Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Przeczytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Strategie przetrwania

Ukryte koszty pracy emocjonalnej [otwarty tekst]

Praca emocjonalna to nie tylko codzienne wykonywanie nudnych obowiązków domowych. To także dbanie o dobrostan i potrzeby wszystkich wokół nas – oprócz nas samych – tłumaczy Rose Hackman.
rysunek AGNIESZKA WRZOSEK
POSŁUCHAJ

Katarzyna Kazimierowska: Z jakimi reakcjami się spotykasz, gdy w rozmowie użyjesz pojęcia „praca emocjonalna”?

Rose Hackman: Zależy, czy rozmawiam z kobietą, czy z mężczyzną.

Zacznijmy od kobiety.

Kiedy moja rozmówczyni po raz pierwszy słyszy ten termin, od razu widzę pełne zrozumienie w jej oczach, więc nawet nie muszę wyjaśniać, jakie jest jego znaczenie. Jakiś czas temu jechałam pociągiem w towarzystwie dwóch Francuzek, które zmierzały do Białowieży. Rozmowa zeszła na pracę emocjonalną, a gdy chciałam im wytłumaczyć to pojęcie, od razu zaczęły dzielić się swoimi doświadczeniami.


Masz przed sobą otwarty tekst, który z okazji Dnia Kobiet udostępniamy bezpłatnie od 6 do 8 marca. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Wykup prenumeratę lub dostęp online.


Jedna z nich była w ciąży, druga nie miała dzieci. I choć macierzyństwo sprawia, że ta kwestia staje się szczególnie istotna – gros pracy związanej z opieką nad dziećmi i ich wychowywaniem spada właśnie na kobietę – to przecież praca emocjonalna nie jest dla nas czymś nowym, narzuca się ją nam od najmłodszych lat. Każda kobieta, niezależnie od tego, jaki zawód wykonuje, jaką ma orientację seksualną, jakie decyzje życiowe podejmuje, rozumie ten rodzaj pracy instynktownie.

W książce Praca emocjonalna. Jak niewidzialna praca kształtuje nasze życie i jak poznać się na własnej sile piszesz, że praca emocjonalna to „najpierwotniejsze przećwiczenie kobiet i dziewcząt do tego, że przede wszystkim powinny retuszować swoje emocje, żeby dogadzać emocjom innych i wynosić je na piedestał” (tłum. Aleksandra Paszkowska). Powiedziałaś, że kobiety z pociągu zaczęły dzielić się z tobą swoimi doświadczeniami…

Rose Hackman
(ur. 1987), brytyjska dziennikarka i autorka. Pisze dla „Guardiana”, mieszka w Detroit. Praca emocjonalna. Jak niewidzialna praca kształtuje nasze życie i jak poznać się na własnej sile to jej debiut książkowy.

Tak, opowieściami z pracy. Obie pracują z dziećmi, co jest w ogóle ciekawym tematem, bo przecież wiele gorzej płatnych zawodów, jak te w oświacie – w Stanach wygląda to podobnie jak w Polsce – jest sfeminizowanych. Dlaczego tak się dzieje? Bo już w dzieciństwie tresuje się nas do odgrywania wyznaczonych ról. Te wszystkie lalki, ciuszki dla nich, akcesoria, domki, które są dziewczynkom wręczane jako prezenty… A potem podświadomie zmierzamy w stronę zawodów związanych z opieką. Wiele kobiet – ale także ci nieliczni mężczyźni, którzy na przykład pracują w edukacji – zwraca uwagę, że głównym elementem nauczania i wychowywania w szkole jest nie tyle przekazywanie wiedzy, ile radzenie sobie z emocjami w klasie i zarządzanie nimi, rozumienie, w jakim stanie emocjonalnym jest dany uczeń czy uczniowie, skąd te emocje się u nich biorą, oraz wspieranie ich, żeby w ogóle znalazła się przestrzeń na przyjmowanie wiedzy. Praca emocjonalna jest ramą dla naszych codziennych zadań.

A mężczyźni? Jak reagują, gdy słyszą o pracy emocjonalnej?

Przyjmują bardzo obronną postawę. W maju zostałam zaproszona na konferencję Impactu w Poznaniu, podczas której miałam wygłosić przemówienie. Wracając z niej, siedziałam w wagonie razem z mężczyzną, który na nadgarstku miał opaskę z tego wydarzenia. Zapytałam, czy w nim uczestniczył. Przytaknął i przez kolejny kwadrans mówił tylko o sobie. Nie przerywałam mu, bo generalnie przyjmuję zasadę, że gdy ludzie podczas rozmowy nie zadają mi pytań, to sama się nie odzywam, nie ułatwiam sprawy rozmówcy, podtrzymując rozmowę. Czekam, czy mnie o coś zapyta, czy włączy mnie w dialog. Gdy skończył mówić o sobie, jechaliśmy przez dłuższą chwilę w milczeniu, ale w końcu zapytał, czym się zajmuję. Powiedziałam, że jestem feministyczną eseistką, że napisałam książkę Praca emocjonalna – i wtedy wyraz jego twarzy się zmienił. Po czym wstał i wyszedł z przedziału.

Nie wierzę.

(Śmiech). Zdążyłam już przywyknąć do takiego okazywania urazy, choć zawsze mnie to zaskakuje. Ale widzę, jak wielu mężczyzn czuje się urażonych choćby samym zestawieniem tych dwóch słów: praca emocjonalna. Jak gdyby pomysł, że emocje mogą być pracą, był do tego stopnia absurdalny, że aż ich to drażni. Nie dzieje się tak u wszystkich mężczyzn, ale u wielu. I często z tego powodu bywam nazywana ekstremistką.

