Reportaż

Ryba umiera powoli

Każdego roku przeciętny mieszkaniec Ziemi zjada dwadzieścia kilogramów ryb, ponaddwukrotnie więcej niż w latach 60. Dla ponad trzech miliardów ludzi są one podstawowym źródłem białka.

Jest początek grudnia zeszłego roku. Jeżdżę po sklepach rybnych na warszawskim Mokotowie.

– Ma pani coś z Bałtyku? – pytam w pierwszym.

– Nie, już dawno nic nie było – odpowiada ekspedientka, nie przerywając rozmowy telefonicznej.

– Ale śledzia z Bałtyku to chyba pani ma? Albo szprotki?

– Nic. Z Polski to tylko karp, ale bliżej świąt.

Kilka przecznic dalej stoi drugi sklep. Za ladą mężczyzna w charakterystycznej czapce, wyglądający, jakby właśnie zszedł z kutra rybackiego. Chwali się, że to najstarszy rybny w Warszawie. W przeszklonej lodówce na kostkach lodu leżą przeróżne ryby i owoce morza. Większości nie potrafiłbym nazwać.

– Czegoś z Bałtyku szukam – zagaduję.

– Nie mam nic.

– Choćby flądra?

– Nic. Kiedyś bałtyckich ryb miewałem dużo. Ale teraz Bałtyk to pustynia. Dorsza nie ma, śledź skarłowaciał i jest jak szprotka.

Jadę dalej, zatrzymuję się przy kolejnym rybnym.

– Dostanę coś bałtyckiego? – pytam od drzwi.

– No, to ten dorsz tylko – sprzedawca rozgląda się po lodówce i wskazuje na chude filety, mierzące może 20 centymetrów. – Bo tak naprawdę to nie ma ryb bałtyckich.

 

Smak wody z Bałtyku

 

Polska ma 770 kilometrów linii brzegowej Morza Bałtyckiego z trzydziestoma dwoma portami i czterdziestoma dziewięcioma przystaniami morskimi, z których dla rybołówstwa najważniejsze są Hel, Kołobrzeg i Władysławowo. Bałtycka flota rybacka według danych Głównego Urzędu Statystycznego ma łączną wyporność 15,7 tysięcy ton i moc 62,3 megawatów. W jej skład wchodzą 124 kutry (mające między 12 a 24 metrów długości) i 701 łodzi rybackich (do 12 metrów), zaledwie 36 z nich jest nieaktywnych (zepsutych lub bez licencji). Trzy czwarte kutrów stacjonuje w województwie pomorskim, reszta – w zachodniopomorskim.

– W pierwszy rejs popłynąłem w 1989 roku – zaczyna opowieść pan Paweł, armator z Kołobrzegu (woli nie podawać nazwiska). – Chciałoby się usłyszeć, że kiedyś było lepiej, ale to nie do końca prawda. Wcześniej też bywało, że pindel, czyli pustą sieć, się wybrało i trzeba było wracać do portu albo stać na kotwicy. Pamiętam okresy bezrybia, pamięta je też mój ojciec. Nie mówię tu o słabych miesiącach, ale o latach. Jak się trałuje, efekty mierzy się w trzydziestokilogramowych skrzynkach na godzinę. Dziesięć to świetny wynik, rzadko osiągalny. A były lata, że się wyciągało krowę na godzinę. Tak się mówiło na 0,7 litra wódki. Krowa na godzinę to trzy czwarte skrzynki, czyli bardzo mało. Tak zdarzało się przez kilka lat. Jak ktoś złapał pełną skrzynkę, to się cała flota pojawiała na łowisku. Dziś jest lepiej. Tego dorsza to teraz nawet trochę jest. Tylko to mały, chudy, marny jakiś, nie ma siły za pokarmem gonić. Śledzie też w kiepskim stanie. Do tego foki wyjadają dorsza z sieci, flądrę też. Z łososi same łby zostają. Jeśli szukamy wroga dorsza, foka jest pierwsza, nie rybak.

– Próbuję często wody w Bałtyku – ciągnie armator. – Urodziłem się tu, wiem, jak smakowała w latach 80. Jak się człowiek napił, od razu wymiotował, dziś można szklankę wypić. Bywam czasami w Sassnitz, w Niemczech, już tam woda jest bardziej słona niż u nas.

