Strategie przetrwania

Bycie ekologiem na Śląsku? Złośliwi nazywają to głupotą

ilustracja Karolina Mazurkiewicz
Mam marzenie, że w 2030 roku zamykamy kopalnie na Śląsku, produkujemy energię ze słońca i wiatru, nasze domy ogrzewamy pompami ciepła, a po ulicach jeżdżą pojazdy elektryczne – mówi Patryk Białas, radny z Katowic i szef Stowarzyszenia BoMiasto. Przeczytaj kolejną rozmowę Katarzyny Kazimierowskiej z cyklu „Strategie przetrwania”.

Jak pan został ekoterrorystą?

Historia zaczęła się pięć lat temu i wtedy nie sądziłem, że nim zostanę. Ale rzeczywiście ekooszołomem i ekoterrorystą nazwał mnie publicznie Dominik Kolorz [od 2011 roku przewodniczący Zarządu Regionu Śląsko-Dąbrowskiego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” – przyp. red.]. I wydarzyło się to podczas publicznej dyskusji. W czasie debaty o czystym powietrzu powiedział, że nie da sobie narzucać dyktatu ekologów i ekoterrorystów. 

Dziś już trochę nie mamy wyjścia. To jak został pan ekspertem od czystego powietrza i neutralności klimatycznej?

Zainspirował mnie Paweł Wyszomirski z Fundacji Napraw Sobie Miasto, który zamieścił na profilu facebookowym informację o tym, że uruchamia nabór dla osób gotowych zaangażować się na rzecz ochrony powietrza. Pomyślałem, że spróbuję, bo wydawało mi się to najbliższe temu, czym się zajmuję zawodowo, czyli odnawialnymi źródłami energii, technologiami energooszczędnymi i budownictwem efektywnym energetycznie. 

Miał pan pojęcie, w co się pakuje?

Absolutnie nie. Nie znałem się na ochronie powietrza, ale stwierdziłem, że chcę zacząć działać społecznie, choć też nie wiedziałem, na czym to polega. Powoli zacząłem zgłębiać temat fatalnej jakości powietrza, uczyć się, co to jest PM10, rakotwórczy benzo(a)piren, że to nas zabija. Szybko zrozumiałem, że muszę działać, jeśli chcę, żeby moje dzieci oddychały czystym powietrzem. Po trzech latach działalności w dziedzinie ochrony powietrza zrozumiałem, że jest ona elementem większej całości, jaką jest ochrona planety. I też nie do końca byłem świadomy różnic między emisjami dwutlenku węgla a emisjami zanieczyszczeń powietrza, bo mylił mi się jeszcze smog z dwutlenkiem węgla, ale postanowiłem działać.

PATRYK BIAŁAS, aktywista i radny Katowic. Dyrektor Centrum Innowacji i Kompetencji w Parku Naukowo-Technologicznym Euro-Centrum w Katowicach, prezes stowarzyszenia BoMiasto, wiceprezes Kongresu Ruchów Miejskich, jeden z założycieli Śląskiego Ruchu Klimatycznego, krajowy koordynator polskich liderów Climate Reality Project, koordynator kampanii Czyste Powietrze w Katowicach.

Od czego pan zaczął?

Od gromadzenia ludzi, którzy pracują nad tym od kilkudziesięciu lat. Na kilka miesięcy przed szczytem klimatycznym w Katowicach, we współpracy z Fundacją Ala Gore‘a The Climate Reality Project, powołaliśmy Sieć Spikerów Klimatycznych, czyli osób, które po przeszkoleniu zaczęły opowiadać niewygodną prawdę o kryzysie klimatycznym. Zależało mi na tym, żeby włączyć społeczność lokalną w konferencję klimatyczną, bo chciałem, żeby po tym wydarzeniu, na które zjadą ludzie z całego świata i wyjadą, coś na Śląsku zostało. Żeby mieszkańcy zaczęli lepiej zdawać sobie sprawę z tego, jak skomplikowanym mechanizmem jest nasza planeta i jak to wszystko trzeba chronić. Do tego doszło zgłębianie treści Encykliki Laudato si’ papieża Franciszka. Troska o wspólny dom, ochrona wszelkiego stworzenia dodatkowo wpłynęły na moją działalność. Robię to do dziś. 