Ekstremistką?

Ciekawe, prawda? Choć piszę o rzeczach, które wydarzyły się mnie i innym, czyli o osobistych doświadczeniach, to przecież przytaczam od razu odpowiednie badania. Na przykład, gdy twierdzę, że kobiety w Stanach wciąż wykonują więcej prac domowych, mimo coraz większego zaangażowania mężczyzn, to powołuję się na dane – w tym przypadku z Institute for Women’s Policy Re­search, który w 2020 roku wskazywał, że kobiety poświęcają dziennie o 37 procent więcej czasu na nieodpłatne obowiązki domowe i opiekę niż mężczyźni.

Przeczytaj też: Niewidzialny etat kobiet. Fragment książki „Praca emocjonalna” Rose Hackman

Ale zacytuję tu amerykańskie powiedzenie, którego nauczyłam się w Stanach. Kiedy ukazała się moja książka, dość mocno promowałam ją na TikToku i wtedy jedna osoba napisała mi w komentarzu: „uderz w stół, a nożyce się odezwą”, a zatem skoro ktoś reaguje agresywnie na oskarżenie czy krytykę, to znaczy, że była ona zasadna. Czyli im bardziej ktoś protestuje, tym większe ma ku temu powody. Skoro więc mężczyźni reagują na moją książkę wyzwiskami, to zapewne czują się w jakiś sposób osobiście dotknięci.

Jakie wydarzenie sprawiło, że zajęłaś się tym tematem?

Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, jako 22-latka, za amerykańskiego dyplomatę i to właśnie z jego powodu znalazłam się w Stanach. Pochodzę z Wielkiej Brytanii, ale kiedy się poznaliśmy, pracowałam jako dziennikarka we Włoszech. Był ode mnie o 16 lat starszy – teraz jestem w wieku, w którym był on, kiedy mi się oświadczył, i wydaje mi się to naprawdę ciekawe, że dorosły mężczyzna chce się umawiać z 22-latką… W dodatku szybko się oświadczył.

Dziś wiem, że to nie jest kwestia niedojrzałości mężczyzn, tylko po prostu dynamika władzy. Łatwiej jest sprawować kontrolę nad dużo młodszą partnerką niż rówieśniczką. Ale nie po to opowiadam tę historię, żebyś widziała we mnie ofiarę jego władzy. Chodzi mi jedynie o refleksję nad tym, co się wówczas wydarzyło. Miałam 24 lata, kiedy zamieszkałam w USA, od dwóch lat byłam mężatką; szybko wyszłam za mąż i równie szybko się rozwiodłam. I fascynujące jest dla mnie odkrywanie, ile w tym krótko trwającym małżeństwie było subtelnych, codziennych nierówności.

Co masz na myśli?

Mój mąż oczekiwał, że będę dźwigać na swoich barkach cały ciężar domu, zgodnie z jego wymaganiami, ale bez mówienia mi tego wprost. Wydawało mu się, że po prostu w niewidzialny sposób mam robić wszystko, co wiąże się z utrzymaniem domu, i sprawiać, że będzie nam się w nim miło mieszkało. On nie chciał słyszeć o jakimkolwiek podziale obowiązków.

To właśnie jest praca emocjonalna. Piszesz: „ze stawiania emocji innych na pierwszym miejscu często wynika również oczekiwanie, że kobieta weźmie na siebie więcej zadań i obowiązków niekoniecznie mających charakter ściśle emocjonalny. Zawiezie dzieci na zajęcia w weekend, nie przyjmie awansu, przejdzie na część etatu, (…) położy się później, żeby zrobić pranie”.

Ale przecież kiedy go poznałam i poszliśmy na pierwszą randkę, rozmawialiśmy o feminizmie, prawach człowieka, kwestiach polityki społecznej i to były tematy, które nas połączyły. Jako dyplomata wiele podróżował i wydawał się bardzo światły w tych kwestiach. W Stanach rozpoczęłam naukę na Uniwersytecie Columbia. Studiowałam prawa człowieka, a po zajęciach zajmowałam się domem. Ale zanim skończyłam studia, już byłam rozwiedziona.

Z powodu zajmowania się domem?

Nie. Między innymi dlatego, że mąż nie chciał, żebym pracowała jako dziennikarka. Uważał, że to jest zbyt kontrowersyjne w kontekście jego pracy. Czy to nie szalone mówić komuś, z kim jesteś w związku, co może, a czego nie może robić zawodowo? Moja matka nie poszła na studia, choć o tym marzyła – zamiast tego pracowała do 70. roku życia. Poświęciła swój czas i marzenie o nauce, żeby jej córki mogły studiować i żyć niezależnie. Obie siostry i ja skończyłyśmy college, ja zrobiłam magisterkę. Miałabym zostać w domu jako żona, żeby to zaprzepaścić?

I stąd książka?

Niezupełnie. Do czasu jej napisania zajmowałam się kwestiami społecznymi, ekonomicznymi, nierównościami ze względu na przynależność etniczną, kolor skóry, ale wszędzie widziałam te większe i mniejsze nierówności wynikające także z płci.

Po rozwodzie przeniosłam się do Detroit, zaczęłam pisać dla „Guardiana”, ale nie chciałam zajmować się zagadnieniami feministycznymi. Widziałam, że gdy inne dziennikarki zaczynały pisać o kwestii płci i nierównościach, wpadały w szufladkę – były później kojarzone tylko z tak zwanymi kobiecymi tematami. A ja chciałam udowodnić, że jestem poważną dziennikarką, która potrafi napisać o wszystkim.

