Wersja audio
Dziewczynki były dwie. Joasia i Krysia. Mniej więcej czteroletnie. Joasia miała platynowe loki, niebieskie oczy i była bardzo ładna. Jak wyglądała Krysia – nie wiadomo. Wychodziły na dwór z opiekunką, nigdy razem, zawsze oddzielnie, w tym samym wielkim kapeluszu zakrywającym twarz. Sąsiedzi mieli myśleć, że Wanda Niczowa – nauczycielka języka polskiego z Żoliborza w Warszawie – opiekuje się jednym dzieckiem. Obecność Krysi – córeczki kuzynów – dało się jakoś ludziom wytłumaczyć, ale dwie czterolatki w domu samotnej starszej pani wyglądałyby podejrzanie.
Krysia została na Żoliborzu. Joasi trzeba było znaleźć nowy dom. Wanda Niczowa powiedziała swoim uczniom z tajnych kompletów, że odda dziecko w dobre ręce. Jedna z uczennic pracowała w biurze Waleriana Sobolewskiego, zamożnego przedsiębiorcy. Przekazała jego żonie Anastazji, że u nauczycielki na Żoliborzu jest bardzo ładna dziewczynka. Sobolewscy nie mieli potomstwa i szukali dziecka, któremu mogliby dać dom.
Drugiego maja 1943 roku jechali do znajomych na imieniny Zygmunta na Żoliborz, po drodze wpadli na Krasińskiego zobaczyć Joasię. „Żonie bardzo się podobała, więc od razu zdecydowaliśmy, że bierzemy ją, wracając z imienin” – napisał 19 lat później Walerian Sobolewski w liście do jej kuzynów.
„To twoja mamusia i twój tatuś” – powiedziała pani Wanda do dziewczynki, która bawiła się na podłodze. Nowa mama spodobała się czterolatce, bo była „śliczna, umalowana i kolorowa”. Tata też się jej spodobał, choć trochę mniej. Sobolewscy musieli przejechać z Krasińskiego do Śródmieścia na Wilczą. Furmanką, bo komunikacja z Żoliborzem została zerwana. Po drugiej stronie muru od kilkunastu dni trwało powstanie w getcie.
Nowi rodzice bali się, że Joasia będzie płakała. Już i tak pasażerowie furmanki przyglądali się im podejrzliwie. Jej strój – szeroki żakiet starszej pani i duży kapelusz – kontrastował z eleganckimi, odświętnymi ubraniami Sobolewskich. Żeby jakoś uzasadnić wygląd dziewczynki małżeństwo narzekało głośno na kuzynów ze wsi, którzy rzekomo posłali ją do lekarza w tym dziwnym stroju.
„Nie przypuszczam, żeby ktoś w to, co mówiliśmy, uwierzył – pisał Walerian Sobolewski 19 lat później w liście do krewnych Joasi. – Ale na szczęście nie było tam ludzi podłych. Siedzieliśmy na tej furmance jak na rozżarzonych węglach”.
Okrążali walczące getto. Jechali bocznymi drogami. „Na jednej z ulic stała grupka ludzi i coś pokazywali, więc nasza furmanka też się zatrzymała – relacjonował. – Palił się trzypiętrowy dom, ludzie z balkonów rzucali się na dół, wśród nich kobieta z dzieckiem”.
Dojechali do Miodowej. Tu już jeździły tramwaje. Przesiedli się, potem złapali rikszę. Ile czasu trwała jazda z Krasińskiego na Wilczą? Na dodatek okrężną drogą? Nie wiadomo. Na szczęście Joasia nie płakała. Żadnego Niemca nie spotkali.
„Jaka ładna dziewczynka” – powiedziała Halka, bratanica Waleriana Sobolewskiego, która otworzyła drzwi ich mieszkania na Wilczej.
Mała Joasia dostała ręcznie szytą, żółtą sukienkę z zieloną aksamitką, nowe imię – Inka, ponieważ …