No i ma pan górnictwo we krwi.

Jak każdy na Śląsku. Mój dziadek był sztygarem na kopalni. Tata z kolei zajmował się sprzedażą węgla, więc pracował na powierzchni. Z dzieciństwa pamiętam zwały węgla, to był jakiś koszmar. Każde tąpnięcie wiązało się z drżeniem serca, bo my na Śląsku po prostu wiemy, co to oznacza. Moja szkoła podstawowa mieściła się naprzeciwko kopalni, i to zawsze było dla nas przeżyciem, gdy obserwowaliśmy ludzi wchodzących za bramę. Mam wielki szacunek dla pracy górnika, choć zdaję sobie sprawę, że górnicy zawsze mieli pewne przywileje związane z wykonywaniem niebezpiecznego i trudnego zawodu. Wreszcie nie można zapominać, że górnictwo jest elementem naszej śląskiej tożsamości, w końcu sto pięćdziesiąt lat rozwoju przemysłowego tego regionu wiąże się z wydobyciem węgla kamiennego. To jest język, stroje, kalendarz, to jest pewien rytm dnia i zwyczaje. Także dziś. Wiem, bo pracuję w Parku Naukowo-Technologicznym Euro-Centrum i codziennie przejeżdżam koło Kopalni Wujek. 

A pan wybrał ekoterroryzm.

Gorzej. Zdaję sobie sprawę, że moja działalność ekologiczna jest postrzegana przez wielu na Śląsku jako świętokradztwo. W dodatku jestem też radnym w Katowicach, akurat w okręgu, w którym znajdują się niedziałająca już Kopalnia Kleofas i działająca jeszcze Kopalnia Wujek. Pamiętam, jak we wrześniu 2019 roku mieliśmy wyjazdowe posiedzenie komisji górniczej na Kopalni Wujek. Szedłem pod pomnik Dziewięciu z Wujka, a przed główną bramą kopalni węgla kamiennego stało dziesięciu rosłych mężczyzn. I słyszę, jak mówią: „To idzie ten, który chce zamknąć naszą kopalnię”. Pamiętam, jak radni wojewódzcy za rządów Ewy Kopacz otrzymywali pogróżki od górników typu: „Wiemy, gdzie mieszkacie, i gdzie wasze dzieci chodzą do szkoły”. Bycie ekologiem na Śląsku wymaga mądrości i odwagi. Złośliwi nazywają to głupotą.

Na pewno nie pomaga, gdy z jednej strony prezydent Andrzej Duda mówi, że największym skarbem Polski jest nasze „czarne złoto” i będziemy je wydobywać przez dwieście lat, a z drugiej – informacje, że zużywamy coraz mniej węgla, coraz mniej go wydobywamy, za to coraz więcej importujemy, jak w rekordowym roku 2018. Jak te sprzeczne często dane rezonują na Śląsku? 

A do tego dochodzi taki stereotyp, że górnik to jest facet od kilofa i łopaty, czyli z wykształceniem podstawowym, bardzo wąskimi horyzontami myślowymi, idzie do kopalni, bo po prostu ją uwielbia. Trudno uwielbiać robotę, która jest ciężka, ryzykowna i wymagająca poświęceń. Przed kilkoma laty spędziłem dwie godziny w kopalni z delegacją zagraniczną i obiecałem sobie, że nigdy więcej tam nie zjadę. Byłem „na ścianie” i już wiem, co to jest wysoka temperatura, ogromne zapylenie, gigantyczna wilgotność, niesamowity hałas. Człowiek wychodzi brudny i spocony ze strachu. Górnicy dziś to są fachowcy, często z wyższym wykształceniem, zwłaszcza kadra kierownicza. Dziś górnik ma kompetencje elektryka, stolarza, hydraulika, operatora maszyn i tak dalej. Moim zdaniem bez problemu znajdzie zatrudnienie w innym sektorze. Tylko problem polega na tym, że górnicy i górnictwo to bardzo mocno skonsolidowana, hermetyczna grupa zawodowa i społeczna. 