Temat pracy emocjonalnej zlecił mi redaktor w Nowym Jorku w 2015 roku. Kiedy rzucił „praca emocjonalna”, pomyślałam, że to nudne i brzmi jak narzekanie na obowiązki domowe. Ale kiedy zaczęłam zbierać materiał, otworzyły mi się oczy. I wtedy pomyślałam, że ten pierwszy tekst to dopiero początek.

Napisałaś książkę, mężczyźni się od ciebie odwracają, bywasz nazywana ekstremistką – spodziewałaś się tego?

Trochę tak, dlatego starałam się być zawsze przygotowana. Napisanie książki zajęło mi kilka dobrych lat, bo postanowiłam zamieścić w niej wszystkie potrzebne przypisy, potwierdzić dowodem każde zdanie. W Stanach mówią na to, że chciałam mieć wszystkie kwity. Zależało mi na rzetelnym opracowaniu, bo widziałam, jak wiele znanych feministycznych autorek zostaje zdyskredytowanych, uznanych za niepoważne – choćby dlatego, że nie cytują liczb albo omawiają problem z osobistej perspektywy czy przywołują własne doświadczenia (czego akurat nie uważam za coś kompromitującego).

Praca emocjonalna jest nie tylko niezauważana, lecz także pogardzana – co z kolei powoduje pogardę dla osób, którym się ją powierza.

Chciałam, żeby to, co piszę, znalazło odzwierciedlenie w statystykach, w merytorycznej dokumentacji, również ze względu na bezbronność osób, z którymi na potrzeby tej książki rozmawiam, a które dzielą się ze mną intymnymi historiami, dotyczącymi także przemocy. Chciałam oddać im sprawiedliwość i wzmocnić każde wypowiedziane słowo, pokazać, że ich doświadczenia nie są odosobnione, bo potwierdzają badania.

Termin „praca emocjonalna” ukuła ponad 40 lat temu amerykańska socjolożka Arlie Russell Hochschild [rozmawiał z nią Jędrzej Malko, „Pismo” nr 11/2025 – przyp. red.], która, jak piszesz, zwróciła uwagę, że „praca w usługach przestała mieć wyłącznie charakter fizyczny, intelektualny czy nawet twórczy, a stała się zasadniczo i jednoznacznie emocjonalna. Od pracowników zaczęto więc oczekiwać takich zmian ekspresji emocjonalnej, które wywoływałyby konkretne uczucia u klientów, pasażerów, dłużników i pacjentów”. Ty dodajesz: „Przedkładanie uczuć innych nad własne oraz tworzenie znaczących więzi emocjonalnych pomiędzy ludźmi ma znaczny udział w opiece, wychowywaniu dzieci czy budowaniu relacji w społecznościach. (…) Obecnie świadczenia tej pracy oczekuje się od kobiet, a od mężczyzn nie. (…) W takim systemie jakość życia mężczyzn ma większe znaczenie, a kobiety zostają zaangażowane na jej rzecz. Nie istnieje wyraźniejszy przejaw hierarchii płci. Fakt, że tak niezbędna forma pracy zostaje zepchnięta na kobiety, stanowi jedną z przyczyn nierówności płci. Przecież praca emocjonalna jest nie tylko niezauważana, lecz także pogardzana – co z kolei powoduje pogardę dla osób, którym się ją powierza”. Za definicją powinna iść propozycja zmian.

Jeśli osiągniemy masę krytyczną kobiet i – mam nadzieję – także mężczyzn, którzy przejrzą tę farsę, ten podstęp polegający na mówieniu: „och, to tylko praca kobiet” oraz „oczywiście, że jest mniej wartościowa i ważna”, to sprawimy, że głos wymuszający zmiany normatywne będzie o wiele silniejszy. Często słyszę od decydentów, że nie ma się czym zajmować, bo sporo zawodów znika z powodu automatyzacji pracy. Jakoś jednak nie widzę, żeby automatyzowano niezbędną, opiekuńczą pracę kobiet i sfeminizowane zawody, których mężczyźni nie chcą wykonywać. Politycy, prezesi korporacji wmawiają nam, że ta praca nie ma wartości i nie powinna być wykonywana odpłatnie. A przecież, co pokazała pandemia, to są prace, na których nieustannie polegamy, które okazały się tak niezbędne w tamtym okresie.

A mimo to zmiany brak.

Bo potrzebujemy wielu zmian – od lepszych programów proponowanych przez decydentów, przez konkretne regulacje normatywne, aż po głęboką zmianę kulturową – a potem musimy je wdrożyć zarówno na poziomie pracy domowej, zawodowej, jak i działań ze strony administracji rządowej.

Przeczytaj też: Droga K.! Czy kobieta musi być silna i niezależna?

Ale tak samo było z edukacją. Zobacz, ile wydarzyło się w ciągu dwóch pokoleń kobiet, gdy mówimy o edukacji dziewcząt w kontekście przedmiotów ścisłych. Badania dotyczące wyników z matematyki amerykańskich dziewcząt, prowadzone od lat 80., pokazują, jak bardzo te wyniki się poprawiły, bo doszło do intencjonalnej zmiany społecznej. I w związku z tym nie widzę powodu, dla którego nie możemy wprowadzać intencjonalnych zmian w innych obszarach.

Kiedy moja książka wyszła w Stanach, wiele osób komentowało – choć nawet jej nie czytały – że praca emocjonalna to synonim obciążenia psychicznego, co jest nieporozumieniem. Bo tu nie chodzi o zapamiętywanie listy rzeczy do kupienia. Nie chodzi o znoszenie humorów dzieci czy teściowej.

Wyjaśnijmy to więc wprost.

