Reportaż

Śpij spokojnie, latarnia działa

  • autor
  • Urszula Chylaszek
rysunekEwelina Karpowiak
Czynnych latarń na polskim wybrzeżu jest piętnaście. Kobiet, które kiedykolwiek pracowały na etacie latarnika – dziewięć. Weronika Łozicka – najdłużej. 

Do pracy jedzie na koniec świata, to cztery kilometry od jej domu. W sezonie na rowerze, przez piach, między sosnami. Z ciszą po lewej i szumem wiatru po prawej. Kiedy zobaczy ładny kamień, od razu zabiera. Może dlatego, że tak mało ich tu jest. W zimie zawsze ktoś podwiezie autem. 

Na służbę jedzie do Stilo, ale do domu wraca już z Osetnika. Znaki drogowe nie kłamią. Na tym przy wjeździe ktoś zasłonił nazwę „Osetnik” naklejką z napisem „Stilo. Koniec świata”.

– Oni sami nie wiedzą, co tu jest, a ja każdemu tłumaczę: wioska się nazywa Osetnik, pewnie od ostów, które tu kiedyś rosły, a Stilo to tylko latarnia.

Weronika Łozicka ma długie kasztanowe włosy, sześćdziesiąt pięć lat, i nigdy nie chciała być latarniczką. – A w życiu! Zapomnij, nie będę tam sama siedzieć! – mówiła, gdy niedługo po ślubie w głowie jej męża po raz pierwszy zaświtał ten czarci pomysł. Dziś już nie pamięta, kiedy uzależniła się od wydm i zapachu sosen.

Łoziccy są latarnikami od siedemdziesięciu lat. Od sześciu lat pracuje już trzecie pokolenie, a czwarte się do tego przygotowuje. Ale Damian, czterdziestopięcioletni syn Weroniki, nie chce, żeby jego dzieci przyszły tu od razu po skończeniu szkoły. Wie, że najpierw trzeba się wyszaleć, poznać świat. Na latarnię można przyjść najwcześniej po trzydziestce, tak jak on. Żeby nie zdziczeć za wcześnie.

 


od razu po przejściu przez bramę skręcały w prawo. Tylko kobiety. Że panowie na lewo, a panie na prawo? Nigdy tego nie rozumiał. Niebieski toi toi był wprawdzie w zasięgu wzroku, ale nie wzbudzał ich zaufania. Wolały zabytkowy wychodek. To nic, że drzwi zawalone kamieniami. Odsunie się.

– Może muzyczkę pani sobie jeszcze życzy?

– A jak pan to zrobi? – pytały jedna z drugą całkiem na serio.

– Radio głośniej puszczę i wystawię przez okno. – Romuald nie przepuszczał żadnej turystce, która postanowiła załatwić się w stojącej obok latarni nieczynnej stuletniej toalecie.

Łozicka męża wspomina w co drugim zdaniu. Nie byłoby Wery-latarnicy, gdyby nie on, Romuald, zwany też Romanem. Znali się od małego, ale w szkole w Sasinie nie zwracali na siebie uwagi. Ona ponoć najgrzeczniejsza z całej klasy. Tak jej później mówił. Po podstawówce każde poszło w swoją stronę. Weronika skończyła szkołę medyczną w Gdańsku, później dostała pracę w Lęborku jako opiekunka w Domu Dziecka. Romka, budowlańca, spotkała ponownie, kiedy oboje mieli po dwadzieścia lat i wybrali się na zabawę do położonej nieopodal Sasina Ulinii. 

– Dwunasta godzina, panie proszą panów, takie były tanga wtedy. Orkiestra mnie zmusiła, żeby z nim zatańczyć: „Ta pani w długich włosach i ten pan pod ścianą siedzą i nie tańczą”, powiedział jeden z muzyków. Spojrzałam na Romka i myślę: „on przecież z mojej klasy”. Jak zatańczyliśmy, tak żeśmy przetańczyli razem czterdzieści lat. Po zabawie odprowadził mnie do domu. Padał deszcz, parasolkę mu pożyczyłam. Nazajutrz miał ją oddać, kiedy będę jechała autobusem do pracy. Wsiadł ze mną, chciał do stoczni gdańskiej, ale tam nie dojechał. Zostaliśmy razem w Lęborku. Poszliśmy jeszcze na dancing, no i stało się. Nie minął rok, jak wzięliśmy ślub. Nie to, że musieliśmy, strzała Amora po prostu.