 

Czy wyjedliśmy wszystkie dorsze?

 

W Kołobrzegu przy molo znajduje się Park Ryb Morskich. Wzdłuż chodnika stoją duże, plastikowe figury ryb bałtyckich, każda z krótkim opisem: dorsz, flądra, śledź, szprot, łosoś. W Bałtyku żyją również węgorz, turbot, gładzica, okoń morski, belona o charakterystycznym długim ciele, sieja, płoć, troć wędrowna. Rzadziej występują sola i stynka, a przy ujściach rzek i w strefach przybrzeżnych można spotkać słodkowodne szczupaki, leszcze oraz sielawy.

– Ile ryb zostało w Bałtyku? – pytam Justynę Zajchowską, ekspertkę do spraw ochrony ekosystemów morskich z WWF Polska (World Wide Fund for Nature).

– Trudno odpowiedzieć jednoznacznie, ale mamy liczne dowody na to, że nie jest dobrze – odpowiada. – Najbardziej spektakularnym przykładem jest wschodnie stado dorsza. Dziś jego liczebność znajduje się poniżej poziomu krytycznego dla ochrony gatunku.


<<<< Przeczytaj pierwszy tekst z cyklu „Nasze zwierzobójstwo”, zatytułowany „Gazowanie? To ponoć najbardziej humanitarna metoda”. >>>>


Na Bałtyku występują dwa stada dorsza – zachodnie, żyjące w Basenie Arkońskim i Cieśninach Duńskich, oraz wschodnie, historycznie znacznie większe, żyjące na wschód od wyspy Bornholm. Dorsz był od wieków fundamentem ekonomii nadbałtyckich rejonów. W niektórych z nich w średniowieczu (na przykład właśnie na Bornholmie) płacono nim podatki. Jeszcze w latach 80. zeszłego stulecia mówiło się, że po dorszach można przejść suchą stopą do Szwecji. Polskie kutry poławiały rocznie ponad sto tysięcy ton tych ryb. Międzynarodowa Komisja Rybołówstwa Morza Bałtyckiego, funkcjonująca w latach 1974–2005 organizacja zarządzająca rybołówstwem na naszym morzu, nie ustanawiała nawet limitów połowów, lekceważąc ostrzeżenia i zalecenia naukowców z Międzynarodowej Rady Badań Morza (ICES, International Council for the Exploration of the Sea, jej polskim członkiem jest Morski Instytut Rybacki – Państwowy Instytut Badawczy z Gdyni). Państwa nadbałtyckie nieustannie modernizowały swoje floty rybackie, by skuteczniej poławiać ryby.

Bałtycki dorsz głoduje. Wyławiane ryby często mają puste żołądki, dochodzi również do kanibalizmu.

Kryzys nadszedł w latach 90. W 1993 roku naukowcy z ICES po raz pierwszy zarekomendowali zerowe połowy dorszy ze stada wschodniego. Ponownie w 2005, 2007 i 2008 roku. Zalecenia te jednak konsekwentnie ignorowano. Niepokojące dane po raz kolejny pojawiły się w 2015 roku. O wstrzymanie nadmiernych połowów apelował między innymi WWF. Bezskutecznie. Dorsza we wschodniej części Morza Bałtyckiego łowiło ponad siedem tysięcy statków ze wszystkich ośmiu nadbałtyckich państw członkowskich UE, a dla 182 jednostek z Litwy i Polski ryba ta stanowiła ponad połowę całkowitych połowów. W 2018 roku ICES znów zaleciła, by całkowicie wstrzymać połowy dorsza, jednak dopiero w lipcu następnego roku Komisja Europejska wprowadziła moratorium, przedłużone później na cały 2020 rok. Dorsz mógł być jednak, wbrew zaleceniom ICES, poławiany jako tak zwany przyłów, czyli gdy wpadnie w sieci przy okazji odławiania innych gatunków.

Kwota przyłowu dorsza przyznana Polsce to 529 ton. To właśnie rybę tego pochodzenia znalazłem w jednym z warszawskich sklepów.

– Niestety, oprócz niewielkiej liczebności naukowcy …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

Reportaż ukazał się w lutowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn opinii” (2/2021) pod tytułem Gdzie jest haczyk?