Pamiętasz, jak powiedziałam, że mój mąż nie chciał słyszeć o podziale obowiązków domowych? I to jest ważny punkt do podniesienia: praca domowa wykonywana nieodpłatnie przez kobiety, te obowiązki, do których mężczyźni się nie poczuwają. Ale to tylko jeden problem z całej góry rzeczy, które nie są przypadkowe, one wszystkie się ze sobą łączą. Zależy mi na tym, aby podkreślić, że mówimy o poważnie pomijanej formie pracy, a jej nieuwzględnianie szkodzi nie tylko kobietom, ale ostatecznie także mężczyznom. Przez to nie rozwijają oni swoich umiejętności społecznych i emocjonalnych, które są potrzebne do budowania ważnych dla nich relacji z kobietami, rodzinami i w społeczeństwie.

Dziś w mediach nazywa się to prowokacyjnie kryzysem męskości.

Nawet nie wiesz, jak często jako feministka otrzymuję podczas wywiadów czy debat – jeśli mój rozmówca jest mężczyzną – pytania o to, dlaczego mężczyźni pozostają dziś w tyle. Tak jakbym była odpowiedzialna za tę sytuację. Ja mówię o wyzysku i nadmiernym obciążeniu kobiet, a słyszę pytanie, jak można pomóc facetom, którzy nie mają powodzenia u kobiet. Raz od gospodarza takiej dyskusji usłyszałam, że martwi się o mężczyzn, którzy coraz bardziej politycznie się radykalizują, i w związku z tym ma obawę, że jeśli będziemy tak często rozmawiać o kwestiach feministycznych, to jeszcze bardziej wpłynie to na ekstremizm u mężczyzn.

Może zatem my też nie powinnyśmy rozmawiać o pracy emocjonalnej? Żeby nie denerwować mężczyzn, skoro istnieje obawa – w Polsce także żywa, ze względu na mizoginiczne zapędy niektórych ugrupowań politycznych – że mężczyźni (w tym młodzi) przesuną się bardziej w stronę wzorców toksycznej męskości. Tych, które wiążą się między innymi z agresją, tłumieniem emocji, homofobią, chęcią dominacji nad kobietami i seksizmem.

Już sama idea, że mamy się uciszać i mniej mówić o swoich problemach, aby zaspokoić potrzeby mężczyzn, jest dosłownie odzwierciedleniem definicji pracy emocjonalnej. To coś, czego jesteśmy uczone z pokolenia na pokolenie. Bo co stoi za takim myśleniem? Obawa, że jeśli się nie posłuchamy, to zirytujemy mężczyzn, a oni w odpowiedzi może zagłosują za odebraniem kobietom ich praw i pogorszeniem ich pozycji w społeczeństwie? Tylko że prawda jest taka, że ten rodzaj patriarchalnej dominacji nie uszczęśliwi ani nas, ani mężczyzn, przynajmniej większości z nich. I to naprawdę frustrujące, że w kraju, w którym żyję, uciszanie wciąż uważa się za dobrą metodę tresowania kobiet.

To co teraz zrobimy z mężczyznami?

Jest taki socjolog i pisarz uważający siebie za centrystę i tego, który łagodzi skrajnie konserwatywne pomysły spod znaku Jordana Petersona [profesor, psycholog kliniczny, znany z konserwatywnych i kontrowersyjnych wypowiedzi dotyczących feminizmu, krytykujący polityczną poprawność; pisał o nim Jarema Piekutowski, „Pismo” nr 3/2021 – przyp. K.K.]. To Richard V. Reeves, autor książki Chłopcy i mężczyźni. Dlaczego współcześni mężczyźni przeżywają trudności, dlaczego to ważne i co z tym zrobić?. Gdy słuchasz jego propozycji, brzmią one bardzo rozsądnie, przynajmniej dopóki nie zacznie wchodzić w szczegóły.

Twierdzi na przykład, że chłopcy nie radzą sobie w szkole, ponieważ ich kora przedczołowa nie jest w pełni rozwinięta. Czyli wracamy do kwestii różnic biologicznych między kobietami a mężczyznami, choć wykonano tak wiele badań, żeby jasno zaprzeczyć tej teorii. W dodatku jego odpowiedzią na ten problem jest zatrzymanie chłopców dłużej na określonym etapie edukacji, żeby dać im więcej czasu na rozwój emocjonalny, fizyczny i umysłowy. Zresztą obecnie w Stanach odchodzi się od tak zwanych działań afirmatywnych, które mają ograniczyć w szkołach dyskryminację ze względu na płeć i pochodzenie etniczne, na rzecz działań wspierających chłopców, bo teraz to oni są rzekomo dyskryminowani.

To jest to, co słyszymy także w Polsce ze strony konserwatywnych publicystów – choćby stowarzyszeń działających na rzecz mężczyzn – którzy wypowiadają się na temat ekstremizmu młodych mężczyzn i potrzeby zadbania o chłopców w szkołach. Sami rodzice coraz częściej podnoszą, że system oświatowy faworyzuje pilnych, grzecznych, cichych uczniów (czyli zwykle dziewczynki), a chłopców zostawia samych sobie z ich wyzwaniami emocjonalnymi związanymi z koncentracją, problemami z mówieniem i czytaniem.

W tego typu historiach naprawdę wkurza mnie – szczególnie że pracowałam ostatnio nad długo trwającym projektem, który dotyczy ekstremizmu wśród chłopców i młodych mężczyzn – fakt, że obrońcy praw mężczyzn nie łączą kropek. Spotykam osoby, które twierdzą, że przyszedł czas na nową męskość, nową narrację. Jasne, zgadzam się z tym, feministki mówią o tym od dekad, więc to, co oni głoszą, jest w rzeczywistości bardzo feministyczne.

