Studium

To nie jest kraj dla małych ludzi

  • autor
  • Patrycja Bukalska
Jakaś forma przemocy: fizyczna, psychiczna, seksualna, dotknęła siedmioro na dziesięcioro polskich dzieci w wieku od jedenastu do siedemnastu lat. To znaczy, że statystycznie takie dziecko zna każdy z nas.
rysunek Magdalena Pelc

Codziennie w południe włączanych jest pięć linii Telefonu Zaufania dla Dzieci i Młodzieży. Natychmiast stają się zajęte. Nigdy nie udaje się odebrać telefonów od wszystkich, którzy próbują się dodzwonić. Trzeba mieć nadzieję, że z sygnałem „zajęte” nie pozostają ci, właśnie próbują popełnić samobójstwo. Inaczej nie dałoby się pracować. 

Taki telefon to już ten kres, gdy nawet nie czeka się na pomoc. Dzwonią dzieci, które tylko chcą być usłyszane. Mówią: „Niech pani po prostu ze mną będzie, jak będę umierał, bo się boję”. Myślą, że doszły do końca drogi. Rodzice są czasem w drugim pokoju. 

Na warszawskiej Woli pracownice socjalne prowadzą program „Odpowiedzialna mama”. Zaczyna on działać, gdy dziecka nie ma jeszcze na świecie. Jedna z pracownic Ośrodka Pomocy Społecznej odwiedza kobiety w ciąży w potencjalnie ryzykownej sytuacji, samotne, z dysfunkcyjnych rodzin – z problemem alkoholowym lub przemocowych. Stara się być ich wsparciem, przewodniczką w nowym życiu, zapobiec problemom. Jest przy nich również potem, gdy dziecko się narodzi. Czuwają, by nic złego się nie działo. 

Wolę, gdzie realizowany jest program, od Centrum Pomocy Dzieciom Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę (FDDS), która prowadzi między innymi telefon zaufania, dzieli kwadrans jazdy tramwajem. Pomiędzy nimi – całe spektrum możliwych dziecięcych problemów. I system pomocy – tej oficjalnej, regulowanej przez państwo poprzez odpowiednie instytucje i ustawy, i tej oferowanej przez organizacje pozarządowe. Są asystenci, świetlice, stypendia, zespoły i grupy robocze, pedagodzy i kuratorzy. Powinno działać. 

 


podstawą jest prawo.Najpierw była ustawa o pomocy społecznej z 2004 roku, potem ustawa o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej (weszła w życie w 2012 roku), która przejęła część zadań wcześniejszej legislacji, ale reguluje też nowe kwestie. Teraz są to równoległe akty prawne. No i jest jeszcze ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie z 2005 roku. Ustawy są nowelizowane, zapisy zmieniane, w gąszczu regulacji trudno się zorientować. W każdym razie przepisy prawa są takie same dla wszystkich, ale już sposób ich realizowania zależy od władz samorządowych, ich możliwości organizacyjnych i interpretacji. I budżetów.

Dzwonią dzieci, które tylko chcą być usłyszane. Mówią: „Niech pani po prostu ze mną będzie, jak będę umierał, bo się boję”.

Sprawy socjalne realizowane są zwykle przez ośrodki pomocy społecznej – miejskie (MOPS-y) lub gminne (GOPS-y). Nazwy jednak bywają różne – może być MOPS, a może być MOPR (Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie). Albo Centrum Pomocy Społecznej. Niektóre zadania mogą być też zlecane fundacjom. Paleta jest szeroka: od świadczeń materialnych, przez poradnictwo, opiekę dla seniorów i pieczę zastępczą dla dzieci, po przeciwdziałanie przemocy i tym podobne.

Z jednej strony system pozwala na pewną elastyczność, zależnie od potrzeb mieszkańców danej gminy. Z drugiej – wiele w tym bałaganu. Różnic jest więcej, bo inaczej pracuje się w MOPS-ach, zwłaszcza w dużych miastach, a inaczej w gminach, gdzie często mała grupka pracowników jest obarczona zbyt wieloma zadaniami. Jednak w małych ośrodkach wszyscy się znają i łatwiej wykryć nieprawidłowości. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce nie zawsze chce się użyć wiedzy o sąsiadach. 

I jak zawsze – najwięcej w tym wszystkim zależy od człowieka. 

Teraz trwają prace nad kolejną zmianą prawa – ustawą o powołaniu centrów usług społecznych. Miałyby być tworzone albo obok istniejących ośrodków pomocy społecznej, albo na ich bazie, ale oferować jeszcze szerszy wachlarz usług społecznych, w tym związanych z edukacją i kulturą. Mogłyby, a nie musiały, bo ma to być jedynie możliwość zaproponowana gminom. Celem jest koordynacja usług, ale pracownicy pomocy społecznej mają wątpliwości– boją się chaosu organizacyjnego i problemów z przepływem informacji. 

Na razie jednak system toczy się utartymi koleinami. – Nie jest zły, daje możliwości pomocy – mówią mi mimo wszystko pracownicy OPS-ów. 

Przede wszystkim jednak – zgodnie z nazwą ustawy – system pomaga w pierwszej kolejności rodzinie. Nie dziecku. A czasem to właśnie rodzina jest źródłem problemów i zagrożeń. Nadal też brak jest swego rodzaju informacyjnej bazy danych na temat losów dziecka. 

