Wersja audio

Rysunek Anna Głąbicka
Było to bez wątpienia najdłuższe badanie ultrasonograficzne piersi w moim życiu. Lekarz kolejny raz wyciskał na mnie zimny żel, wygłaszając w stronę monitora swoje zdanie na temat nadużywania telefonów. Marzłam i czułam się zażenowana, ale mogłam mieć pretensję tylko do siebie, bo znowu zrobiłam to, czego sobie stanowczo zakazałam – na pytanie „Czym się pani zajmuje zawodowo?” powiedziałam prawdę. A potem było jak zwykle.
Niemal każdy, kto słyszy, że zajmuję się wpływem technologii na ludzi, ożywia się. Potem przychodzi pomieszanie ulgi z ekscytacją, jakby ktoś całe życie czekał na możliwość podzielenia się swoimi spostrzeżeniami. W tych monologach chodzi wyłącznie o wyrzucenie z siebie własnych obserwacji i niepokojów. Słucham więc o wnukach, które są karmione przy telefonie, byłych partnerkach i partnerach, z którymi nie dało się spędzać czasu, bo byli przyspawani do Instagrama czy X-a, no i oczywiście o obserwacjach z restauracji. „Obraz USG prawidłowy i on cały czas robił jej zdjęcia albo coś tam dłubał w telefonie, proszę pani, ona w swoim, i nawet nie rozmawiali, a my ze znajomymi mieliśmy schowane, zawsze tak robimy, brak zmian w piersiach, dobrze, że pani się bada regularnie, ale powiem pani, że ja to tego nie rozumiem, bo ja mam taki stary telefon specjalnie, żeby mnie nie kusiło. Proszę się wytrzeć i przyjść za rok. Ten świat to nie idzie w dobrym kierunku”.
Przeczytaj też: O zakazie telefonów w szkołach i ekranowych inkwizytorach
Obserwując tego typu reakcje, doszłam do wniosku, że temat obecności internetu i smartfonów w naszym życiu stał się czymś w rodzaju nowego tabu – czujemy, że coś tu jest nie tak, ale trudno nam się do tego przyznać, żeby nie wyjść na „uzależnionych”. W drugiej edycji Ogólnopolskich badań higieny cyfrowej dorosłych 2025, których wyniki zostaną ogłoszone na początku kwietnia, ponownie ponad połowa badanych osób odpowiedziała, że patrzenia w ekran jest w ich życiu dużo lub za dużo, a ponad 90 procent stwierdziło, że zdarzało im się scrollować zbyt długo. Kiedy pracowaliśmy z doktorką habilitowaną Magdą Woynarowską i profesorem Mariuszem Panczykiem nad narzędziem badawczym do tej analizy, bardzo mi zależało, aby umieścić w nim pytanie właśnie o subiektywną ocenę obecności ekranów w życiu osób dorosłych w Polsce.
Odkąd smartfon stał się naszym centrum zarządzania światem, mapą, portfelem, odbiornikiem radiowym, kategoria spędzanego przed nim czasu – liczonego w godzinach – w zasadzie niewiele mówi o badanych. Czas czasowi nierówny i zawsze musi być rozpatrywany w określonym kontekście. Wniosek jest jednak prosty: czujemy się przytłoczeni. Z jednej strony nie ma w tym nic dziwnego, biorąc pod uwagę poziom cyfryzacji najważniejszych dziedzin naszego życia. Ale z drugiej strony mam nieodparte wrażenie, że nie potrafimy już dłużej udawać, że umiemy sobie zdrowo poradzić z adaptacją do życia w świecie, który nieustannie bombarduje nas informacjami. Kiedy więc pojawia się ktoś, kto dotyka tabu przemęczenia ekranowego i informacyjnego, wrzód pęka, wylewając rzekę niepokoju, pytań i obserwacji.
W tym narastającym niepokoju nie pomagają wydarzenia polityczne ostatnich miesięcy. Zdjęcia z zaprzysiężenia Donalda Trumpa – za którym niczym ministranci stoją w rzędzie szefowie big techów – przejdą do historii jako ostateczny dowód wpływu technooligarchów na geopolitykę. Czy na sali jest jeszcze ktoś, kto nadal uważa, że nowe technologie są jak nóż i tylko od nas zależy, jak ich użyjemy? Zmienianie instytucji państwa w korporację, co właśnie obserwujemy w USA w wykonaniu Elona Muska, czy przykłady realnego wpływu na wynik wyborów osiąganego poprzez rosyjskie manipulacje na (niemożliwe!) platformie TikTok (jak w Rumunii), dobitnie pokazują układ sił, w którym tkwimy: staliśmy się zakładnikami firm technologicznych. Boleśnie doświadczyliśmy tego w lutym, oglądając, jak premier Donald Tusk składa hołd lenny szefowi Google’a Sundarowi Pichaiowi.
