Wersja audio
Z lotniska do wynajętego mieszkania w Santiago dojeżdżam o drugiej nad ranem i od razu udaję się na zakupy do sklepu nocnego. Ulice są wyludnione, stolica smacznie śpi, przy zakratowanym okienku zagaduję do kilku śniadych, podchmielonych emigrantów z Wenezueli.
Imigracja. To chyba najbardziej zapalny temat minionego roku w Chile. Kraj stał się jednym z głównych celów uciekinierów z pogrążonej w chaosie Wenezueli. W 1992 roku emigranci w Chile stanowili 0,8 procent ogółu ludności, w ubiegłym roku było ich już 8,8 procent – i ta liczba coraz szybciej rośnie. Wśród 18 milionów mieszkańców kraju aż 1,6 miliona stanowili w 2024 roku obcokrajowcy, dwa razy tyle co w 2017 roku. Największą grupą są Wenezuelczycy – stanowią aż 41,6 procent wszystkich imigrantów. A największym demonem, hasłem-wytrychem przeciwko nawet umiarkowanej lewicy i postrachem konserwatywnego społeczeństwa, jest straszenie wizją przemienienia Chile w drugą Wenezuelę.
Tamtej spokojniej nocy, 3 stycznia 2026 roku, żaden z tych mężczyzn – o nieobecnym wzroku i zatroskanych o swój los twarzach – nie może wiedzieć, że do ich stolicy, Caracas, właśnie zbliżają się amerykańskie siły. I że 80 osobom przyniosą śmierć, ujmą prezydenta Nicolása Maduro i wywiozą go do Stanów Zjednoczonych.
Nazajutrz rozgrzane słońcem ulice Santiago pulsują radością Wenezuelczyków oraz dźwiękami merengue (żywiołowej muzyki tanecznej z Karaibów) i reggaetonu (mieszanki hip‑hopu i rytmów latynoskich), które – zbyt głośne jak na chilijskie przyzwyczajenia – wydobywają się z głośników samochodów. Tym razem jednak ta muzyka to miód na serce wielu mieszkańców stolicy. W otwartych oknach aut, które przemykają arteriami miasta, powiewają wenezuelskie flagi. Chilijscy przechodnie machają Wenezuelczykom na powitanie, kierowcy trąbią klaksonami – nie tylko ze zwykłej życzliwości, pewnie też z ulgą na myśl o rychłej wyprowadzce imigrantów z ich kraju.
Do Chile trafiam między wyborami a objęciem urzędu przez nowego prezydenta. Zostaje nim José Antonio Kast, prawicowy populista i zwolennik dyktatury Augusta Pinocheta rządzącego Chile w latach 1973––1990. Już w poprzedniej kampanii przed wyborami prezydenckimi w 2021 roku, które nieznacznie przegrał z Gabrielem Boricem, kandydatem lewicy, Kast obiecywał uwolnienie skazanych funkcjonariuszy dyktatury, zaostrzenie prawa aborcyjnego, wycofanie się z Rady Praw Człowieka ONZ oraz budowę więzień. Zapatrzony w wydarzenia w USA, używał hasła „Przywróćmy Chile wielkość”. W ostatniej kampanii mówił też o budowaniu na granicach zapór i wysyłaniu wojska na najbardziej zapalne tereny, którymi jego zdaniem są granice, miejsca protestów rdzennych …
Aby przeczytać ten artykuł, zaloguj się lub skorzystaj z oferty.
Dostęp do tego materiału mógłby kosztować 14,99 zł. My w tej cenie dajemy Ci miesięczną subskrypcję wszystkich naszych treści. Wypróbuj, możesz zrezygnować w każdej chwili.
Dostęp online
wersja audio i na czytniki,
dostęp do aplikacji i serwisu
14,99 / miesiąc
Prenumerata
co miesiąc papierowe wydanie,
dostęp online do aplikacji i serwisu
24,99 / miesiąc

Tekst ukazał się w czerwcowym numerze „Pisma” (6/2026) pod tytułem Życie na wulkanie.
Reportaż powstał w ramach reporterskiej sztafety Dzienniki rowerowe. Współpracowali przy nim: Lena Marczak, Piotr Sudoł i Ewa Szymkowska-Nowak.