o cierpieniu, a zatem czytania o nim. Bo to nieprzyjemne. O ileż milsze jest czytanie wiadomości o modzie czy nowych przepisów na kaczkę w ananasie. W 1930 roku Zygmunt Freud ogłasza znakomity esej Kultura jako źródło cierpień, w którym przestrzega, że zanim dotrzemy do przyjemności, musimy ograniczyć cierpienia i z reguły życie nam na tym schodzi. Pisarze tego czasu, to znaczy końca XIX i pierwszych dekad XX wieku, są skrajnie pesymistyczni. Od Roberta Musila i Franza Kafki po Conrada i Marcela Prousta wszyscy wątpią, czy potrafimy być odpowiedzialni, samodzielni w świecie, w którym los czyni z nami, co chce. Czy umiemy pamiętać i myśleć. Pierwsza wojna światowa oczywiście wzmaga te nastroje.

Obok poszukiwania przyjemności powodują nami coraz bardziej dwa zjawiska: niezdolność do skupienia uwagi na dłuższy czas oraz pośpiech. Dlatego od kilkudziesięciu lat niemal nikt nie czyta klasycznych siedmiotomowych powieści, a deficyt czasu i pożądanie przyjemności sprawia, że wielka literatura trafia do nas głównie dzięki filmowi. Ile osób przeczytało Okruchy dnia Kazuo Ishigury, a ile obejrzało (znakomity zresztą) film?

Zasadę przyjemności rozumiał nie tylko Freud. Pojmowali ją również doskonale ci, którzy na czytaniu chcieli zarobić wielkie pieniądze. Na przełomie XIX i XX wieku w Anglii pojawiły się konkurujące ze sobą sławne tabloidy „Daily Mail” oraz „The Daily Express”. W latach 30. siedemdziesiąt pięć procent Brytyjczyków czytało co najmniej jeden z nich. Rządziły one opinią publiczną, od początku bez żenady posługując się kłamstwem i doprowadzając społeczną atmosferę do stanu wrzenia. Gdy zbliża się pierwsza wojna światowa, „Daily Mail” wzywa: „zjedzmy cesarza Niemiec”, „każdy Szwab musi być powieszony”. Pamiętajmy, że nie ma jeszcze radia ani telewizji, więc to wielcy właściciele prasy rządzą polityką. Wystarczy, że postanowią konsekwentnie ignorować wrogiego im polityka, a jego los będzie marny. Do dzisiaj żaden niemiecki polityk nie odmówi wywiadu dla „Bilda”, największego i grającego na najniższych uczuciach tabloidu, wszak ma on nakład trzech milionów.

A zatem chodzi przede wszystkim o to, żeby było przyjemnie. Nie czytamy wielkiej literatury, bo zawładnęło nami kompulsywne unikanie cierpienia.

Tabloidy zmieniły świat. Ich właściciele zrozumieli, że jeśli chcą trafić do milionów, muszą pisać tylko o tym, co sensacyjne. Harold Nicolson, świetny brytyjski eseista i przyjaciel Churchilla, opisał scenę z klubu dla dżentelmenów: jeden ze starszych panów udaje, że czyta „The Times”, ale w środku gazety ma „Daily Mail”. Na czym więc polegał genialny, a w konsekwencji fatalny – chociaż zapewne nieunikniony – pomysł gazetowych miliarderów?

Dostrzegli, że ludzie nauczyli się czytać. Miliony, które jeszcze nie miały tej umiejętności w początkach XIX wieku, zaliczyły kilka klas szkoły podstawowej i już potrafiły rozpoznawać litery. Postawmy jednak pytanie dla naszych rozważań zasadnicze: czy naprawdę nauczyli się czytać? W czytaniu bowiem chodzi nie tylko o samą umiejętność, ale przede wszystkim o to, że wie się, po co czytać. Kiedy w pierwszych dekadach XIX wieku konserwatyści powątpiewali, czy nauka czytania przyczyni się do dobrostanu większości, mieli ślad racji, chociaż dzisiaj nie odważymy się nawet nad tym zastanawiać. Ale jeżeli uznać, że czytanie jest przydatne do celów praktycznych (ceny w sklepie, umowy w banku i tak dalej), to nie jest pewne, że jest przydatne do czegokolwiek innego.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl