Portret

Prawdziwe Indie Arundhati Roy

  • autor
  • Katarzyna Boni
Dwadzieścia lat temu hołubiona „darling” dziś jest wyklinana. Dlaczego? Bo Roy w swoich tekstach kreśli brutalny, ale boleśnie prawdziwy obraz Indii.
rysunekBartek Arobal Kociemba

W hali na tyłach białego kościoła z czerwonym dachem, w niewielkim mieście Kottayam na południu Indii, zebrał się tłum. Kobiety ubrane w sari i mężczyźni w salwar kamiz, luźnych spodniach i koszulach długich do połowy uda, przyglądają się architektonicznym szkicom. Studenci w dżinsach i T-shirtach częstują słodką herbatą masala chai, z mlekiem i mieszanką przypraw. Zachęcają do kupienia książek o życiu Lauriego Bakera. Jest 12 lutego 2018 roku. Obchodzimy setną rocznicę urodzin architekta (trochę spóźnioną, bo urodził się 2 marca 1917 roku), o czym przypomina wycięty z czarnej tektury napis nad sceną. Plastikowe krzesła dla trzystu gości szybko się zapełniają.

Na scenę wchodzi studentka architektury w grubo haftowanym białym sari. Zapowiada gościa specjalnego: 

– Arundhati Roy, imię, które nie potrzebuje ani przedstawienia, ani wyjaśnienia. Pisarka z płonącym piórem, aktywistka z pasją, troską, zapałem, werwą i gorliwością. Przekonuje ludzi do myślenia w inny sposób. Do myślenia w znaczący sposób. Zapraszam panią, proszę przemówić do zebranych.

Kobiety gołymi rękami czyszczą toalety bardziej uprzywilejowanych. Ludzkie gówno przysypują popiołem i wrzucają do koszy, które zanoszą na głowach na wysypisko. Mężczyźni zajmują się kanalizacją. W zeszłym roku trzydzieści dziewięć osób zmarło uwięzionych w toksycznych ściekach.

Roy podnosi się z ustawionego na scenie krzesła. Drobna, kolczyk w nosie, kręcone włosy sięgają ucha (dawno już odrosły po tym, jak w 1997 roku po otrzymaniu Nagrody Bookera ścięła je na zapałkę). Spod długiej koszuli w czarno-białą kratkę wystają czerwone ramiączka sportowego stanika. Roy zna Bakera z dzieciństwa, budował szkołę dla jej matki, Mary Roy. – Nie przeszkadzał mu brak pieniędzy – opowiada zebranym pisarka. Dobra architektura nie potrzebuje pieniędzy, lecz idei. Dla Bakera w centrum wszystkiego była sprawiedliwość, jego soczewka, przez którą patrzył na świat. W szkole matki Roy w każdej klasie umieścił toaletę. A obowiązek sprzątania ubikacji należał do dzieci. Jeśli się zapomniały, cała klasa śmierdziała.

– Jesteśmy społeczeństwem, które od zawsze zmuszało innych do sprzątania naszego gówna. To był radykalny ruch, który mówił: wszystkie istoty ludzkie są równe – Roy pozwala słowom wybrzmieć. Następnego dnia w informacji z wydarzenia „The Hindu” słowo „gówno” zastąpi słowem „odchody”. W Indiach Arundhati Roy trzeba nieustannie wygładzać.

Radykalność ruchu Bakera – oczywista dla zebranych w hali na tyłach kościoła z czerwonym dachem – może umknąć tym, którzy nie wychowali się w Indiach. Tutaj ciągle istnieje kasta ludzi dziedziczących zawód zbieraczy gówna. Kobiety gołymi rękami czyszczą toalety bardziej uprzywilejowanych. Ludzkie gówno przysypują popiołem i wrzucają do koszy, które zanoszą na głowach na wysypisko. Mężczyźni zajmują się kanalizacją.  W zeszłym roku trzydzieści dziewięć osób zmarło uwięzionych w toksycznych ściekach, o czym pisze w raporcie na 2018 rok Human Rigths Watch (Amnesty International odnotowuje dziewięćdziesiąt śmiertelnych przypadków, a „The Guardian” szacuje ich liczbę na przekraczającą trzysta). Dyskryminacja niższych kast jest w Indiach nielegalna, ale kto dałby się dotknąć zbieraczom gówna? Kto usiadłby z nimi do stołu?