Trzymająca się razem?

Tak. A komunikacja z górnikami jest kontrolowana przez związki zawodowe, które niestety mają swoją agendę, stojącą nierzadko w sprzeczności z interesami pracowniczymi. To tajemnica poliszynela, że na Śląsku funkcjonariusze związkowi są związani z sektorem okołogórniczym. Pomijam korzyści finansowe, jakie się z tym wiążą, ale mówimy o osobach, które od dekad nie zjechały na dół. Górnicy nie ufają osobom z zewnątrz, zwłaszcza ekoterrorystom czy ekologom. Nie wezmą ulotki, bo boją się wykluczenia społecznego – tylko zdrajca weźmie ulotkę o czystym powietrzu czy neutralności klimatycznej. 

Dziś górnik ma kompetencje elektryka, stolarza i hydraulika. Bez problemu znajdzie zatrudnienie w innym sektorze. Problem polega na tym, że górnicy to bardzo mocno skonsolidowana, hermetyczna grupa zawodowa i społeczna. 

Zdrajca to mocne słowo.

Proszę mi wierzyć, odejście z górnictwa w wielu kręgach naprawdę jest uważane za zdradę, wymaga gigantycznej odwagi. A tu jeszcze politycy powtarzają, że mamy węgiel na wieki wieków, i do ostatniego kawałka węgla my to wszystko musimy wydobyć, rwać ten węgiel i tak dalej. Tymczasem z moich rozmów z górnikami wynika, że są świadomi tej zmiany, mają dostęp do internetu, obserwują, w którym kierunku zmierza świat, i widzą dysonans między tą narracją związków zawodowych i rządową propagandą a faktami. Doskonale wiedzą, że węgiel skończy się wcześniej, kopalnie zamkną się szybciej. Boją się, że kolejny raz zostaną oszukani. Cała ta gra, która się toczy wokół tak zwanej umowy społecznej, odbywa się ponad głowami górników, którzy nie mają wcale wygórowanych oczekiwań. Chcą mieć dobrze płatną robotę, chcą utrzymać swoje rodziny i marzą o czystym powietrzu, czystej wodzie i czystym środowisku. Jakość życia zaczyna odgrywać dla nich coraz większą rolę. Więc im szybciej pozbędziemy się tego koła młyńskiego, jakim w rzeczywistości jest węgiel, tym lepiej – dla górników i środowiska.

Ale jedna rzecz to jest świadomość ze strony górników, druga to realizacja tej zmiany, o której pan mówi. A trzecia rzecz to sprostanie wymogom unijnym. I mam wrażenie, że te wszystkie rzeczy ze sobą się jakoś nie łączą.

Łączą, bo transformacja społeczno-gospodarcza Śląska trwa od trzydziestu lat. Mam na to dane.

W latach 90. w górnictwie pracowało ponad 400 tysięcy osób, dziś to 80,4 tys. Na koniec 2019 roku w górnictwie zatrudnionych było 81 tysięcy pracowników, a w sektorze odnawialnych źródeł energii – 86 tysięcy. Według raportu Instytutu Badań Strukturalnych liczba miejsc pracy powiązanych z sektorem górniczym wynosi od 96 do 112 tysięcy, co przeczy wciąż pokutującemu stereotypowi, że jedno miejsce w górnictwie generuje cztery miejsca pracy w sektorze okołogórniczym. 

