Wersja audio
Miałam przytulać nieznajomego przez trzy minuty, jednak już po jakichś 90 sekundach zaczęłam się zastanawiać, czy nie lepiej by było umrzeć w samotności. Znajdowałam się w skąpanym w świetle świec manhattańskim lofcie, na wydarzeniu o nazwie The Feels – „warsztacie dla świadomych singli” mającym w zamyśle stanowić odwrotność bezosobowego doświadczenia typowego dla aplikacji randkowych. Uczestnicy schowali telefony, po czym dobrali się w pary, by spróbować kilku ćwiczeń „świadomości somatycznej” polegających między innymi na patrzeniu sobie w oczy, przytulaniu się i trzymaniu dłoni na sercu partnera.
Uprzedzono nas, że dyskomfort jest częścią procesu. Prowadzący przypomniał wcześniej, że dopóki wszystko odbywa się na zasadach świadomej zgody i szacunku, odrobina skrępowania może otworzyć drzwi do wrażliwości. Uczestnicy za ów proces – reklamowany jako „poprawiający relacje”, oparty na naukach Carla Gustava Junga, Buddy i „nieskończonej mądrości” ciała – zapłacili po 100 dolarów, mieli więc powody, by się z tym zgodzić. Wielu z nas zresztą, raczej z konieczności niż z wyboru, zjadło już zęby na wychodzeniu z własnej strefy komfortu. Od lat umawialiśmy się z obcymi ludźmi, wystawialiśmy się na ocenę, wyszukiwaliśmy tematy do rozmowy, zamartwialiśmy się, co na siebie włożyć, płukaliśmy w biurze gardła płynem do ust – ale wciąż nie udawało nam się znaleźć tego czegoś – a raczej tego kogoś – kogo pragnęliśmy. Przybyliśmy tu gotowi do działania.
Sam fakt istnienia The Feels, organizatora warsztatów w całych Stanach Zjednoczonych, sugeruje, że żyjemy w czasach miłosnej obfitości. Na podobne wydarzenia randkowe w Nowym Jorku mogłabym chodzić każdego wieczoru w tygodniu. Mogłabym też skorzystać z usług swatki, odbyć sesję z coachem randkowania albo subskrybować jeden z licznych newsletterów, które starają się reaktywować zwyczaj zamieszczania anonsów towarzyskich. Nawet nie mieszkając w dużym mieście, wciąż miałabym dostęp do zatrzęsienia aplikacji randkowych, nie tylko Tindera i Hinge: istnieją platformy dla rolników, miłośników gier komputerowych, samodzielnych rodziców, entuzjastów konopi indyjskich czy osób na diecie bezglutenowej. Aktualnie korzystam naprzemiennie z czterech aplikacji; kiedy piszę ten tekst, w jednej z nich prowadzę 317 rozmów i mam 455 polubień do sprawdzenia.
A jednak, mimo obfitości dostępnych opcji, przeżywamy wielki kryzys miłości romantycznej. „Miłość romantyczna” to, oczywiście, pojęcie o szerokim znaczeniu. Obejmuje zarówno seksualny dreszczyk emocji, jak i wzajemne oddanie w długim związku czy rytuał zalotów wraz z tym aktem nadziei, jakim jest pierwsza randka. Jednak wszystkie te jej przejawy stają się w USA coraz mniej powszechne, szczególnie wśród młodych.
Według Johna Burna-Murdocha, zajmującego się analizą danych dziennikarza „Financial Timesa”, od 1980 do 2022 roku dramatycznie spadł odsetek osób w wieku 25–34 lat pozostających w związkach małżeńskich lub mieszkających ze sobą – o blisko 10 punktów procentowych wśród absolwentów college’u i ponad 20 punktów procentowych w gronie osób bez wyższego …
Aby przeczytać ten artykuł, zaloguj się lub skorzystaj z oferty.
Wypróbuj subskrypcję „Pisma”. Rezygnujesz, kiedy chcesz.
Dostęp online
wersja audio i na czytniki,
dostęp do aplikacji i serwisu
14,99 / miesiąc
Prenumerata
co miesiąc papierowe wydanie,
dostęp online do aplikacji i serwisu
24,99 / miesiąc

Reportaż ukazał się w październikowym numerze „Pisma” (10/2026) pod tytułem Wielki kryzys miłości romantycznej.
Artykuł pierwotnie ukazał się we wrześniowym wydaniu magazynu „The Atlantic” pod tytułem The Great Romance Slump i został przetłumaczony za zgodą magazynu. © 2026 The Atlantic Monthly Group, Inc. Wszystkie prawa zastrzeżone, dystrybucja Tribune Content Agency.