Historia osobista

Epsilon, czyli formowanie elit

Nie mając nic – powiedział mi raz Epsilon 
– osiągnąłem wszystko.
rysunki Tomek Majewski

Miał wtedy dwadzieścia siedem lat i od dwóch był nie tylko moim przyjacielem, ale również funkcjonariuszem populistycznej partii, która, nie dbając o przezroczystość nitek, osnuła polskie instytucje gęstą, grubą pajęczyną. Jako członek nowych krajowych elit pracował w skolonizowanym przez tę partię Sądzie Najwyższym – w izbie zajmującej się (nieoficjalnie) gnębieniem prawników nieprzychylnych władzy – wkrótce zaś, jako wicedyrektor departamentu, miał podjąć pracę w równie głęboko skolonizowanym Ministerstwie Sprawiedliwości.

Pomyślałem wtedy, że niewiele w nim zostało z liberalnego młodzieńca, którego poznałem jedenaście lat wcześniej. Potem jednak przyszło mi do głowy, że przeciwnie – mnóstwo, a opowieść o Epsilonie jest zarazem opowieścią o formowaniu w Polsce nowych elit partyjno-państwowych. Mój przyjaciel to jeden z wielu jej bohaterów; może wyróżniający się ze względu na swoją inteligencję, ale mimo wszystko typowy. Nie wiem, na ile jego historia będzie czytelna poza moim krajem czy dla przedstawicieli innego pokolenia; podejrzewam, że w jakimś stopniu na pewno – państwo jednopartyjne nie jest wszak wynalazkiem ani polskim, ani szczególnie nowym. Typowo polska i pokoleniowa jest jednak scenografia, chyba najbardziej ta towarzysząca początkom – a bez nich nie da się zrozumieć, co przydarzyło się Epsilonowi.

Co do początków zaś, to poznaliśmy się w szkole średniej. Nasze liceum było jednym z lepszych w Warszawie, jeśli chodzi o tradycje humanistyczne. Wielu młodych ludzi, którzy do niego szli, miało nadzieję wkrótce ujrzeć swoje nazwisko na okładkach książek, w stopkach gazet, na rozpisce prowadzących zajęcia na uniwersytecie; ja i Epsilon nie stanowiliśmy wyjątku. Oprócz domniemanej przyszłości łączyła nas przeszłość w postaci inteligenckiego pochodzenia. Nasze matki pracowały na wyższych uczelniach, dorastaliśmy w domach pełnych książek, słuchaliśmy muzyki poważnej, na wakacjach bez trudu rozpoznawaliśmy obrazy w muzeach.

Nie byliśmy jednak wyłącznie grzecznymi chłopcami. Przeciwnie, wychowanie w stylu – jak nazwałby to Leo Strauss – idealnych książąt łączyliśmy z ludycznością: mój przyjaciel pił wódkę, grał w piłkę, chodził po górach. Przyszła wielkość, którą staraliśmy się realizować na miarę nastoletnich środków, była bowiem zawarta nie tylko w wiedzy o Caravaggiu czy Mannie, ale w pewnym stylu życia – choć gdyby nas spytano, na czym on polega, nie potrafilibyśmy odpowiedzieć.

Dziś myślę, że definiowaliśmy ów styl przede wszystkim przez negację. Nie wiedząc dokładnie, kim chcemy być, wiedzieliśmy, kim nie chcemy. Mianowicie: filistrami. W naszych oczach grupę tę stanowili pracownicy korporacji, wykształceni w wąskich dziedzinach (marketing, zarządzanie) i w wolnym czasie zajmujący się konsumpcją. Ta ostatnia była z konieczności ograniczona, filistrzy nie mieli bowiem dostatecznie bogatego życia intelektualnego. 

Własne biografie wyobrażaliśmy sobie inaczej. Miały obfitować w przygody, dalekie miasta, wspaniałe lektury. Życie filistrów było pozbawione znaczenia, nasze – miało je mieć.

Idąc na studia, wybraliśmy prawo. Studiowaliśmy je jednak w ramach MISH-u [Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych – przyp. red.], faktycznie realizując się na innych kierunkach. W przypadku Epsilona była to romanistyka: w kilka lat nauczył się …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

FreshMail.pl