Przeczytaj też: Elon Musk chce jeszcze więcej
Nie chodzi o to, czy Google obiecało zainwestować w edukację Polek i Polaków 5 milionów złotych czy 5 miliardów dolarów, lecz o samą formę, jaką przybrało to spotkanie. Oto premier rządu spotyka się z szefem firmy technologicznej z taką pompą, jakbyśmy mieli do czynienia z wizytą dyplomatyczną głowy innego państwa. Późniejsze wygibasy wizerunkowe szefowej Google’a w Polsce, która w niejasny sposób tłumaczyła, że umowa dotyczy dużo większych inwestycji, tylko jeszcze nie można o nich mówić, potwierdziły, że coś w tym przedstawieniu poszło nie tak. Oburzenie firm zrzeszonych w Polskiej Chmurze i pracowników Ministerstwa Cyfryzacji, związane z całkowitym pominięciem ich w decyzjach dotyczących współpracy z Google’em, pokazało – co powtarza dziennikarka technologiczna Małgorzata Fraser – że już teraz jesteśmy cyfrową kolonią. I jeśli chcemy dobrze żyć ze Stanami Zjednoczonymi w tych niepewnych czasach, to trzeba technooligarchów traktować z należytymi honorami.
Po tych wydarzeniach zapadłam na technofatalizm. Przyjmowałam na niego regularnie szczepionki, wyznając zasadę, że postawa odrzucenia i totalnej krytyki nie przynosi rozwiązania. Utrzymując swój sceptycyzm w ryzach, koncentrowałam się na podejściu konstruktywnym, opartym na poszukiwaniu rozwiązań amortyzujących zmiany społeczne. Ale tym razem nie miałam już siły się bronić przed myślami o tym, że jesteśmy biomasą i żyjemy w czasach „technofeudalizmu”, jak głosi tytuł wydanej w ubiegłym roku książki Yanisa Varoufakisa. Byłam wściekła i rozczarowana. Jak mamy mówić ludziom, żeby walczyli o swoje prawa w internecie, skoro widzą służalczość własnych polityków wobec big techu?
Jak mamy mówić ludziom, żeby walczyli o swoje prawa w internecie, skoro widzą służalczość własnych polityków wobec big techu?
Uzdrowienie z technofatalizmu przyszło dzięki koncepcji aktywnej nadziei ruchów klimatycznych, którą zaproponowali Joanna Macy i Chris Johnstone w książce Aktywna nadzieja: Jak spojrzeć prawdzie w oczy i w kreatywny sposób sprostać katastrofie, w której uczestniczymy. Można tę ideę przełożyć w zasadzie na dowolny problem społeczny: po pierwsze, stańmy w prawdzie i pogódźmy się z tym, że sprawy nie idą w dobrym kierunku i nie zdołamy sami tego powstrzymać. Światem rządzi gospodarka, nią nowe technologie, a nimi ludzie, którymi kierują chciwość i ambicja. Po drugie, przeżyjmy żałobę i pozwólmy sobie na wszystkie uczucia, które temu towarzyszą. A następnie skupmy się i znajdźmy odpowiedź na pytanie, na co rzeczywiście mamy wpływ. I tam działajmy.
Na tym ostatnim etapie cała na biało wchodzi higiena cyfrowa. Wywiedziona bezpośrednio z nauk o zdrowiu, oparta na pojęciu higieny jako zachowań to zdrowie chroniących, jest kojąco praktyczna i logicznie osadzona w dbałości o kondycję fizyczną, psychiczną i społeczną. Mówi o tym, co w zasięgu ręki: wyłączaj powiadomienia, nie siedź w telefonie, gdy spędzasz czas z bliskimi, nie rezygnuj ze snu dla scrollowania memów i krótkich doniesień ze świata, znajdź czas na spontaniczną aktywność fizyczną i nie garb się, do cholery, nad tym ekranem!
Przez ostatnie sześć lat wygłosiłam na ten temat setki wykładów i prelekcji, udzieliłam niezliczonych wywiadów i każdy z nich kończył się tym samym: pytaniem o praktyczne rozwiązanie dla przeciętnego zjadacza internetu. Zwykłam wtedy mówić, że gdyby istniało jedno zaklęcie, napisałabym tweeta, a nie książkę. Niemniej widziałam, jaką ulgę przynosi odbiorcom zrozumienie, że wobec rozmaitych pułapek nowych technologii mogą jednak coś przedsięwziąć i w tym celu nie muszą całkiem rezygnować z używania sieci, tylko wprowadzić nowe, zdrowe nawyki cyfrowe.
Czeka nas jeszcze długi marsz o nasze prawa w internecie, ale w świecie zdominowanym przez technologie to właśnie higiena cyfrowa jest tym, co możemy zrobić tu i teraz.
Na koniec chcę powiedzieć, że wszystko to już było i zawsze wymagało czasu. W historii ludzkości przecinaliśmy wiele takich wrzodów, pełnych niepokoju, wątpliwości i wyzwań. Dziesiątki lat trwała edukacja społeczna z zakresu biernego palenia, profilaktyki cukrzycy, uznania depresji za chorobę, nie mówiąc o tak uwikłanych politycznie kwestiach jak prawa kobiet. Czeka nas jeszcze długi marsz o nasze prawa w internecie, ale w świecie zdominowanym przez technologie to właśnie higiena cyfrowa jest tym, co możemy zrobić tu i teraz. Odzyskanie kontroli nad używaniem internetu i smartfonu oraz świadome konsumowanie treści mogą dać zaskakujące poczucie sprawczości i godności. Mogą być formą oporu wobec technofeudalizmu. I sprawić, że nie będziemy mieli się czego wstydzić.
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.
Fundację Pismo, wydawcę magazynu „Pismo”, wspiera Orange.
