Wersja audio

Rysunek Anna Głąbicka
Mieści się w dłoni. Jego chropowata powierzchnia w kolorze czekolady, z czerwonymi przebłyskami, jest ciepła w dotyku. Niewielki, cztery centymetry na półtora, nie robi wrażenia. Jeden kąt prosty, dwa ostre. Trzy ścianki.
Jego górna płaszczyzna wspina się niespiesznie. Żadnych gwałtownych ruchów. Cała moc wynika z tego, że wznosi się delikatnie. Im jest dłuższy względem swojej własnej wysokości, tym większą ma możliwość oddziaływania na świat. Nie potrzeba jednak wielkiej siły, żeby go użyć.
Znam ten przedmiot, widziałam go wiele razy. Jednak patrząc na ten konkretny, nie potrafię się domyślić, do czego służy. Wiem, że jest zrobiony z kawałka mahoniu, być może pochodzącego z gruszy afrykańskiej. To wysokie proste drzewo, które rośnie w lasach deszczowych zachodniej Afryki. Ma charakterystyczne skrętne włókno, a po ścięciu i obróbce – jedwabisty połysk. Ceni się je w produkcji mebli i statków. Ta historia mogłaby się jednak potoczyć inaczej. Kawałek, który trzymam teraz w zamkniętej dłoni, mógłby być elementem gitary, wtedy jej brzmienie byłoby ciężkie, mięsiste. Mógłby się też kłaść równą powierzchnią pokładu jachtu, po której ktoś gdzieś stąpałby mokrą stopą. Można by z niego zrobić śmigło. Mógłby trafić do zdobionej nogi stołu, poręczy schodów, oparcia krzesła. A jest klinem. Trójkątnym klinem, którego wykonanie zajmuje wprawnemu stolarzowi kilka chwil. Ani finezyjny, ani cenny. Ten konkretny powstał ze ścinków, z deski, która miała trafić na burtę starego żaglowca. Musiała mieć jakiś feler. Być może była za bardzo skręcona albo słoje miała nie takie. Dość powiedzieć, że długo leżała w hali w mieście portowym, na stercie, niepotrzebna. Aż powstał z niej klin, nie pojedynczy zresztą. Cała rzecz polega bowiem na tym, że trzeba mieć ich więcej. Czasem pracują w parach. Najlepiej więc nosić przy sobie kilka. Poza tym raz użyty klin już na zawsze zostaje na służbie. Bez szemrania bierze na siebie zadaną misję. Taka już jest natura klinów – skromne, niewidoczne, pokornie przyjmują nacisk. Nie są na pokaz, nie są paradne, nie do podziwiania. Ot, po cichu wykonują swoją robotę. Należą do klasycznych pięciu maszyn prostych, obok dźwigni, równi pochyłej, kołowrotka i bloczka. Nie cieszą się jednak wielką sławą. Na freskach w Galerii Uffizi zobaczymy Archimedesa poruszającego Ziemię za pomocą dźwigni. Na obrazach Józefa Chełmońskiego – drewniane studnie z tradycyjnym kołowrotem. Równię pochyłą uważny obserwator wypatrzy na fotografiach z wodowania statków. Męczyli nią nas także na lekcjach fizyki. A klin jest niewidoczny, bo taki ma być.
Mężczyzna, którego pokochałam, robi kliny. Nie spieszy się. Nie musi niczego odmierzać. Jego chropowate dłonie, przypominające skorupkę orzecha włoskiego, są ciepłe i pewne swego. Lata doświadczeń podpowiadają mu, jak poprowadzić cięcie. Kładzie drewniany klocek na blacie stolarskim. Rozpięta między dwoma kołowrotkami taśma bezkońcowa czyni swoją powinność, a on w milczeniu nadzoruje jej pracę. Mahoniowe kliny potrafi zrobić w minutę. Nosi je zawsze przy sobie. Wozi w plecaku, kiedy jedziemy na górzystą wyspę. Chowa do walizki, kiedy ruszamy do wietrznego San Francisco. Ma przy sobie w czeskiej gospodzie, w eleganckim hotelu, w barze mlecznym, w modnym bistro.
Ratuje nimi randki, nasze i cudze, kawy na chybotliwych stolikach, śniadania emerytów o niepewnych ruchach i nerwy przepracowanej kelnerki. Zamiast kląć pod nosem, mieć pretensje do obsługi, tracić humor, bo rozlała się herbata – wsuwa je dyskretnie pod nogi rozkołysanych stolików. Takie niby nic, a jednak wiele, bo mahoniowe kliny mojego męża są narzędziem troski. Czynią świat nieco lepszym. Nie zatrzymają globalnego ocieplenia, nie zawrócą biegu wojny, nie usuną hejtu. Służą małej trosce, tu i teraz, o kogoś, kto siedzi obok, a może jeszcze wcale nie przyszedł. Niewidoczne, a skuteczne w służbie lepszej codzienności. Myślę, że w naszym rozedrganym, niepewnym i chybotliwym świecie przydałoby się więcej takich klinów. Przydałoby się więcej małej troski. A jej narzędziem wcale nie musi być klin. Może być gest. Albo słowo.