No i zgadzamy się, że wiele rzeczy dotyczących mężczyzn jest niesprawiedliwych, jak nie w porządku jest pobór do wojska. Ale też wiele rzeczy jest niepokojących – choćby o wiele wyższy niż u kobiet wskaźnik samobójstw [w Polsce średnio 13 osób dziennie odbiera sobie życie, z czego około 11 to mężczyźni; choć wskaźniki samobójstw powoli maleją, za to rosną statystyki prób samobójczych – przyp. red.]. Nieszczęśliwy mężczyzna, zanim zwróci się przeciwko sobie, często jednak najpierw zwraca się przemocowo w stronę żony lub dzieci. Wszystkim nam zależy, żeby tak się nie działo. Dlaczego zatem ci wszyscy konserwatywni myśliciele nie popierają walki feministycznej? Bo tak naprawdę chodzi im tylko o poprawę sytuacji mężczyzn. Nawet kosztem kobiet.

Warto też zadać sobie pytanie, czy jesteśmy w stanie wyobrazić sobie męskość poza kontekstem mizoginii i poza hierarchią płciową, zwłaszcza w obliczu słów, które wielu mężczyzn publicznie powtarza: że to oni stają się ofiarami słabnącego patriarchatu. Mężczyźni nie mogą już być mężczyznami – to słyszę.

Co to właściwie znaczy?

Na przykład idą za tym słowa, że z powodu feministek mężczyźni nie mogą już chronić swoich kobiet. Ale nikt nie pyta: ale kogo ty właściwie chcesz chronić i w jaki sposób? Czemu spełnisz się jako mężczyzna dopiero wtedy, gdy będziesz coś lub kogoś chronił?

Zobacz, zrobiłyśmy to, co twoi męscy rozmówcy – przekierowałyśmy rozmowę z pracy emocjonalnej kobiet na wyzwania, jakie stoją przed mężczyznami. Ale wykorzystam to, żeby dopytać jeszcze o tę kwestię męskości. W książce przytaczasz słowa jednego ze swoich rozmówców, że pomysł, aby chłopiec zbudował własną definicję męskości, jest zbyt zagrażający dla społecznej reprodukcji. To mocne zdanie. Oznacza, że własne rozumienie męskości nie mieści się w tak zwanym męskim pudełku – czyli czymś na kształt kanonu, zbioru zasad bycia mężczyzną, których faceci powinni się trzymać, by pozostać, no właśnie, facetami.

Pamiętam rozmowę z pewnym nauczycielem w szkole średniej w Ohio, świetnym młodym człowiekiem, influencerem i promotorem postępowej męskości. Opowiedział mi o wielu stereotypach przyklejonych do pojęcia męskości, z którymi chłopcy muszą się mierzyć. Na przykład takim, że nie mogą mówić o emocjach, jeśli chcą zostać „męskimi mężczyznami”. Że dzielenie się swoimi uczuciami jest tabu.

Przeczytaj też: Świat po męskości? Etapy żałoby i możliwe scenariusze

Zwrócił mi uwagę, że dziewczęta zawsze mogą ze sobą porozmawiać szczerze twarzą w twarz, to jest coś oczywistego. Natomiast chłopcy w pewnym wieku przestają ze sobą rozmawiać, bo nagle to jest – użył tego słowa – „gejowskie”, a oni nie chcą być tak postrzegani. Nie mogą też dotknąć drugiego chłopca po przyjacielsku, bo zostaną oskarżeni o „gejowski kontakt”, a to już nie mieści się w kodeksie męskich zachowań. Mówił to na podstawie regularnych spotkań z uczniami ze szkoły średniej. Normy patriarchalne pozbawiają chłopców możliwości nawiązania podstawowych interakcji rówieśniczych, które są kluczowe dla ich emocjonalnego rozwoju.

No tak, a taki kodeks, takie męskie pudełko, trudniej zmienić.

Zapominamy, że te męskie zachowania, z którymi muszą sobie radzić chłopcy, to konsekwencja pewnego rodzaju przemocy, której korzenie leżą w dynamice pracy emocjonalnej. Dlatego czasem nie mogę słuchać tych konserwatywnych głosów, które próbują przestawić mnie na swoje tory, mówiących, że pewnych rzeczy – jak męskie zachowania – nie można zmienić, bo są naturalne. Wtedy chcę powiedzieć, że to nonsens, bo wobec tego, dlaczego cały czas te normy wymuszamy – jak to męskie pudełko – karząc za ich nieprzestrzeganie. Bo gdyby były naturalne, to nie trzeba byłoby tak pilnować kobiet i mężczyzn. A gdybyśmy zachęcili wszystkich, aby wyrażali swoją płeć i tożsamość tak, jak czują, aby byli sobą, to dopiero by była prawdziwa lekcja empatii dla wszystkich istot ludzkich.

Ale czy ktoś – mam tu na myśli na przykład konserwatywne środowiska – nie korzysta na tym, że nie ma na to przyzwolenia?

To nie jest tak, że siedzi gdzieś grupka 10 mężczyzn sprawujących władzę i trzyma nas w szachu. Wszyscy jesteśmy karmieni patriarchalną papką i z różnych względów nam to pasuje. Kobiety też żyją stereotypami dotyczącymi mężczyzn. Znasz te zdania: „co z niego za facet, słabeusz, facet to musi zarabiać, facet to musi umieć się zachować po męsku”. To są mniej lub bardziej subtelne sposoby na wymuszanie pewnych postaw i jednocześnie mocno zakorzenione normy społeczne.

