Podróż

Ziemia nieobiecana

zdjęcieJulia Lachowicz
Nowa Zelandia nigdy nie jest po drodze. Dlatego od ponad tysiąca lat niemal każdy, kto tu trafia, może się czuć odkrywcą. Wrażenie to powinno łączyć, ale właśnie ono dzieli najbardziej.

Przez lata pracy w magazynie „National Geographic” załamywałam ręce nad tekstami, które zaczynały się od słów „Już w samolocie…” i opisywały kolejne etapy lotu, przepraw przez lotnisko i pierwszych wrażeń na nowo odkrywanej ziemi. Z zimną krwią kreśliłam pierwsze zdania, całe akapity, nigdy nie odczuwając najmniejszych wyrzutów sumienia. Takie wstępy zawsze wydawały mi się oklepane i oczywiste. 

Dziś, gdy mam napisać o swojej dwumiesięcznej podróży po Nowej Zelandii, tak akurat chciałabym zacząć. Gdyby nie lata tępienia tego stylu, pierwsze zdania byłyby właśnie o podróży samolotowej z Dubaju do Auckland, która trwała piętnaście godzin i czterdzieści pięć minut, bez przesiadek ani przystanków. O locie, w trakcie którego podawanych jest pięć posiłków, można obejrzeć osiem pełnometrażowych filmów z rzędu, ostatnie godziny są naznaczone ciągłym zerkaniem na zegarek, stopy natomiast tak opuchnięte, że nie mieszczą się w butach. Napisałabym o lądowaniu nad oceanem i o poczuciu, że jest się na końcu świata, a zarazem w miejscu, w którym wszystko jest znane i działa jak w zegarku, gęsto rozsiane tablice informacyjne zaś nie pozostawiają wątpliwości, co powinniśmy robić w danej chwili i dlaczego właśnie tak. Opowiedziałabym też o jedenastogodzinnej zmianie czasu, która sprawia, że głowa zupełnie wariuje, a zaburzenia snu zyskują nową definicję, bo przecież ósma rano nagle staje się ósmą wieczorem. 

O pierwszej wizycie w toalecie i wpatrywaniu się tępym wzrokiem w umywalkę, by sprawdzić, czy woda faktycznie wiruje tu w odwrotną stronę niż na półkuli północnej. A następnie o wielkim rozczarowaniu i przekonaniu się, że niewiele wspólnego z rzeczywistością ma to, o czym uczyłam się w szkole o sile Coriolisa, która w wyniku nieustannego ruchu obrotowego Ziemi powoduje odchylenie od linii prostej toru ruchu ciała. W prostych słowach: odpowiedzialna jest za to, że gdybyśmy zrzucili coś z wieży Eiffla i nie brali pod uwagę innych sił, spadnie to około sześciu i pół centymetra na wschód. To siła Coriolisa sprawia między innymi, że cyklony na półkuli południowej skręcają zgodnie z ruchem wskazówek zegara, a na północnej – odwrotnie. Że wiatry w Polsce mają tendencję do skręcania w prawo, podczas gdy w Nowej Zelandii – w lewo. Jednak efekt ten jest widoczny tylko w przypadku zjawisk o wielkiej skali. A teoria pani od fizyki, że działanie siły Coriolisa widać także w wirze wodnym w umywalce, bo woda rzekomo spływa w różną stronę w zależności od półkuli, jest na wyrost. Przynajmniej w lotniskowej łazience. 

Podobno gdy żona Kupe, Kuramārōtini, zobaczyła zieloną wyspę spowitą chmurami, zaczęła wykrzykiwać „He ao! He ao!”, co oznaczało chmurę. Stąd Aotearoa, polinezyjska nazwa Nowej Zelandii. Kraina wielkiej, białej chmury.

Mogłabym zacząć nawet chwilę przed lotem i opowiedzieć, jak świeciły się oczy każdemu, komu mówiłam, że jadę do Nowej Zelandii. Każdemu, bez wyjątku. Często padały też komentarze: „to moje marzenie” oraz „jedno z miejsc, które muszę zobaczyć”. Hasła te potwierdzały rankingi turystyczne, w których Nowa Zelandia przoduje od lat. Zapał podsycał przeczytany niedawno w „New Yorkerze” reportaż o miliarderach z Doliny Krzemowej, którzy właśnie tu kupują posiadłości na wypadek jakiejś bliżej nieokreślonej katastrofy światowej, mając przeczucie, że nigdzie nie jest bezpieczniej, piękniej i wygodniej niż tutaj. I doniesienia, że Nowa Zelandia leży na nowo odkrytym ósmym kontynencie, który w większości ukryty jest pod wodami Oceanu Spokojnego i dlatego przez lata nie wiedziano o jego istnieniu. Ale także wiara w to, że Nowa Zelandia to kraj, który najlepiej na świecie rozwiązał kwestie rasy i relacji z rdzennymi mieszkańcami. Byłoby więc w tym wstępie i o tym, jak leciałam do Nowej Zelandii z przekonaniem, że lecę do ziemi obiecanej.

 


jednak nie, nie zacznę od samolotu. Zamiast tego opowiem o czyimś przybyciu do Nowej Zelandii w czasach, kiedy na jej terenach beztrosko chodził jeszcze niewielki nielot Pachyplichasyaldwyni i nie przeczuwał, że wkrótce na pokładzie jednej z wakahourua – majestatycznych łodzi z dwoma kadłubami, które przemierzały Pacyfik wiele wieków przed Magellanem – przybędą szczury, które wykończą ten i parę innych gatunków. Wakahourua były szybkie, zwrotne i wytrzymałe, pokonywały tysiące mil morskich, eksplorując kolejne polinezyjskie wyspy. Według maoryskich przekazów ustnych na tereny dzisiejszej Nowej Zelandii jako pierwszy dotarł Kupe. Polinezyjczyk z Hawaiki zauważył, że przy wybrzeżu jego wyspy jest coraz większy problem z rybami. Powodem okazała się wielka ośmiornica należąca do jego przeciwnika Muturangi. Kupe żeglował w pogoni za ośmiornicą na rozległym Południowym Pacyfiku, kierując się jedynie znakami, jakie daje natura: położeniem gwiazd i rodzajem chmur, sposobem lotu ptaków i intensywnością …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl