Reportaż

Jagoda szuka rodziny

„Jagoda, lat dziesięć, potrzebuje domu. Ma zespół Downa. Mówi. Biologiczna rodzina zrzekła się praw do niej. 
Jeśli nie znajdzie się nowa, czeka ją DPS. Prosimy o kontakt 
pod numerami, które zostawiamy poniżej.” 
Tak mniej więcej brzmiało ogłoszenie w sieci.
rysunki Mary Zaleska

Październik zeszłego roku. Natalia właśnie wychodziła z muzeum w Bielsku-Białej. Obok dreptały dzieci, które zabrała na wycieczkę szkolną. Nagle telefon.

– Zła wiadomość. Rozwiązała się rodzina zastępcza Jagody. Musimy kogoś dla niej znaleźć. Inaczej trafi do pogotowia opiekuńczego. Może pani by ją wzięła? Przynajmniej na razie – prosił pracownik miejskiego ośrodka pomocy rodzinie (MOPR).

– Eee, rozumiem. Ale, no, nie jestem sama. Mam małą córkę i męża. Muszę zapytać go o zgodę. Za chwilę oddzwonię.

Zanim wybrała do niego numer, pomyślała: „Ludzie podejmują decyzję o dziecku w ciągu kilku lat. Ja w pół minuty”.

A już wszystko sobie poukładała.

Przede wszystkim wreszcie pogodziła swój grafik. Dla pedagoga specjalnego i tyflopedagoga, czyli terapeuty wzroku, to wcale nie jest proste. Z powodu braku podobnych fachowców miała zawsze więcej pracy niż czasu. Wyrabiała niemal dwa etaty. Po co? Bo pękłoby jej serce, gdyby zostawiła bez pomocy słabowidzących albo niewidomych podopiecznych. No i ich rodziców. Dlatego w poniedziałek zasuwała od ósmej do siedemnastej w szkole integracyjnej dla dzieci o specjalnych potrzebach. Dwie, trzy przesiadki (nie ma prawa jazdy) i za godzinę w domu. We wtorek kończyła w okolicach południa. Od razu biegła do przedszkola po Oliwię, czteroletnią córkę. Chwila w mieszkaniu. I siup z dzieckiem do logopedy. Kończyły o siedemnastej. Środa? Zawalona. Do czternastej szkoła, dom, pół godziny z mężem i druga praca. Tym razem w ośrodku terapeutycznym dla dzieci z niepełnosprawnościami. Jej działka – oczy. Zaczęła się nimi zajmować, kiedy jeszcze pracowała w domu dziecka. Spotkała tam chłopca. Sprzężony, to znaczy z więcej niż jedną niepełnosprawnością. Nie widział ani nie słyszał. Nie umiała się z nim dogadać, co potraktowała jak motywację. Poszła na studia podyplomowe z tyflopedagogiki, które zasponsorowała jej mama. Nauczyła się tam migać. Migi jednak nie przydały się przy niewidzącym podopiecznym. Komunikowali się ruchem. Obiad? Wkładała mu łyżkę do ręki. Zauważyła przy okazji, że reagował na wibracje. Szczególnie lubił te pochodzące z radia. Z koleżankami zrobiła mu test: przeskakiwały po różnych stacjach i obserwowały jego reakcję. Przy Radiu Maryja tłukł pięścią w stół. A przy klasyce się wyciszał.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Potem, gdy przeszła do ośrodka terapeutycznego, wiedziała już, jak pracować z oczami. Najpierw uczyła życia. Czyli kształtów. Dawała podopiecznym do dotykania rzeczy chropowate, śliskie, pomarszczone. Następnie pokazywała, jak poruszać się przy ścianie. Ostatni etap? Laska. Współczuła rodzicom. Przychodzili z dwumiesięcznymi maluchami i ze łzami w oczach, bo lekarze załatwiali ich jednym zdaniem: „Dziecko widzieć nie będzie”. Takie przypadki były najtrudniejsze: ona badała, matka płakała, a dziecko, które wyczuwało niepokój rodzica, wierciło się. I po diagnozie.

Czwartek? To spokojny dzień. Już o piętnastej meldowała się w domu. W piątek połowę dnia spędzała w szkole, połowę w ośrodku. Ostatni pacjenci wychodzili o dwudziestej. Kolejnych miała w sobotę. Ale tylko do obiadu. Niedziela: wolne.

Był jeszcze inny powód, dla którego tyle harowała. W lipcu 2018 roku Michał, jej mąż, zachorował ponownie na raka. Miał trzydzieści cztery lata (o cztery więcej niż ona). Z powodu przerzutu przeszedł chemię, operację, domowy szpital. Żyli wtedy z oszczędności i jej pensji. Odetchnęli dopiero, gdy po kilku miesiącach wrócił do warsztatu samochodowego. Wrócił też do ryb. I to z ich czteroletnią córką. W maju tamtego roku zaczął zabierać ją na dwudniowe zasadzki. Oliwię wciągnęły robale, ryby, biwakowanie. Nie mogła się doczekać, aż tata weźmie z balkonu przynęty i zarządzi wyjazd. Nad wodą spali pod namiotem. Obok rozstawiali się koledzy Michała. Na widok dziewczynki kręcącej kołowrotkiem mówili z zazdrością: „Chcielibyśmy taką”.

Czterolatka miała dryg nie tylko do wędkowania. Uwielbiała wieś, gdzie mieszkali dziadkowie. – Tam dopiero wychodziła z niej prawdziwa Marycha – wspomina jej matka. – Bo Marysia miała na drugie, po prababci. – Latała więc po polach, ganiała krowy, skakała boso po zabłoconym podwórku. Najchętniej chodziła po jajka do kurnika. A gdy wracała do …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

FreshMail.pl