Reportaż

Żonaci księża w brazylijskim Kościele

  • autor
  • Mirosław Wlekły
zdjęcia Mirosław Wlekły
Jesteśmy prawie księżmi. Gdybyśmy nimi zostali, żony na pewno nie miałyby nic przeciwko – mówią Brazylijczycy w odległych zakątkach Amazonii. I czekają na decyzję papieża Franciszka.

Czekam w ulewie godzinę, zapadam się w błocie. Ciepłe krople bombardują policzki, chmury zbliżają się do ziemi. Woda zalewa spróchniałą barkę z wyblakłym jak na starej fotografii malunkiem Jezusa. Deszczem ociekają owocecupuaçui ciężko zwisają z gałęzi. Wątłe łodygi ledwie je dźwigają, jakby zaraz miały trzasnąć, i grad brunatnych owali poleci na ziemię. Tylko te, które spadną, nadają się do jedzenia. Włochate owoce nie mają w wyglądzie nic zachęcającego, najwyraźniej nie chcą zdradzić słodyczy białego miąższu, który kryją w środku.

Pod barem kręcą się podejrzane typy; do portu składającego się z drewnianego pomostu, budynku z desek i dystrybutora paliwa czasem przypływa łódź motorowa. Woń sklepów cynamonowych Schulza unosi się w powietrzu tak lepkim, że co urośnie, od razu parcieje. Rzeka Paraná do Urariá szarzeje z braku słońca. Niedaleko stąd wpływa do największej rzeki świata. 

Czekam w ulewie drugą godzinę, skarpa, na której stoję, spływa błotem do wody, aż wreszcie przypływa po mnie Eurico, przewodniczący katolickiej wspólnoty w Laranjal. Na mój przyjazd do zamieszkanej wyłącznie przez Indian, zamkniętej dla turystów wioski specjalną zgodę wydał kacyk plemienia Munduruku. 

Eurico odpala silnik, jego łódź rwie wodę Parany, a nas obmywa ulewa. Wpływamy do mniejszej rzeczki, Eurico sprawnie prowadzi łódź po jej meandrach. W prawo, w lewo, w prawo, w lewo. Co jakiś czas mijamy pełne rodzin, zdezelowane i kopcące spalinami, drewniane łodzie. W powietrzu czuć słodki zapach tropikalnego lasu. Z drzew zwisają liany. Jakieś niebieskie ptaki z olbrzymią prędkością szybują nie więcej niż dziesięć centymetrów nad wodą. Mijamy dryfujące ciało aligatora. Pewnie ktoś zabił go dla zabawy, w tej części Amazonii nie je się jego mięsa.

Kiedy rzeki wysychają, aligatorów widać tu mnóstwo. Wylegują się na słońcu. Niektóre, jak zapewniają mnie miejscowi, dochodzą do siedmiu metrów długości. Nie atakują ludzi, pożywienia mają w bród. Co chwilę z wody wyskakują rzeczne delfiny. Przestaje padać, chmury odpływają i odsłaniają słońce. Jezioro Bem Assim i znowu rzeka, a za kolejnym zakrętem ukazuje się widnokrąg wody, który wydaje się morzem. Ale to morze jest spokojne, idealnie błękitne, a po chwili na horyzoncie pojawia się jakby wyspa, gęsto zabudowana śnieżnobiałymi domami. Wygląda jak andaluzyjskie miasto. W dodatku na wyspie pośrodku morza.

Fatamorgana w środku amazońskiego lasu? Po kilku minutach białe miasto zamienia się w ląd otoczony jasnym murem, a gdy podpływamy coraz bliżej, wreszcie rozumiem powód optycznego złudzenia. Ziemię pokrywają połacie śnieżnobiałego piasku, z którego gdzieniegdzie wyrastają palmy i krzewy. Wyspa okazuje się zwykłym lądem, a morze – rzeką Marimari, która w porze deszczowej zalewa hektary białych piasków, zatapia drzewa prawie po ich czubki. Kiedy w porze suchej rzeka ustąpi, odsłoni gigantyczne plaże. Niczym białe pustynie będą się ciągnąć setkami metrów od indiańskich wiosek do błękitnej wody.

Dopływamy do Laranjal. Kobiety w wodzie po pas robią pranie na wybudowanym w rzece drewnianym stole. Dawno nie słyszałem takiej ciszy. Co kilka sekund przerywa ją delikatny plusk wody, a czasem ujadanie jedynego w wiosce psa.

Trafiłem tu, do brazylijskiej Amazonii, by odkrywać nieznane plemiona Kościoła. No i w poszukiwaniu „zaginionych” księży.

 


wzdłuż rzeki marimaripółtora tysiąca Munduruku dzieli ziemie z Indianami z plemienia Sateré, którzy sprowadzili się tu trzydzieści lat temu po konflikcie nad Rio Negro. Są baptystami, w odróżnieniu od katolików Munduruku. 

Eurico, przewodniczący liturgii

Przyjezdny jest też Eurico, nosi dwa nazwiska: Freitas Reis. Urodził się w 1949 roku w miasteczku Nova Olinda do Norte, w indiańskiej rodzinie plemienia Maraguá. Do Laranjal przyjechał jako pracownik Narodowej Fundacji ds. Indian (Fundação Nacional do Índio, FUNAI). Zakochał się w Indiance Munduruku, miejscowy kacyk wyraził zgodę na ich związek, w 1975 roku wzięli ślub, Eurico został we wsi na resztę życia. Przez trzydzieści sześć lat uczył w szkole historii i geografii. Został administratorem wspólnoty katolickiej, a potemministro extraordinário da palavra, „ministrem słowa”, świeckim przewodniczącym liturgii, czyli prowadzącym coś w rodzaju mszy. 