I te same głosy powiedzą: „co to za facet, co stoi przy garach”, „przecież i tak nie umie zająć się dziećmi”.

Wierzę, że korzenie patriarchatu sięgają bardzo głęboko, i w swojej książce chciałam obnażyć te, które pojawiają się w naszym życiu codziennie w bardzo subtelny sposób. Za każdym razem, kiedy akceptujesz drobne niesprawiedliwości w relacji z partnerem, przyjacielem, kolegą z pracy, to trochę tresujesz siebie do tolerowania jeszcze większych nierówności.

Wydaje mi się, że nigdy nie sięgnęliśmy porządnie do źródeł patriarchatu pod względem kulturowym, społecznym – tych korzeni, które zmieniają się w przekonanie, że czas mężczyzny, jego doświadczenie, jego człowieczeństwo jest więcej warte niż czas, doświadczenie i człowieczeństwo kobiety. Tak jakby od początku nie do nas należała decyzja co do tego, w jakim stopniu mamy poświęcać się innym, bo to łączy się z czymś, co leży dużo głębiej, czego fundamentem jest hierarchia władzy. I choć powoli zaczynamy przecinać jej szwy, wciąż jesteśmy na początku drogi. Wierzę natomiast, że zmiana jest możliwa, o ile na drodze nie staną ludzie, którzy jej nie chcą.

Tacy jak prezydent Donald Trump.

Tacy jak Trump. Wiadomo, nie wyślemy Trumpa na terapię, ale tacy ludzie jak on chcą utrzymać status quo. Może dlatego tak lubią zarządzać kryzysem, konfliktem, cudzą wojną. To są pilne sprawy, wymagają działania, decyzji, na już. A takie nagłe, ważne, wyjątkowe sytuacje potrzebują konkretnych cech charakteru, zwłaszcza gdy rozmawiamy o mężczyznach – ci muszą być silni, zdecydowani, gotowi do walki. Łatwiej im żyć w świecie czarno-białym niż w zniuansowanym, bo jest bardziej zrozumiały, łatwiejszy do przyjęcia. I w takim świecie wszystkie te „miękkie tematy” przestają być istotne.

Zwłaszcza jeśli masz władzę, by taki świat narzucić, a inni niech sobie radzą.

Mieszkam w Detroit, gdzie większość mieszkańców jest czarna. Mój obecny mąż też jest czarny i doświadczył naprawdę dużo rasizmu w swoim życiu. Właśnie on zwraca mi uwagę na to, jak często grupom innym niż biali mężczyźni mówi się, żeby się zamknęli, żeby poczekali, że mają być cierpliwi – inaczej uzna się ich brak cierpliwości za ekstremizm, bo zbyt mocno naciskają na zmiany.

Uciszanie czy wskazywanie miejsca w szeregu. Chyba wszystkie to znamy.

Innym, także prostym sposobem, jest uznanie, że zgłaszany problem nie jest wystarczająco ważny – jak kwestie przemocy domowej. Widzimy, że statystyki dotyczące śmierci kobiet z rąk partnera w Stanach z roku na rok są wyższe – ponad 80 kobiet miesięcznie ginie w ten sposób – ale widocznie nie jest to aż tak paląca sprawa, żeby się nią systemowo zająć. I wyobrażam sobie, że gdyby 25 procent mężczyzn żyło codziennie z groźbą realnej przemocy, to pewnie byłaby to sprawa numer jeden w Kongresie.

W Polsce na 60 tysięcy zgłoszonych przypadków przemocy domowej ponad 52 tysiące dotyczą przemocy ze strony męskich domowników (dane za 2024 rok).

Kolejna rzecz to gaslighting, czyli między innymi umniejszanie znaczenia naszych doświadczeń, podważanie uczuć, reakcji – strachu, stresu, obaw przed przemocą. Wstrząsnęło mną wystąpienie profesor psychologii Christine Blasey Ford przed senacką komisją sądową w 2018 roku, gdy zeznawała przeciwko Brettowi Kavanaughowi [prawnik, którego Trump nominował na sędzię Sądu Najwyższego USA; wybór prezydenta zatwierdził potem Senat – przyp. K.K.], oskarżając go o napaść seksualną w czasach licealnych. Pamiętasz jej wystąpienie?

Oczywiście. Bretta Kavanaugha także.

Ford mówiła spokojnie i rozważnie, bez „histerii”, o którą tak łatwo i chętnie mężczyźni posądzają kobiety i z powodu której często umniejsza się wagę ich słów. Ona zachowywała się tak, jakbyśmy oczekiwali tego po mężczyźnie. A tymczasem Kavanaugh wrzeszczał, płakał, no, histeryzował. I komu na koniec przyznano rację? Bo Kavanaugh – mimo jej oskarżeń – zasiadł w Sądzie Najwyższym. Słuchałam ostatnio podcastu BBC, w którym wystąpił przyjaciel J.D. Vance’a. Powiedział, że Vance był przeciwko wyborowi Trumpa na prezydenta w 2016 roku, jednak zmienił zdanie i uznał, że dołączy do niego właśnie po wysłuchaniu tego senackiego wystąpienia.

Wtedy wśród republikanów krążyło przekonanie, że jeśli Kavanaugh przegra, to dobiorą się do reszty koleżków Trumpa. Fakt, że mimo posiadania twardych dowodów przeciwko Kavanaughowi i tak nic mu nie zrobiono, że uwierzono jemu, a nie Ford, był dla nich game changerem. Rozmawiałam z konserwatywnymi politykami podczas tego wysłuchania senackiego – przyznali, że według nich Kavanaugh zrobił to, co mu się zarzuca, ale to było tak dawno temu, że nie ma co do tego wracać, no i kogo to dziś obchodzi.