To dzięki Bakerowi Roy poszła na architekturę. I dzięki niemu zrezygnowała z tego zawodu. – Kiedy zaczynałam studia, w głowie miałam krytykę wszystkiego tego, czego powinnam się nauczyć – kontynuuje przemowę Roy. – Przez pięć lat studiów toczyłam wojnę z profesorami. Próbowali uczyć mnie architektury Corbusiera, betonu, ekstra kasy, ekstra stali, ekstra cementu. A mnie bardziej interesowało, jak przestrzeń wpływa na nasze życie i relacje. Pracę magisterską pisałam o miastach postkolonialnych, w których wszystko jest budowane dla bogatych: domy, bazary, kanalizacja. A biedni żyją w szczelinach między instytucjami. Dzisiaj wielu ludzi myśli o mnie jak o architektce, która została pisarką. Ale w moich powieściach i esejach ciągle praktykuję architekturę. Architekturę, której nauczył mnie Laurie Baker. Bóg rzeczy małych to był budynek. Ministerstwo niezrównanego szczęścia to miasto. 

Kiedy Roy schodzi ze sceny i siada na plastikowym krzesełku, wszystkie aparaty i obydwie kamery kierują się na nią. Próbuje zwrócić uwagę fotografów na przemawiającego mężczyznę w wyprasowanej niebieskiej koszuli i białym dhoti. Przeklina ich cicho pod nosem i w końcu wychodzi, żeby skupiali się na uroczystości, a nie na niej. Fotografowie wybiegają za Roy po podniszczonym czerwonym dywanie. Kiedy wychodzę na zewnątrz, mogę się tylko domyślać, że w środku tłumu na tyłach kościoła stoi znana pisarka. Zniknęła zasłonięta przez ludzi, którzy proszą o autograf, chcą uścisnąć rękę albo po prostu powiedzieć „cześć” znajomej z dzieciństwa.

„To jedna setna tego, co działo się na festiwalu literackim w Kozhikode tydzień temu”, Roy wyśle mi później SMS-a. Ani Kottayam, ani Kozhikode nie są dużymi miastami. Zastanawiam się, co działoby się w Delhi.

Trwa to od dwudziestu lat. Arundhati Roy wygląda na lekko zirytowaną własną sławą.

 


kottayam niespecjalnie wyróżnia się na tle innych indyjskich miasteczek. Pięćdziesiąt pięć tysięcy mieszkańców (według cenzusu sprzed siedmiu lat), dworzec, stragany z blokami słodkiej owocowej masy i ze słodką mleczną herbatą. Miszmasz kabli, plastikowych torebek na poboczu drogi i tablic reklamujących pastę do zębów oraz usługi ksero. Nieustanny ruch: piesi, żółte riksze, stare ambasadory i nowe taty, kolorowe ciężarówki z napisem sound horn. Miasto omijane, bo leży z boku drogi z lotniska w Koczin do słynnych malabarskich lagun. Jeszcze mniej wyróżnia się Aymanam, trzydziestopięciotysięczna wieś, która płynnie przechodzi w Kottayam. Poprosiłam kierowcę, żebyśmy w drodze do miasta przejechali przez miejsce, w którym dorastała Roy, a razem z nią Esta i Rahel, bliźniaczy bohaterowie Boga rzeczy małych (w książce ich wioska nazywa się Ajmanem). 