Druga kwestia to wydobycie węgla. W latach 80. wydobywaliśmy 193 miliony ton węgla rocznie, dziś to 63 miliony ton. Przemiany w sektorze paliwowo-energetycznym trwają od lat 90. W mojej ocenie reforma Janusza Steinhoffa w okresie rządów Jerzego Buzka, w ramach której powstał rządowy program łagodzenia skutków restrukturyzacji górnictwa w województwie śląskim, była najbardziej zbliżona do znanego nam modelu sprawiedliwej transformacji. Mam wrażenie, że był to całościowy plan, który uzyskał zgodę i akceptację społeczną, a oznaczał nie tyle zamykanie kopalń, co program odpraw dla osób odchodzących z górnictwa, na co państwo polskie zaciągnęło kredyt z jednego z europejskich banków w 2000 roku. Potem, w ramach likwidacji, łączono kopalnie z zakładami, tworzono spółki górnicze. Kiedy byłem dzieckiem, na terenie Katowic operowało pięć kopalń, a dziś jest już tylko jedna zespolona Kopalnia Węgla Kamiennego Staszic-Wujek. 

Reforma rządu Jerzego Buzka dawała odprawy, ale nie przygotowała górników na zmianę zawodu, na nowe życie po kopalni, zostawiła ich po prostu z pieniędzmi.

Z perspektywy czasu łatwo nam się krytykuje. To był 2000 rok. Szukaliśmy swojego miejsca w Europie. Dopiero uczyliśmy się  liberalnego modelu gospodarczego. Popełniono wiele błędów. Historia jest nauczycielką życia. Warto wyciągnąć wnioski, żeby wprowadzając sprawiedliwą transformację, uniknąć błędów restrukturyzacji.

To prześledźmy, co się stało w ramach restrukturyzacji.

Dwadzieścia lat temu górnicy nie byli ludźmi przedsiębiorczymi. Prowadzenie biznesu nie jest łatwe. Część odchodzących z górnictwa przeznaczyło odprawę na własny biznes. Nagle jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać warsztaty samochodowe, które nie przetrwały próby czasu. Część z tych ludzi kupiła sobie za tę odprawę matiza, bo to był symbol poprawy statusu, a część ją przepiła. Szybko pojawiły się problemy społeczne, wzrost przestępczości, w miastach powstawały wyspy biedy. Takim przykładem jest Bytom, który przez wiele lat nie miał szczęścia do włodarzy, i dopiero teraz zaczyna uczestniczyć w debacie o sprawiedliwej transformacji. I choć pojawiły się programy pomocowe, to nie wszyscy potrafili z nich skorzystać.

Ale są też przykłady pozytywne.

Tak jak Sosnowiec, gdzie tereny po byłej kopalni przekształcono w park technologiczny i dobrze to dziś wygląda; w Gliwicach zamknięto kopalnię, powstała strefa ekonomiczna. Zabrze zaczyna się budzić i też wygrywać tę zmianę. Za to wielkim przegranym są moje rodzinne Mysłowice, gdzie wciąż nie ma pomysłu, co zrobić z dużym kwartałem miasta niemal w samym jego centrum. 

Jednak mimo tych pozytywnych zmian argumenty związków zawodowych są wciąż te same, że górnicy stracą na transformacji i wypadną z rynku pracy.

Ale te argumenty nie są poparte danymi. W mojej ocenie to jest gra, którą rozgrywają związki i rząd ponad głowami tych, których to najbardziej dotyczy. To są role, które każdy z nich musi odegrać: związki muszą utrzymywać narrację, że sprawiedliwa transformacja to zagrożenie, i uderzają w stereotypy, operując dużą skalą i liczbami, bo wtedy rosną w siłę i wywierają większą presję na rząd. A po stronie rządu nie ma wystarczająco dobrej pracy analitycznej. Dziś to organizacje pozarządowe przejmują rolę i zadania, które powinno wypełniać państwo. Choć to nic nie znaczy, bo wciąż bitwę na argumenty wygrywa ten, kto głośniej krzyczy. Od trzydziestu lat uczestnicy po jednej stronie nie zmieniają się, a po drugiej – zmieniają się co rok. Liderzy związków zawodowych to doświadczeni negocjatorzy, mają posłuch wśród górników, chcą utrzymać status quo i mają w tym praktykę, uczestniczyli w niejednych negocjacjach.