Chciałabym wrócić jeszcze do kwestii przemocy domowej. W książce pokazujesz na licznych przykładach, że praca emocjonalna wiąże się nie tylko z niedocenianym i w związku z tym nieopłacanym wysiłkiem kobiet, ale też ze złym traktowaniem ze strony tych, których one obsługują.

Pamiętaj, że mężczyźni, także ci o poglądach prawicowych, są przeciwko przemocy domowej, zabójstwom kobiet. To jest dla nich bezdyskusyjne i każdy facet powie, że nie ma miejsca na przemoc. Patriarchalna męskość opiera się bowiem na przekonaniu, że to inni mężczyźni są niebezpieczni, a nie my, ci dobrzy. Dobrzy faceci chcą chronić swoje kobiety i dzieci. Tyle że nie w tym rzecz.

Przeczytaj też: Wielkie odkrycie kobiecego orgazmu

Nie prowadzimy ze sobą uczciwych rozmów. Kiedy rozmawiam o tym z mężczyznami, bardzo trudno jest namówić ich, by przeszli ze mną przez ten mentalny matrix, i nie zaczęli od razu myśleć, że jestem wredna, bo próbuję im wmówić, że są przemocowi. A chcę im powiedzieć tylko tyle, że znęcanie się w większości przypadków zaczyna się bez z góry założonej intencji, a jego początek to właśnie wyzyskująca kobiety praca emocjonalna. Zaczyna się od dehumanizacji, która pojawia się wtedy, gdy uznasz, że czas drugiej osoby nie należy do niej, tylko do ciebie – tylko dlatego, że ta osoba urodziła się kobietą. Gdy akceptujemy cichą formę dehumanizacji wydarzającą się w związkach, to zaczynamy spiralę przemocy, która łatwo może się nakręcić.

Niedawno na TikToku pojawił się koncept, który nazywa się „uzbrojoną niekompetencją”. Chodzi o to, że fałszywa, udawana niekompetencja, która wiąże się z nieumiejętnością wykonania prostych obowiązków domowych, stała się męską bronią przeciwko kobietom wywierającym na mężczyzn presję. Mam na myśli sytuacje, gdy facet mówi, że nie zrobił prania, bo nie umiał uruchomić pralki, albo kiedy ojciec mówi do syna: „po prostu udawaj, że nie umiesz myć naczyń, to wtedy ona i tak to zrobi”. To skuteczny sposób sprawowania władzy z wykorzystaniem pozornej niekompetencji, by uniknąć domowych obowiązków, ale też by zrzucić je na tę jedną osobę w rodzinie.

Jest jeszcze podejście: po co mam to robić, skoro ty – partnerka, matka – zrobisz to lepiej.

Nie zgadzam się na mówienie, że on po prostu nie jest w tym dobry, nie może zapamiętać listy zakupów, on tego nie wie. Jest prawnikiem, ale nie umie zapamiętać, co podać dziecku na kolację?

Dokładnie. Ale idzie za tym traktowanie drugiej osoby jako tej, której czasu i pracy nie musimy szanować. Kiedy rozmawiam z mężczyznami o nierównościach związanych z wykonywaniem prac domowych i dochodzimy do podziału obowiązków, wówczas otwarcie przyznają, że są w pełni świadomi, że wykorzystują swoje partnerki. Ale nie zamierzają z tego rezygnować. Potępiam taką postawę. I nie zgadzam się na robienie z mężczyzn ofiar, na mówienie – co też często słyszę z ust kobiet – że on po prostu nie jest w tym dobry, nie może zapamiętać listy zakupów, on tego nie wie. Jest prawnikiem, ale nie jest w stanie zapamiętać, co podać dziecku na kolację?

To cyniczna postawa. Ale popularna także w Polsce.

Jednocześnie nie zgadzam się na zaakceptowanie idei, że męskość musi być mizoginiczna. To przecież konstrukt społeczny, który można zmienić. Rozmawiałam z pewnym młodym człowiekiem z Chicago, który wyjawił mi, jakim wysiłkiem była dla niego zmiana stosunku do swojej matki – i kobiet w ogóle. Gdy z nią mieszkał, przyjmował za oczywiste, że to matka i siostra wykonują wszystkie prace domowe. Ale za tym podejściem, że to jest praca kobiet, szło jeszcze inne: patrzenie na kobiety jak na obiekty, których widok ma mu sprawić przyjemność. Przyglądał się kobietom i je oceniał, a jeśli któraś spotkana na ulicy czy w miejscu pracy nie wyglądała atrakcyjnie, od razu w jego oczach traciła na wartości. Przyznał, że musiał przez wiele lat oduczać się takiego postrzegania i wartościowania innych.

Co więc powinno się według ciebie wydarzyć, by zacząć konkretną systemową zmianę? Obok zmiany w traktowaniu i wychowywaniu chłopców.

Gdy mówimy o wychowaniu i edukacji, na pewno powinno się położyć nacisk na to, by cechy tradycyjnie kojarzone z kobietami, takie jak opiekuńczość czy czułość, nie były postrzegane jako mniej wartościowe. No i włączyć podczas kolejnych etapów wychowywania – w rodzinie, w przedszkolu, w szkole – wykształcenie w dziecku akceptacji całego spektrum emocji, prawa do ich odczuwania, rozmawiania o nich, dzielenia się nimi. A sama praca emocjonalna może przecież być tak naprawdę czymś pozytywnym, tylko wymaga wysiłku. Z jednej strony – oduczenia się automatycznego reagowania na potrzeby innych osób, że to my, kobiety, musimy tę potrzebę spełnić. A z drugiej – to wysiłek związany z negocjowaniem z innymi realizacji tych potrzeb, tego, ile jesteśmy gotowi z siebie dać.