– Tu jest świątynia, tu jest centrum, a tu już jest Kottayam – obwieszcza kierowca, kiedy powoli mijamy sklepy z tekstyliami i sklepiki z paczkami chipsów ułożonymi w zakurzonych witrynach. Niewiele widać, wszędzie mury i żywopłoty. To bardziej przedmieście niż wioska, chociaż podobno za tymi budynkami wciąż rozciągają się pola poprzecinane kanałami. Mała Arundhati bawiła się tutaj z bratem i dzieciakami Dalitów, kiedyś nazywanych niedotykalnymi. – Spędzałam tyle czasu na słońcu, że byłam czarna – opowie mi później. – Zbyt czarna, zbyt inteligentna, same kłopoty. Powtarzano mi, że nikt się ze mną nie ożeni. 

Córka rozwódki (choć jej matka nigdy oficjalnie nie wystąpiła o rozwód, po prostu zostawiła męża na północy i wróciła do rodziny na południu), bez adresu, bez domu przodków, kto taką zechce? – Dorastałam w społeczności, w której byłam tylko w połowie czymś. Nawet jeśli jesteś poniżanym Dalitem, masz własną grupę, do której należysz. A ja wychowałam się poza systemem, bez nadzoru, indoktrynacji, przynależności. Ludzie, którzy pracowali w domu mojej babki, wołali do mnie: „Wynoś się stąd!”.

I się wynosiła. Na pola poprzecinane kanałami, gdzie wciąż stały opuszczone kolonialne domy trzeszczące historią. Dzisiaj Dom Historii, dom strachów małej Roy i miejsce zbrodni, którą obserwowali Esta i Rahel, zbrodni na Miłości, zbrodni na Równości, zbrodni na Człowieczeństwie (jak być może napisałaby Roy: to tu ginie zmasakrowany przez dotykalnych policjantów Weluta, niedotykalny kochanek pięknej Ammu) został zamieniony na Taj Garden Retreat. Nie ma już pulchnych jaszczurek za starymi obrazami, a kruszący się woskowi przodkowie z twardymi paznokciami u nóg nie plotkują papierowym szeptem. Są tekowe deski, suszarki do włosów, doryckie kolumny, internet i prywatne baseny. Na Trip Advisor goście tutejszej, chwalonej restauracji zachwycają się: „Cudownie było siedzieć na werandzie, popijać piwo Kingfisher [zimorodek – przyp. red.] i patrzeć na prawdziwe zimorodki śmigające nad jeziorem (…) magiczne doświadczenie. Jedzenie było smaczne i tylko lekko ostre. Jadłam miejscowe krewetki, były doskonałe”.

Całe życie Mary Roy to walka. Walka o oddech i o własną wolność.

Jest na tyle luksusowo, że na wakacje przyjechał tutaj Atal Bihari Vajpayee, kiedy był premierem Indii z ramienia Indyjskiej Partii Ludowej (Bharatiya Janata Party, BJP), drugiej po Indyjskim Kongresie Narodowym największej partii w kraju. Roy napisze o nim później w Ministerstwie niezrównanego szczęścia [w przekładzie Jerzego Łozińskiego – przyp. red.] poeta-premier: 

Premier kraju, będący też poetą, oraz kilku z jego najważniejszych ministrów należeli do starej organizacji, która podziwiała nazistów i uważała, że indyjscy muzułmanie są kimś takim jak Żydzi w Niemczech. Od dawna wierzono, że skoro Pakistan ogłosił się republiką islamską, Indie powinny ogłosić się republiką hinduistyczną. Teraz, kiedy znienacka wrogość wobec muzułmanów rosła, organizacji zaczęło się wydawać, że ma po swojej stronie cały świat. 

W rozmowie przeprowadzonej przez Narasimhana Rama w 2001 roku (opublikowanej w magazynie „Frontline” pod tytułem Bułaty w słońcu) Roy śmieje się, myśląc o konserwatywnym premierze wczasującym w domu strachów jej dzieciństwa: „Gdy byłam dzieckiem, to był stary, opuszczony, walący się dom, który wypełniał moją wyobraźnię. Trochę to dziwne, kiedy premier jedzie na wakacje do miejsca twoich najgorszych, najbardziej prywatnych, dziecięcych horrorów. Chyba Toni Morrison powiedziała, że literatura to bardzo intymna rzecz dopasowana do publicznej konsumpcji. Śmieszne, że moje lęki stały się turystycznym rajem. Ale to okay. Jestem już dużą dziewczynką”.