I wszystkie wygrywali.

Za każdym razem, bo rząd ciągle się boi, że gdy górnicy tupną nogą, to do Warszawy przyjedzie 30 tysięcy ludzi. Zaczną palić opony pod sejmem, i wszystkie media zagraniczne i krajowe będą na ten temat pisać. Ale dziś sytuacja się zmieniła. Nie doszło do strajków górniczych we wrześniu 2020 roku. I wszyscy odtrąbili sukces: rząd, bo do protestów nie doszło, związkowcy, bo ustalili nowy harmonogram. Ale prawda jest taka, że ze względów ekonomicznych rok 2030 to będzie moment, kiedy górnictwo w Polsce się skończy, bo nie będzie się opłacało dłużej fedrować. Schodzimy coraz głębiej, co jest niebezpieczne, a koszty wydobycia są coraz większe. Portal poświęcony energetyce Wysokienapiecie.pl przeprowadził analizę, jak zaproponowany harmonogram likwidacji kopalń ma się do wydobycia węgla. I okazuje się, że wydobycie się nie zmienia, ale kopalnie się zamyka, co oznacza, że mamy problem ze zbytem węgla. Zapaść w górnictwie się pogłębi. Polski węgiel przestaje być konkurencyjny na światowych rynkach. Nawet my importujemy węgiel z Rosji. A z drugiej strony kupujemy coraz więcej energii elektrycznej z zagranicy. Dane z rynku energii pokazują, że ten bilans jest dla Polski niekorzystny. 

Dziś organizacje pozarządowe wydają się lepiej poinformowane na ten temat, a przynajmniej lepiej go komunikują niż rząd.

Bo coraz bardziej się profesjonalizują. Moje stowarzyszenie BoMiasto jest członkiem sieci Europe Beyond Coal. Współpracujemy również z wieloma organizacjami międzynarodowymi. Działamy w krajowych grupach ekspertów i adwokatów sprawiedliwej transformacji. Uważamy, że sześć polskich regionów, a nie tylko trzy, powinno się przygotować na przyjęcie europejskich pieniędzy przeznaczonych na transformację. Będąc członkiem Wspólnoty Europejskiej i uczestnicząc w sieciach międzynarodowych, mamy doświadczenie i wiedzę. I dziś zaczynamy odgrywać coraz ważniejszą rolę.

Nie wolno nam stać z założonymi rękami i się przyglądać. Trzeba siąść do stołu i powiedzieć: rok 2049 to na likwidację górnictwa zdecydowanie za późno.

Kiedy w lutym 2018 roku rozpoczęliśmy debatę o sprawiedliwej transformacji, postrzegano nas jak świrów. Wielu nie traktowało nas poważnie. Tymczasem przed kilkoma tygodniami podczas obrad Komisji do spraw Klimatu w Senacie RP, a potem podczas zorganizowanych przez marszałka województwa śląskiego konsultacji społecznych dotyczących Terytorialnego Planu Sprawiedliwej Transformacji, opowiadałem o efektach pracy stowarzyszenia BoMiasto ze społecznościami lokalnymi i zaprezentowałem pomysł na Śląsk po węglu, czyli zieloną wizję Śląska. Moim zdaniem mamy co najmniej pięć sektorów, w których górnicy bez problemu znajdą zatrudnienie. Moje wystąpienie to efekt konsekwentnej pracy u podstaw organizacji pozarządowych.

W pierwszym kwartale tego roku ma zostać przyjęty przez Radę Ministrów projekt „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku”, gdzie termin „sprawiedliwa transformacja” jest odmieniany przez wszystkie przypadki. Może zdefiniujmy sobie, na czym to polega.

Sprawiedliwa transformacja często jest mylona z transformacją energetyczną. Ta druga dotyczy odejścia od wykorzystania paliw kopalnych w energetyce, czyli koniec z węglem i gazem na rzecz odnawialnych źródeł energii. Oznacza, że zamykamy kopalnie, stare elektrownie, budujemy inny model zarządzania energetyką. Sprawiedliwa transformacja to jest proces zmian społeczno-gospodarczych w regionach węglowych, czyli łagodzenie skutków likwidacji górnictwa i energetyki opartej na węglu, a w jego centrum stoi człowiek, ze wszystkimi jego lękami, ale też nadziejami. I ten proces musi być zaplanowany z perspektywy tego, który padnie jego ofiarą. Mówimy o solidarności społecznej, gdzie nikt nie zostaje bez pomocy. Dla mnie ten proces ma cztery aspekty: ekonomiczny; społeczny – związany z rynkiem pracy, różnicami w wynagrodzeniach ze względu na płeć, budowaniem małych ojczyzn, a nie wysp dobrobytu obok slumsów; aspekt indywidualny, czyli mówimy o konkretnym górniku; i aspekt środowiskowy. Od strony programowej, strategicznej mówimy oczywiście o likwidacji górnictwa na rzecz neutralności klimatycznej, bo to jest główny cel. 

Górnik, który stoi przed życiową zmianą, ma w sobie dylematy, niepokój, a odejście z górnictwa to – jak sam pan mówił – zdrada zawodu, wspólnoty i tradycji. Jak przekonać go do tej zmiany?

To kwestia nie tyle rozbudzania nadziei, ile pokazania innych opcji, zbudowania opowieści o tych możliwościach, oswojenia ludzi ze zmianą. Górnicy widzą, że transformacja jest faktem. Wspominałem pani o spotkaniu w kopalni. Trzy dni później spotkałem jednego z uczestników tej rozmowy, który chciał zbudować sobie elektrownię fotowoltaiczną na dachu. Kilka lat temu pewien emerytowany górnik z Rybnika nieoczekiwanie stał się największym lokalnym ambasadorem czystego powietrza: opowiadał swoim kolegom emerytom, że po co ma schodzić do kotłowni po węgiel, a potem popiół wynosić, skoro może sobie zamontować piecyk gazowy i ma spokój. W czteroodcinkowym serialu Mamy sprawę, który jako BoMiasto nakręciliśmy na potrzeby kampanii oswajającej górników ze zmianą, pokazujemy typowy dylemat górnika. Główny bohater boi się przyjąć ulotkę o zielonej energii, bo koledzy nazwą go zdrajcą. Dlatego do górników trzeba dotrzeć inaczej. Uruchomiliśmy serwis „Cała prawda o górnictwie”. Chcemy pokazywać górnikom, co się dzieje w ich branży i jak wielką szansą dla nich jest sprawiedliwa transformacja. W styczniu w świat poszedł komunikat, że największa spółka górnicza skończyła rok z gigantyczną stratą, a trzech kontrahentów wypowiedziało jej kontrakty na dostawy węgla. Zmiana już tu jest.


Obejrzyj zrealizowany przez Bo Miasto miniserial Mamy sprawę

Albo posłuchaj wersji audio miniserialu Mamy sprawę


No dobrze, ale jak się ileś lat pracowało w zawodzie, często z sąsiadami, to teraz trudno zmienić podejście i zacząć szukać w innej branży.

To są duże emocje, ale racjonalne argumenty są inne. Tu jest do wykonania gigantyczna praca, by przejść z  fazy emocji do refleksji. Mój dziadek był sztygarem, a na emeryturze mówił mi: „Synek, walcz o czyste powietrze, zajmuj się ekologią, bo w niej jest przyszłość“. Po przejściu na emeryturę dziadek zlikwidował piec węglowy i zamontował centralne ogrzewanie. Był pionierem w swojej kamienicy w Mysłowicach. Dwa lata temu we współpracy z Climate Reality zrealizowaliśmy internetowe badanie opinii publicznej. Pytaliśmy w nim o to, jakich zmian na Śląsku oczekują mieszkańcy. Okazało się, że 42 procent chce OZE (odnawialnych źródeł energii), a 80 procent bezemisyjnego transportu. Dodatkowo w ramach cyklu debat o przyszłości Śląska zamiast o transformację pytaliśmy mieszkańców o ich marzenia dla Śląska na przyszłość. Te marzenia to dla nas postulaty, które trzeba wprowadzić w życie. Wbrew pozorom Ślązacy są pragmatykami, chcą wygrać jak najwięcej. Teraz ważne jest, żeby na tej transformacji wygrali wszyscy.

Wspomniał pan o pięciu sektorach, w których górnicy mogą znaleźć pracę.

To przede wszystkim praca w branży odnawialnych źródeł energii – produkcja, serwis, montaż, obsługa; renowacja budynków i termomodernizacja; elektromobilność, czyli nowe fabryki samochodów; obieg zamknięty czyli gospodarka odpadami; wreszcie cyfryzacja. Jedną z inteligentnych specjalizacji regionu są technologie informatyczne i telekomunikacyjne.

Jak to widzą sami górnicy, gdzie by chcieli pracować?

Na pewno mają kwalifikacje jeśli chodzi o OZE i renowację budynków. Jeśli chodzi o rozwój sektora motoryzacji, to warto skorzystać choćby z doświadczeń Nadrenii Północnej-Westfalii, która jest regionem partnerskim dla województwa śląskiego. Gdy zamykali kopalnie, protestowały tysiące górników. Ale zaproponowano im opcję w postaci programu przekwalifikowania i gwarantowanego zatrudnienia w sektorze mechatroniki, bo górnicy w Niemczech to wysoko wyspecjalizowani fachowcy, a na mechatronice stoi przemysł automotive. Tymczasem na Śląsku też silnie rozwija się ten sektor. W Jaworznie ma powstać fabryka Izery, a w Tychach, gdzie jest specjalna strefa ekonomiczna, już działa wiele firm z sektora automotive. I w 2022 roku z tamtejszych taśm będą zjeżdżać pierwsze elektryki globalnych koncernów. Władze Tychów i zarządy tych firm już teraz rozmawiają, w jaki sposób zapewnić ręce do pracy przy obsłudze nowych taśm produkcyjnych. 

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Na jedno z naszych lokalnych spotkań poświęconych sprawiedliwej transformacji przyszedł młody chłopak, były górnik, który po studiach, jako inżynier, poszedł do pracy w kopalni, bo liczył na to, że szybko dostanie pracę i dobrą pensję. Po pół roku się zmęczył i odszedł do przemysłu, do sektora automotive. Dziś jego pensja jest wyższa niż ta w kopalni. To jest możliwe. Naszym zadaniem jest wyłapywać te dobre przykłady i je pokazywać, by przygotowywać ludzi na zmiany. 

Proszę mi opowiedzieć o pańskiej idealnej wizji Śląska, z perspektywą do 2040 roku, którą proponuje nowa polityka energetyczna naszego rządu.

Ta polityka prezentuje dosyć zachowawczą wizję Polski i musi ona ulec weryfikacji. Jasne, dobrze, że mamy taki dokument jak polityka energetyczna, bo przez ostatnie dwadzieścia lat nie udawało się tego przygotować. Natomiast ten projekt powstał, zanim Rada Europejska podniosła ambicje co do redukcji emisji dwutlenku węgla. Mam marzenie, że w 2030 roku zamykamy kopalnie na Śląsku, produkujemy prąd ze słońca i wiatraków, nie spalamy węgla, a po ulicach jeżdżą bezemisyjne pojazdy elektryczne.

W 2030? Trudno w to uwierzyć.

Mówimy o idei, tak? Dalej, w 2050 roku osiągamy neutralność klimatyczną dla województwa śląskiego. Potrafię to sobie wyobrazić, z tym że potrzebne są pot i łzy, bo musimy przebudować całe sektory gospodarki. Pamiętajmy też, że kopalnia, nawet po zamknięciu, wciąż jest problemem. To zdegradowany obszar, szkody górnicze, to kwestia uzbrojenia terenu na nowo, zabezpieczenia przed zapadaniem, przed drganiami, wreszcie rekultywacja, również przyrodnicza, bo przyroda w tych miejscach jest zdegradowana, ziemia zanieczyszczona, to tablica Mendelejewa. Fajnie na obrazkach wygląda Muzeum Śląskie, ale nie możemy mieć w każdej kopalni muzeum Uważam, że na takich terenach powinny powstawać parki przemysłowe i technologiczne, gdzie firmy nowoczesnych technologii będą mogły się rozwijać. Wreszcie trzeba będzie się zająć gospodarką odpadami. Warto wykorzystać szansę, jaką daje wsparcie unijne, żeby zaprogramować ten system i wprowadzić szerzej do zastosowania nowoczesne technologie, na przykład oczyszczania wody czy recyklingu. Śląsk ma duży potencjał naukowy i intelektualny. Teraz rolą włodarzy jest, by ułatwić transformację. Tempo i przebieg przemian zależą od tego, jak wiele sił i środków w to zaangażujemy. Zgadzam się, że pieniądze z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji, Funduszu Odbudowy oraz fundusze strukturalne w tej nowej perspektywie nie wystarczą. 

Dziś wszystkie oczy są skierowane na Śląsk jako na głównego winowajcę, z którego czerpiemy cały czas energię i bardzo chętnie oceniamy. Ale tak naprawdę zmienić się musi cała Polska.

Jak się uda Śląskowi, uda się całej Polsce, jak wygra Śląsk, wygra cała Polska. I tak do tego należy podejść. Dlatego postulujemy, żeby w tym procesie sprawiedliwej transformacji uczestniczyło sześć, a nie tylko trzy regiony, bo to w sześciu jest obecne górnictwo w różnym wymiarze i skali i tak dalej. Ale transformacja musi się odbywać w sposób rozproszony, żeby rozlać się po Polsce, żeby to nie było tylko jedno źródło, ale kilka źródeł zmiany. To duże wyzwanie, bo każdy kontekst regionalny jest inny, a mam wrażenie, że wciąż pokutuje w nas myślenie centralistyczne, że władza wie lepiej, czego potrzebują ludzie na dole, w związku z tym jeśli władza wiele lepiej, to władza te zmiany zaprogramuje. 

darowizna na rzecz fundacji pismo

Ale ja stoję w opozycji do takiego myślenia. Nie wolno nam stać z założonymi rękami i się przyglądać. W klasycznej debacie oksfordzkiej jest opozycja i propozycja, i tu też trzeba patrzeć władzy na ręce i krytykować, ale konstruktywnie. Siąść do stołu i powiedzieć: rok 2049 to na likwidację górnictwa zdecydowanie za późno. Polska będzie skansenem Europy, bo już teraz graniczne daty dla takich gigantów jak Niemcy to jest rok 2038. Portugalia w tym roku wycofuje się z węgla. My naprawdę jesteśmy w ognie i mamy dziesięć lat na to, żeby dogonić innych.

I mamy doświadczenie innych krajów, z których możemy czerpać.

Nie musimy powielać ich błędów. Nie kupuję tej narracji, że likwidacja górnictwa w Niemczech zajęła pięćdziesiąt lat. W trakcie naszej rozmowy powiedziałem, że restrukturyzacja górnictwa w Polsce trwa już od trzydziestu lat. Więc to nie jest tak, że my dopiero zaczynamy ten proces. Nie, on już trwa, myśmy już naprawdę dużo pracy wykonali. Teraz trzeba zmiany jakościowej.

 

Materiał powstał we współpracy ze Stowarzyszeniem BoMiasto.

 

Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp

FreshMail.pl