Ale to poziom indywidualny – to jest to, czego możemy wszyscy od siebie samych wymagać. Wspomniałaś jednak o konkretnych rozwiązaniach zawodowych, także normatywnych.

Tak, bo rozwiązaniem problemu pracy emocjonalnej nie jest jej wstrzymanie – przecież trzeba ją wykonywać – ale jej redystrybucja. Czym innym też jest praca emocjonalna w związku opartym na otwartej wzajemności, w którym jest ona ceniona (nawet jeśli nie jest wynagradzana), a czym innym w miejscu pracy, gdzie powinna być formalnie opłacana. I myślę, że choćby w korporacjach – dawniej zdominowanych przez mężczyzn – zarządzających pracownikami umysłowymi, jest przestrzeń na to, żeby wpisać wymagania związane z pracą emocjonalną do zakresu obowiązków na konkretnym stanowisku. A potem żeby uwzględnić ją w kryteriach związanych z przyznawaniem nagród przez dział HR lub łączyć pracę emocjonalną z możliwością awansu.

Rozwiązaniem problemu pracy emocjonalnej nie jest jej wstrzymanie – przecież trzeba ją wykonywać – ale jej redystrybucja.

Teraz jest na odwrót. Udajemy, że nie widzimy, jak niektórzy pracownicy wykonują pracę, za którą nikt im nie płaci. Mam na myśli osoby na stanowiskach administracyjnych czy asystenckich, które zajmują się tak naprawdę obsługą – także emocjonalną – pozostałych pracowników, ale też osoby pracujące na przykład z klientami, od których dobrego samopoczucia będzie zależało, czy dadzą firmie zarobić.

Uważam też, że praca w zawodach sfeminizowanych, jak nauczycielki czy pielęgniarki, powinna zostać uznana za niezbędną i w związku z tym powinna być inaczej wynagradzana, zdecydowanie lepiej. W Stanach to powinna być rocznie kwota sześciocyfrowa.

Słyszę często argumenty ze strony organizacji konserwatywnych, które wspierają mężczyzn, że nie garną się oni do tych zawodów, bo są kiepsko opłacane.

Jasne, byłoby wspaniale, gdyby więcej mężczyzn pracowało jako pielęgniarze i nauczyciele, ale to wymaga nauczenia się właśnie pracy emocjonalnej, a nie tylko opanowania technicznych wymogów, jak metodologia czy obsługa medyczna w przypadku pielęgniarzy. Dlatego nie chodzi mi o to, żeby nagle przyciągnąć mężczyzn do tych zawodów. Z innej strony chłopcy i mężczyźni powinni także uczyć się akceptować kobiety na stanowiskach kierowniczych, a nie traktować ich jak zagrożenie. Dopóki tego nie zmienimy, wciąż naszym myśleniem o zawodach, o stanowiskach będzie kierował seksizm. Kolejną rzeczą, z którą trzeba skończyć, jest gaslighting wobec kobiet, zwłaszcza gdy mówimy o przemocy domowej czy molestowaniu w miejscu pracy.

Uciszanie dziewcząt zaczyna się wcześnie. Laura Bates, dziennikarka, pisarka i aktywistka, autorka książki O mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet. Od inceli do artystów podrywu [rozmawiała z nią Katarzyna Kazimierowska, „Pismo” nr 2/2025 – przyp. red.], obserwuje to w odwiedzanych przez siebie szkołach średnich. Jak zatem wzmocnić dziewczęta, ale także wzmocnić emocjonalnie chłopców, żebyśmy potem nie zostali z tym gruzem?

Myślę, że trzeba umożliwić chłopcom budowanie bliskich relacji. Oni tego desperacko pragną. Potrzebują też mądrych, wspierających mentorów. Widzę, jak silnie narasta w ich grupach rówieśniczych seksizm, ale także wspomniana homofobia, która odgrywa ogromną rolę w niszczeniu chłopięcych więzi. Niektórzy rodzice nie pozwalają synom nawet na przyjaźnienie się z innymi chłopcami. A to jest naprawdę niszczące, zwłaszcza gdy dzieje się w młodym wieku.

Chcę, żeby kobiety usłyszały: Nie zwariowałaś ani nie jesteś histeryczką. Po prostu jesteś wykończona z powodu systemu, w którym tkwimy.

Nie bierzemy pod uwagę, że chłopcy szukają po prostu zgody na budowanie różnych rodzajów więzi i akceptacji tego, co robią. A przecież nie ma jednej recepty na zdrową męskość. Wciąż też borykamy się z tym, czym jest kobiecość, na co się w tej kobiecości zgadzamy, a na co nie, co jest równie trudne.

Ale tym, co próbuję powiedzieć w mojej książce, jest komunikat adresowany do dziewcząt i kobiet: Nie, nie wymyślasz sobie tego, że jesteś przepracowana i przemęczona. Nie zwariowałaś ani nie jesteś histeryczką. Po prostu jesteś wykończona z powodu systemu, w którym tkwimy. Nie wątp w siebie, bo to, co widzisz i czujesz oraz czego doświadczasz, dzieje się naprawdę i ma na ciebie prawdziwie niszczący, realny wpływ. Tu chodzi nie tylko o gaslighting, ale też o nasze poczucie winy, że nie dajemy z siebie wszystkiego, że może za mało się staramy. A my staramy się za bardzo i to właśnie trzeba zmienić.

Rozmowa ukazała się w grudniowym numerze „Pisma” (12/2025) pod tytułem Praca, która nie nagradza.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00