Opowiadanie

Dlaczego Anna zjadła ojca

Niekiedy brano nas za siostry. Mnie i moją matkę. Ją to cieszyło oczywiście, ale mnie było raczej obojętne, bo nie przypuszczam, by moją siostrą chciała i umiała być lepiej niż matką. Urodziła mnie w wieku osiemnastu lat i z westchnieniem powtarzała, że nie byłam planowana. Słowo „planowana” wymawiała tak, że kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się, że coś ważnego mnie ominęło, że czegoś mi brakuje, jakiegoś rytuału potwierdzającego moje istnienie, a ona być może mogła to zmienić, lecz z jakiegoś powodu nie zdołała. Planowane dzieci miały starsze, stateczne matki, podczas gdy moja zawsze sprawiała wrażenie, jakby była nie tu, gdzie się spodziewała znaleźć.

Wchodziłam na przykład rano do kuchni, a ona siedziała przy stole i podnosiła na mnie oczy ze zdumieniem i bolesną biernością. Wydawało mi się, że patrzy na mnie z głębi studni, dając do zrozumienia, że jej sytuacja jest beznadziejna i nic nie mogę zrobić. Zwłaszcza że byłam nieplanowana. Kiedy wracam pamięcią do tamtego mieszkania – dwa pokoje, maleńka łazienka ukośnie wykrojona z kuchni, stara kamienica, zapach czegoś, co nigdy nie wyschło do końca, czegoś niedokończonego albo rozpadającego się w nicość – nie rozumiem, jak te chwile niebytu łączyła ze swoim zawodem wymagającym uważności. Moja matka jest dziennikarką lokalnej gazety. Od dawna razem nie mieszkamy, dzieli nas prawie pięćset kilometrów, nie licząc innych rzeczy, ale dzwonimy do siebie. I dla niej, i dla mnie jest jakoś oczywiste, że do naszej relacji pasuje ta forma komunikacji i unikamy bardziej nowoczesnych sposobów, nie licząc tego, że niekiedy zaglądam na jej profil na Facebooku. To dziwne i jednocześnie znajome uczucie, bo podobnie jak w realnym świecie nigdy nie mam pewności, czy jest tą, którą widzę, i tam, gdzie jest. Ostatnio zauważyłam, że skróciła włosy, co ją odmłodziło i wysmukliło, stała obca i wypiękniona, oparta o motor, którego też nie znałam. Raz na parę tygodni – trzy, może cztery – któraś z nas dzwoni. Rozmawiamy wówczas o niczym. Po wyłączeniu telefonu na ogół nie pamiętam, czego dotyczyła nasza wymiana zdań, bo nie służą one komunikowaniu treści ani wymianie poglądów, lecz stanowią coś w rodzaju spoiwa, bez którego łącząca nas krew wyparowałaby jak woda. Za pomocą tych byle jakich słów, o pogodzie zapewne, bo jakaś pogoda zawsze jest pod ręką, o tym, że tej zimy śniegu jak na lekarstwo, a tamtej to mnóstwo i ciekawe, jaka wiosna nas czeka, że jakieś przepisy na dania z kalafiorów, wszyscy tego lata eksperymentują z kalafiorami, zwłaszcza te modne blogerki, jak one się dziwacznie ubierają, ale nigdy nie wychodzą te ich smakołyki tak jak trzeba, bo nic nie można poradzić na to, że kalafior wygląda jak chory mózg i smakuje jak pierdy, o tym, że po zimie przyjdzie wiosna, po lecie – jesień.

Po ostatniej zimie przyszła wiosna, jak miała w zwyczaju. W moim ogrodzie zaczęły wychodzić przebiśniegi, ale …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Opowiadanie ukazało się w grudniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (12/2018) pod tytułem Tropem kanibalki spod Wałbrzycha.

FreshMail.pl