
Rysunek Anna Głąbicka
Najwięcej miejsca w mojej apteczce zajmuje muzyka. Duża w tym zasługa moich rodziców, którzy, odkąd tylko nauczyłam się chodzić, przy każdej nadarzającej się okazji pokazywali mi, że można się przy niej dobrze bawić. Już wtedy zrozumiałam dwie rzeczy: że moje miejsce jest na parkiecie i że muzykę powinno się przeżywać kolektywnie.
Rodzice nie byli zwolennikami domowej musztry. Owszem, zależało im na tym, bym miała dobre stopnie w szkole, ale nigdy niczego mi nie narzucali. Raczej wychodzili z założenia, że sama powinnam dojść do tego, kim chcę być, odkryć, co daje mi satysfakcję i poczucie spełnienia. Dlatego już gdy byłam bardzo młoda, zaszczepili we mnie otwartość na świat. Dzięki nim wiem, że nie należy niczego z góry oceniać. Ten głód poznawania nowych rzeczy czuję do dziś. Towarzyszy mi on przy każdym kolejnym projekcie.
Muzyka, której słucham, jest punktem wyjścia dla wielu moich prac. Cenię klasyków minimalizmu i awangardy, takich jak Julius Eastman czy Ryūichi Sakamoto. Fragment utworu tego drugiego artysty – Diabaram, z legendarnym senegalskim wokalistą Youssou N’Dourem – wykorzystałam nawet w swoim kawałku Just Because It’s a Funeral Doesn’t Mean We Can’t Rave. Bliskie są mi również brzmienia klubowe z Afryki Zachodniej. Gdy dorastałam, szczególnie ważny był dla mnie DJ Arafat nazywany królem coupé-décalé [gatunku muzycznego, który stał się popularny w czasie pierwszej wojny domowej na Wybrzeżu Kości Słoniowej na początku lat 2000. – przyp. red]. Dla wielu ludzi, zarówno w Afryce, jak i we Francji, był on ambasadorem radości. Imponowały mi jego styl, sposób opowiadania historii i energia, jaka biła z tworzonej przez niego muzyki. Do tej pory wracam do niej, gdy potrzebuję podnieść się na duchu.
Największy wpływ na to, co dziś tworzę, ma jednak elektronika ze Stanów – głównie Chicago house i Detroit techno. Ten pierwszy styl jest zmysłowy i duszny, pełen queerowej radości. Ma dla mnie w sobie coś transcendentalnego – słuchanie house’u przypomina wręcz doświadczenie duchowe. Z kolei techno, które od połowy lat 80. rozwijało się w Detroit, jest bardziej surowe, mechaniczne, sprzyja dysocjacji, nie ma w nim Boga. Jego pionierzy wywodzili się głównie z czarnych społeczności robotniczych, które jeszcze w czasach segregacji rasowej migrowały na północ, kierując się marzeniem o lepszym życiu. Wszechobecne wówczas w mieście maszyny miały stać się rozwiązaniem ich problemów, tymczasem przyczyniły się jedynie do pogłębienia nierówności społecznych. To właśnie ci twórcy, w dobie upadku przemysłu ciężkiego w Detroit, pierwsi zaczęli dostrzegać zależności między wykluczeniem związanym z kolorem skóry i przynależnością klasową a technologią.
W swojej sztuce przyglądam się skutkom nakładających się na siebie tożsamości i kategorii społecznych, a także innym napięciom towarzyszącym wojnom kulturowym. Konfrontuję ze sobą to, co hiperkonkretne i zakorzenione w lokalności, z tym, co globalne lub w kosmopolitycznej narracji uznawane za uniwersalne. Czasem słyszę, że przez to moja sztuka jest myląca. Odpowiadam wtedy: „Tak, ale podobnie mylące jest życie”.
Fascynuje mnie to, co niejednoznaczne. Dlatego częścią mojej instalacji In a Perpetual Remix Where Is My Own Song?, prezentowanej w zeszłym roku w Tate Modern w Londynie, była seria rzeźb z brązu przedstawiających moje ciało w różnych fazach transformacji – od naturalnej po postludzką. Ta praca posłużyła mi do tego, by ukazać moją relację z ciałem jako niekończący się cykl zmian, który zakłada ewolucję, dekonstrukcję i proces leczenia. Nie zawsze w tej samej kolejności. A DJ-ing stał się narzędziem, które wykorzystałam w tworzeniu tego osobistego mitu.
Wspomniane rzeźby są też częścią mojej multimedialnej wystawy Ghost Rider, prezentowanej obecnie w Zachęcie w ramach projektu BMW Art Club. Ta praca ma jednak bardziej architektoniczny charakter, jest zintegrowana z miejscem i krajem, w którym – podobnie jak w moim własnym – ścierają się przeciwległe wizje. Na środku sali znajduje się DJ-ski stand kształtem przypominający kościelne organy. Chciałam stworzyć obiekt nawiązujący do stołu, przy którym zapadają wszystkie ważne decyzje. Tym sposobem Ghost Rider nabiera politycznego znaczenia. Ciało wydaje się już poza moją kontrolą. Ktoś inny o nim decyduje. Ale jest w tej pracy też coś, co daje nadzieję. Instalacja reaguje na ruch, obecność innych ciał. Można ją odbierać sensorycznie, przedludzko. Potrzebę kontroli mógłby zastąpić taniec, wspólna zabawa. A galeria sztuki, podobnie jak klub, stałaby się miejscem eskapizmu, do którego przychodzimy, by rozładować swoje wewnętrzne sprzeczności.
Rozmawiał i przełożył Mateusz Roesler
Masz przed sobą otwartą treść, którą udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Jeśli nie masz prenumeraty lub dostępu online – zarejestruj się i wykup dostęp.
Partnerem tekstu jest BMW Art Club. Najnowszą odsłonę projektu, wystawę Ghost Rider można oglądać w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki do 22 lutego 2026 roku.