Funkcję takiego świeckiego „prawie księdza”, który odprawiałby nabożeństwo w przypadku braku duchownego, wprowadził w 1966 roku w Hondurasie kanadyjski biskup Marcel Gérin i dziś w całej Ameryce Łacińskiej są ich tysiące. Wśród nich kobiety. Gdyby nie oni – i one – Kościół w wielu miejscach przestałby funkcjonować.

 


trzy tygodnie przedmoim przyjazdem do Amazonii Meinrad Francisco Merkel – biskup położonej pół dnia drogi stąd, nad rzeką Madeira, diecezji Humaitá – pisze do Franciszka:

Drogi Bracie, 

Papieżu Franciszku,

pokój i dobro!

(…) Zachęca nas Ojciec do odwagi w prowadzeniu naszych lokalnych kościołów. Polegamy więc na świeckich, a nawet otwieramy przestrzeń liturgiczną i duszpasterską kobietom. Ale wierni nieustannie domagają się eucharystii, niebiańskiego pożywienia dla ludu Bożego na pustyni życia. Lecz eucharystii nie ma kto sprawować. Smutne, że tracimy przez to w naszych wspólnotach tak wielu katolików, bo brakuje im namaszczonych i gorliwych pasterzy, którzy nieśliby ewangelię rodzinom. (…) Moi bracia biskupi z północno-zachodniej Brazylii działający na terenie wielkości prawie miliona kilometrów kwadratowych borykają się z podobnymi problemami jak moja diecezja, która ma zaledwie dziesięciu księży, w tym dziewięciu przyjezdnych. Ci biskupi popierają moją prośbę. Wierzymy, że Duch Święty objawi się w kandydatach do kapłaństwa starannie wybranych wśród najlepszych diakonów stałych (żonatych). Chcemy po prostu lepiej służyć Bogu w Amazonii.

Modlę się za Ojca, którego odpowiedzialność za kierowanie Kościołem jest wielka, ale też piękna i sprzyjająca promowaniu zmian, których potrzebuje nasz „Kościół na peryferiach”.

Z przyjaźnią,

+ Meinrad Francisco Merkel CSSp.

W 2010 roku zaledwie jeden ksiądz przypadał na dziesięć tysięcy Brazylijczyków (w Polsce jeden na tysiąc dwustu pięćdziesięciu mieszkańców). W tym największym katolickim kraju świata (około sto trzydzieści milionów wiernych; na drugim miejscu, z dziewięćdziesięcioma sześcioma milionami, plasuje się Meksyk) aż siedemdziesiąt tysięcy wspólnot z powodu braku księży nie ma stałego dostępu do mszy świętej, a wiele z nich także do eucharystii. Szczególnie pod tym względem cierpi północ kraju, gdzie mieszka najwięcej katolików. Wiele gigantycznych parafii obsługuje tam zaledwie jeden ksiądz. Zgodnie ze wskazaniami Soboru Watykańskiego II ich rolę coraz częściej przejmują świeccy.

 


życie religijnew amazońskiej wsi Laranjal wygląda tak:

Ksiądz przypływa raz, dwa razy w roku.

W 2010 roku zaledwie jeden ksiądz przypadał na dziesięć tysięcy Brazylijczyków. Aż siedemdziesiąt tysięcy wspólnot z powodu braku księży nie ma stałego dostępu do mszy świętej.

Poza Dniem Indianina 19 kwietnia pozostałe święta wytycza kalendarz katolicki. W czerwcu przez dziesięć dni wieś obchodzi święto swojego patrona Jana Chrzciciela. W sierpniu odbywa się fiesta ku czci Matki Boskiej, a w grudniu na cześć świętej Łucji. Jest jeszcze peregrynacja obrazu Jana Chrzciciela. A dzień Bożego Narodzenia, po wigilijnej mszy o północy, mieszkańcy spędzają na plaży. Stoły uginają się od jedzenia (ostatnio z tej okazji zabili dwie krowy), organizowane są turnieje piłki nożnej, tańce i śpiewy. Kto chce, idzie popływać w rzece. Nie ma tu piranii. Na plaży też jest bezpiecznie, bo jaguary wolą zostać w lesie. 

– Do chrztu i ślubu nikogo nie namawiamy, tych sakramentów muszą chcieć sami – wytłumaczy mi później proboszcz z odległego miasta Nova Olinda, ksiądz João Bosco Saldanha Colares. – Chrztów mamy mnóstwo, mniej ślubów. Nigdy nie odmawiamy chrztu dziecka z niesakramentalnego związku.

Kiedy pod koniec 2016 roku do Laranjal przypłynął biskup, od razu bierzmował trzydzieści osiem osób.

– Najważniejsi są dla nas młodzi – zaznacza Eurico. Raz w miesiącu zjeżdżają się ze wszystkich osad do wybranej wsi, po dwieście, trzysta osób, organizują dyskusję na religijny temat, potem cały dzień upływa na zawodach sportowych i zabawach na plaży. Po zmroku …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Książka Mirosława Wlekłego Raban! O Kościele nie z tej ziemi ukaże się 22 maja nakładem wydawnictwa Agora. Reportaż ukazał się w majowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (05/2019) pod tytułem Sprawdzeni mężowie.

FreshMail.pl