Co ważniejsze, aby dziecku pomóc, ktoś musi najpierw zauważyć, że ono tej pomocy potrzebuje. Lub usłyszeć prośbę o pomoc. A system uszu nie ma.

 


– sygnalistą może być każdy, kto podejrzewa, że dziecko jest krzywdzone, ale głównymi sygnalistami powinni być pracownicy oświaty i służby zdrowia, którzy mają bezpośredni kontakt z dziećmi. Jeśli zauważą, że z dzieckiem dzieje się coś złego, powinni dać nam znać – mówi Olga pracująca w pomocy społecznej od ponad dwudziestu lat. Teraz jest zatrudniona w MOPS-ie w dużym mieście. – I dostajemy takie sygnały. Muszę przyznać, że pomaga nam też technologia – dużo anonimów dostajemy mailowo. Ludziom łatwiej wysłać wiadomość, gdy ich coś niepokoi. Nie wiem jak w innych MOPS-ach, ale u nas wszystkie takie sygnały są sprawdzane. – Jak? – Po prostu dzwonimy, pukamy do drzwi – mówi.

Marta, również ponad dwadzieścia lat praktyki, pracuje w małym ośrodku: – Skąd mamy sygnały? Nasza sieć jest szeroka. Współpracujemy ze wszystkimi placówkami oświatowymi, służbą zdrowia, ogniskami środowiskowymi Towarzystwa Przyjaciół Dzieci, no i nie bez powodu dużo pracujemy w terenie. Po zgłoszeniu problemu przeprowadzamy wywiad środowiskowy i zależnie od rezultatów działamy dalej – mówi z przekonaniem. – Podczas wizyty w domu potrafimy się zorientować, jak wygląda sytuacja rodziny, mamy w tym doświadczenie.

Jednak nawet doświadczony pracownik może czegoś nie zauważyć, chociażby wtedy, gdy przychodzi do domu, kiedy dzieci są w szkole. Zawsze natomiast, gdy w mediach pojawia się przypadek przemocy wobec dzieci, pracownicy OPS-ów są wywoływani do odpowiedzi i obarczani odpowiedzialnością. Ograniczeni przepisami o ochronie danych osobowych, często muszą milczeć i nie mogą się bronić. Ludzki błąd, przeoczenie, rutyna, nadmiar pracy – to wszystko może się zdarzyć, choć nie powinno. Ale czasem i oni są bezradni: ich uprawnienia i możliwości kontroli są ograniczone. Olga przyznaje na przykład, że miała obawy, czy skutkiem ubocznym programu Rodzina 500 plus nie będzie stracenie niektórych dzieci z radaru. – Jeśli rodziny przestają pobierać świadczenia, a nie ma informacji o problemach, takich jak przemoc czy uzależnienia, to my nie mamy już powodu i możliwości, by tę rodzinę obserwować. Nikt mnie nie wpuści tak po prostu do domu – wyjaśnia. 

 


no właśnie,musi być powód interwencji – ktoś musi coś zauważyć i to zgłosić, ktoś inny zaś powinien zareagować na zgłoszenie. Klasyczny łańcuch w przypadku dziecka w wieku szkolnym wygląda tak: nauczyciel lub wychowawca zauważa, że z dzieckiem coś się dzieje, na przykład zaczyna być „trudne”, czyli głośne, konfliktowe – lub wręcz przeciwnie, cichnie, stara się nie rzucać w oczy. Albo przestaje chodzić do szkoły – to zauważyć najłatwiej. Nauczyciel może próbować sam rozmawiać z dzieckiem lub jego rodzicami albo od razu zwrócić się do pedagoga szkolnego. Ten powinien skontaktować się z opiekunami dziecka, a jeśli to nie daje rezultatów (lub jest podejrzenie, że to oni są źródłem problemu) – zawiadomić opiekę społeczną lub od razu sąd rodzinny. Tyle teoria. 

System pomaga w pierwszej kolejności rodzinie. Nie dziecku. A czasem to właśnie rodzina jest źródłem problemów i zagrożeń.

W praktyce wygląda to różnie. Nawet jeśli sygnał został wyłapany, to problemem jest czas. – Miałam ucznia, który najpierw zaczął chodzić do szkoły w kratkę, a potem przestał. Rozmowa z rodzicem nic nie dała – matka stwierdziła, że go nie upilnuje, że on rano wychodzi z domu, a gdzie jest potem, to ona już nie wie – opowiada Nina, nauczycielka szkoły podstawowej w średniej wielkości mieście. – Po kilku takich rozmowach sprawa trafiła do sądu rodzinnego, to wszystko jednak trwa, a dziecka dalej nie ma w szkole. W ten sposób mija pół roku, dla ucznia to stracony cały rok szkolny. 

W szkole, w której uczy Nina, uczniów jest kilkuset. Ten został zauważony, bo łatwo odkryć wagary, ale przecież nie zawsze tak jest. Czasem sygnały o problemach są mniej oczywiste.

– U mniejszych dzieci łatwiej zaobserwować, że dzieje się z nimi coś złego. Są bardziej otwarte. Poza tym w małej szkole od razu wszystko widać. Przecież zna się właściwie każde dziecko – opowiada Magda, która uczy w wiejskim gimnazjum (po reformie – szkole podstawowej z oddziałami gimnazjalnymi). – W trudnych sprawach, gdy na przykład jest problem z rodzicem, bardzo wiele zależy od dobrego …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Artykuł ukazał się w marcowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (03/2019) pod tytułem Poza zasięgiem.

FreshMail.pl