Mała Roy nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie dużą dziewczynką zostanie.

 


do szkoły mary roy w Kottayam każdy zna drogę, nie trzeba podawać adresu. Rikszarz tylko kiwa głową i wiezie mnie na przedmieścia, stromą ścieżką pod górę, do wielkiej bramy. W bramie stoi Arundhati: – Witaj w królestwie mojej matki.

Królestwo rządzi się specjalnymi prawami, dyktowanymi przez osiemdziesięcioczteroletnią kobietę chorą na astmę. Całe życie Mary Roy to walka. Walka o oddech i o własną wolność. Najpierw zostawiła rodzinę, żeby wyjść za mąż za człowieka innej religii: Rajiba Roya, plantatora herbaty z Bengalu. – Mój ojciec był hinduistą, ale jego główną religią był alkohol – mówi mi o nim pisarka. Po kilku latach Mary Roy zostawiła wyznawcę procentów. Rodzina nie przywitała jej ciepło; marnotrawne córki nie są tu mile widziane. Szukała pracy. Jak pisze na oficjalnej stronie założonej przez siebie szkoły Pallikoodam, pomysł na placówkę edukacyjną pojawił się przypadkiem. Brat Arundhati, Lalit, chodził do brytyjskiej szkoły z liberalnym podejściem do nauki: brak pracy domowej, za to dużo rysowania, majsterkowania i zapisywania myśli. Jednak liberalne podejście do nauki nie zakładało liberalnego podejścia do narodowości. Indyjski siedmiolatek myślał o sobie jak o Brytyjczyku i z wyższością mówił: „te indyjskie dzieci”. Matka zmieniła szkołę na państwową. Efekt? Dziesięć podręczników, szesnaście zeszytów, codzienny płacz po powrocie do domu. Walcząca o oddech kobieta otworzyła więc własną szkołę, w której dzieci miały nie być przytłoczone nauką ani poczuciem wyższości. W 1967 roku wynajęła salę w Klubie Rotary, gdzie wieczorami pili miejscowi mężczyźni. Rano dzieciaki zaczynały naukę od sprzątania petów.

Na początku miała siedmioro uczniów. Dzisiaj w Królestwie Mary Roy uczy się ich trzysta. Szkoła Pallikoodam (z basenem, boiskami do siatkówki i koszykówki, audytorium na osiemset osób i społecznośrodowiskowym zacięciem) należy do najbardziej znanych i najlepiej ocenianych w Kerali.

Mary Roy udowodniła, że potrafi stworzyć coś z niczego. Brakowało jej tylko szacunku własnej rodziny. Pozwała do sądu brata, który nie chciał podzielić się z nią spadkiem po ojcu. Keralscy chrześcijanie opierali prawo spadkowe na dokumencie z 1916 roku (córka dostaje nie więcej niż jedną czwartą tego co syn), chrześcijanie z innych stanów Indii stosowali dokument z 1925 roku (córka dostaje tyle samo co syn). To na tej podstawie Roy wygrała sprawę. Potem przez dwadzieścia sześć lat procesowała się o należne jej pieniądze. – Moja matka ma w sobie geniusz, ma w sobie szaleństwo, ma małostkowość. I pozwala sobie na bycie tym wszystkim – opisuje ją Arundhati. – Nieustannie się z nią kłóciłam, choć podziwiałam to, że zawsze była tam, gdzie po prostu chciała być. To jest wolność. Ale mogłam się z nią dogadać, dopiero kiedy stałam się niezależna. Również emocjonalnie.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Arundhati Roy będzie gościem 10. edycji Festiwalu Conrada, który odbędzie się w dniach 22–28 października 2018 roku.  Pismo jest patronem medialnym Festiwalu.

FreshMail.pl