Na latarnię można przyjść najwcześniej po trzydziestce, tak jak on. Żeby nie zdziczeć za wcześnie.

Romuald uwielbiał sztormy. Może dlatego oświadczył się Weronice w zimną, listopadową noc, na moście w Lęborku. Było prawie romantycznie, grad rytmicznie stukał o balustradę. 

– Zostawił mnie na tym moście, mówi: „Poczekaj chwilę, muszę wstąpić do Cepelii”. Bo wtedy tam pierścionki były. Nawet mu nie przyszło do głowy, żeby mi się oświadczyć na latarni. Po ślubie wspomniał tylko raz, że może bym kiedyś z nim pracowała. Bo ojciec latarnik, on pewnie to po nim przejmie, to może i ja?

Siedemnaście lat i czworo dzieci później stało się, jak powiedział. Pełnił już funkcję kierownika latarni. Mógł przyjąć nowego pracownika, a wiadomo, że jak ktoś z rodziny, to bardziej się stara i dba jak o swoje. 

– Na początku bardzo nie chciałam, bo się bałam, że sama tutaj będę. Ale teraz to się cieszę, że mnie teść z mężem namówili. Szybko poczułam się tu jak u siebie. Od razu do porządków się brałam. 

 


czynnych latarń na polskim wybrzeżu jest piętnaście. Kobiet, które kiedykolwiek pracowały na etacie latarnika – dziewięć. Weronika Łozicka nie była pierwsza, nie jest jedyna i być może nie będzie ostatnia. Ale jest najbardziej wytrwała. Pracuje od dwudziestu ośmiu lat, czym bije na głowę wszystkie strażniczki światła w Polsce. 

Każda z nich zaczynała przy mężu. Nie było takiej, która by przyszła z ulicy i poprosiła o posadę na latarni. To męski świat. Nie wiadomo dokładnie, która była pierwsza. Trzy z nich zaczęły w tym samym roku: Janina Brodnicka w Niechorzu (1979–1992), Alicja Laskowska w Gąskach (1979–1981) i (niespokrewniona z nią) Teresa Laskowska w Czołpinie (1979–1993). Była jeszcze Ewa Sikorska w Świnoujściu – służbę zakończyła w 1989 roku, ale nikt nie wie, kiedy ją rozpoczęła. W dokumentach informacji brak. Weronika Łozicka zaczęła w 1990 roku, potem doszły jeszcze Alina Żuchowska w Jarosławcu (1991–2009) i Małgorzata Brodnicka w Niechorzu (1997–2008). 

Dzisiaj oprócz Weroniki są jeszcze dwie latarniczki: Grażyna Kohnke w Jastarni i Bożena Budzisz w Helu.

 


na dwa dni przed naszym pierwszym spotkaniem umiera Sara. Gdyby była człowiekiem, miałaby osiemdziesiąt sześć lat. Wierna suka, przyjaciółka domu i nieodzowna pomoc na latarni, chorowała od paru tygodni. Przez wzgląd na nią Weronika ma jeszcze kilka dni wolnego.

Spod jej domu w Sasinie jedziemy od razu do miejsca pracy. Do Osetnika jest trzy i pół kilometra. Potem jeszcze kilkaset metrów pod górę, a z latarni do plaży kolejny niecały kilometr. Na najwyższą wydmę w okolicy można wejść albo wjechać – tym, co kto akurat ma. Weronika zazwyczaj ma rower.

– Auta bałabym się prowadzić, bo nie widzę kół. Chociaż zimą to by się przydało coś innego niż rower. – Samolotów też nie lubi, bo musi mieć wyjście ewakuacyjne, a gdzie ona z takiego samolotu w biegu wysiądzie? – Skuter mnie na górę nie wciągnie. Smarta chciałam kiedyś kupić, bo myślałam, że na niego nie trzeba prawa jazdy, ale jednak trzeba. 

Spomiędzy drzew wyłania się wieża. Nie zmieniła barw od ponad stu lat: od dołu czarna, od góry czerwona, pośrodku biała. Obok niej ceglany dom. Nikt tu nie mieszka, to jedynie miejsce pracy: maszynownia, dyżurka, pokoje gościnne. Właściwy dom latarnika stoi u stóp wzgórza w Osetniku, ale dziś mieszkają w nim pracownicy Inspektoratu Ochrony Wybrzeża.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl