Opowiadanie

Dlaczego Anna zjadła ojca

  • autor
  • Joanna Bator

Niekiedy brano nas za siostry. Mnie i moją matkę. Ją to cieszyło oczywiście, ale mnie było raczej obojętne, bo nie przypuszczam, by moją siostrą chciała i umiała być lepiej niż matką. Urodziła mnie w wieku osiemnastu lat i z westchnieniem powtarzała, że nie byłam planowana. Słowo „planowana” wymawiała tak, że kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że coś ważnego mnie ominęło, że czegoś mi brakuje, jakiegoś rytuału potwierdzającego moje istnienie, a ona być może mogła to zmienić, lecz z jakiegoś powodu nie zdołała. Planowane dzieci miały starsze, stateczne matki, podczas gdy moja zawsze sprawiała wrażenie, jakby była nie tu, gdzie się spodziewała znaleźć.

Wchodziłam na przykład rano do kuchni, a ona siedziała przy stole i podnosiła na mnie oczy ze zdumieniem i bolesną biernością. Wydawało mi się, że patrzy na mnie z głębi studni, dając do zrozumienia, że jej sytuacja jest beznadziejna i nic nie mogę zrobić. Zwłaszcza że byłam nieplanowana. Kiedy wracam pamięcią do tamtego mieszkania – dwa pokoje, maleńka łazienka ukośnie wykrojona z kuchni, stara kamienica, zapach czegoś, co nigdy nie wyschło do końca, czegoś niedokończonego albo rozpadającego się w nicość – nie rozumiem, jak te chwile niebytu łączyła ze swoim zawodem wymagającym uważności. Moja matka jest dziennikarką lokalnej gazety. Od dawna razem nie mieszkamy, dzieli nas prawie pięćset kilometrów, nie licząc innych rzeczy, ale dzwonimy do siebie. I dla niej, i dla mnie jest jakoś oczywiste, że do naszej relacji pasuje ta forma komunikacji i unikamy bardziej nowoczesnych sposobów, nie licząc tego, że niekiedy zaglądam na jej profil na Facebooku. To dziwne i jednocześnie znajome uczucie, bo podobnie jak w realnym świecie nigdy nie mam pewności, czy jest tą, którą widzę, i tam, gdzie jest. Ostatnio zauważyłam, że skróciła włosy, co ją odmłodziło i wysmukliło, stała obca i wypiękniona, oparta o motor, którego też nie znałam. Raz na parę tygodni – trzy, może cztery – któraś z nas dzwoni. Rozmawiamy wówczas o niczym. Po wyłączeniu telefonu na ogół nie pamiętam, czego dotyczyła nasza wymiana zdań, bo nie służą one komunikowaniu treści ani wymianie poglądów, lecz stanowią coś w rodzaju spoiwa, bez którego łącząca nas krew wyparowałaby jak woda. Za pomocą tych byle jakich słów, o pogodzie zapewne, bo jakaś pogoda zawsze jest pod ręką, o tym, że tej zimy śniegu jak na lekarstwo, a tamtej to mnóstwo i ciekawe, jaka wiosna nas czeka, że jakieś przepisy na dania z kalafiorów, wszyscy tego lata eksperymentują z kalafiorami, zwłaszcza te modne blogerki, jak one się dziwacznie ubierają, ale nigdy nie wychodzą te ich smakołyki tak jak trzeba, bo nic nie można poradzić na to, że kalafior wygląda jak chory mózg i smakuje jak pierdy, o tym, że po zimie przyjdzie wiosna, po lecie – jesień.

Po ostatniej zimie przyszła wiosna, jak miała w zwyczaju. W moim ogrodzie zaczęły wychodzić przebiśniegi, ale gdy wybrałam numer mojej matki, odsłuchałam nagraną przez nią wiadomość: „Hej. Proszę nie zostawiać wiadomości, bo nigdy ich nie odsłuchuję, lecz zadzwonić, kiedy znów będę dostępna”, poinformowała mnie. Wcześniej w jej imieniu odpowiadał automatyczny męski głos brzmiący, jakby ktoś cisnął garść gwoździ do wanny. Ta nowa wiadomość nie była zbyt profesjonalna, a moja matka nie używała służbowego telefonu, twierdząc, że w jej zawodzie jest się w pracy przez cały czas, i przyszło mi do głowy, że miała jakąś ukrytą intencję. Zapewne wiązała się ona z mężczyzną, bo moja matka co jakiś czas wdawała się w romans, który nigdy nie przynosił jej szczęścia ani spełnienia. To nie były niezobowiązujące relacje z Tindera, nie, moja matka chciała wszystkiego, pragnęła miłości, która ją rozbije na kawałki i złoży z powrotem w jakąś lepszą całość. W każdą skakała z najwyższej trampoliny, wykonując w powietrzu potrójne salto, ale nigdy nie sprawdzała, czy w basenie jest woda. Gdyby wybieranie mężczyzny można było porównać do wizyty na targu, moja matka pewną ręką i z natchnionym wyrazem twarzy sięgała po to jedno, to jedyne właściwe jej zdaniem jabłko, które dla innych wyglądało w najlepszym razie zwyczajnie. To jedyne i wyjątkowe zawsze z ukrytej strony objawiało zgniłą plamę, pośrodku której, w otworze przypominającym obmierzły odbyt, wychylał łeb białawy robal. Ale wtedy oczywiście było już za późno, bo moja matka była po uszy zakochana. Zakochana w byciu zakochaną, odurzona byciem chcianą i pożądaną. Nie wiem, czy i za którym razem przestało ją to dziwić. Bezmierny smutek i powtarzalność tego, że zawsze wszystko kończyło się źle. Wybierała mężczyzn, którzy, jak mówiła, nie dawali jej tego, czego pragnęła, ale być może nadal nie domyśliła się, co to jest takiego. Trochę jak w tym dowcipie: „On nie daje mi tego, czego potrzebuję” – pacjentka mówi terapeucie. „A czego pani potrzebuje?” „Nie wiem, bo mi tego nie daje”. Rzecz, jakiej się od niej nauczyłam, to nie chcieć od mężczyzn zbyt wiele. I w ogóle nie liczyć na to, że drugi człowiek ma to, czego nam brakuje. Wpadło się na tę osobę, która nagle zasłania cały świat, dlatego że ma te cechy, które sprawią, że będzie się mogło powtórzyć znany scenariusz bólu i utraty, i tak do końca.

Po kilku dniach zadzwoniłam znów i ponownie odpowiedział mi jej głos silący się na oschłość, ale podszyty smutkiem gęstym jak owcze futro, prawie czułam jego oleisty zapach, głos nagrany nie wiadomo kiedy i dla kogo. Byłam już pewna, że pojawił się jakiś nowy mężczyzna, ten, dla którego w końcu podcięła swoje włosy podstarzałej Świtezianki. Przy każdej nowej miłości coś zmieniała, wystrój domu, sposób ubierania się, robiła kolejną dziurkę w uchu, raz nawet przekłuła sobie skrzydełko nosa, a po nieuchronnym pogrzebie tamtej punkowej miłości dziurka zarosła niemal bez śladu. „Gdyby wszystkie rany tak zarastały”, wzdychała z …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Opowiadanie ukazało się w grudniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (12/2018) pod tytułem Tropem kanibalki spod Wałbrzycha.

Czytaj także

FreshMail.pl