Apteczka

Katarzyna Kazimierowska. Apteczka w głowie

Od kilku lat systematycznie pozbywam się rzeczy. Biżuterii właściwie nie mam, gdzieś w szufladzie komody turla się pewnie obrączka. Ubrania raczej oddaję, niż kupuję nowe, a jeśli nowe, to nowe jedynie dla mnie, bo jednak od jakiegoś czasu wybieram te z drugiej ręki. Od dawna też nie sprawiłam sobie żadnej płyty, skoro wszystko to, czego potrzebuję, mam w sieci. Ale do tej pory pamiętam nerwowe przeliczanie pieniędzy, gdy – będąc jeszcze na studiach – upewniałam się, czy wystarczy mi na nowy album Tori Amos, Leonarda Cohena albo ścieżkę dźwiękową z Podwójnego życia Weroniki, Wielkiego błękitu czy Miasteczka Twin Peaks. I tej radości na widok wyczekanej płyty trochę mi teraz brakuje. 

Jedyne, czego nie potrafię sobie odmówić, to dobrej kawy i książek. Ale te drugie przychodzą właściwie same, z racji zawodu i zamiłowania. Nikt nie da się nabrać, że oddaję kolejne woluminy, gdy zerknie na regał w dużym pokoju, choć książki naprawdę przekazuję dalej masowo – do bibliotek, przedszkoli czy w zamian za drobne przysługi, zabawki z klocków lego. 

A ponieważ książki przychodzą same, to radość sprawia mi dziś zamawianie tytułów anglojęzycznych, niewydanych jeszcze po polsku, by sprawdzić, czy dobrze trafiłam w te, które za rok ukażą się na polskim rynku. Tak było z Ali Smith, której Jesienią teraz się zachwycamy, z Rachel  Kushner i jej Mars Room czy z Sally Rooney i Normal People. To fajna zabawa, ale lekturom tym daleko jest do olśnień, jakie przeżywałam podczas czytania, by wymienić choć kilka, Lotu nad kukułczym gniazdem, Stu lat samotności, Białych zębów czy Boga rzeczy małych albo opowiadań Alice Munro. Ostatni raz takie objawienie przeżyłam chyba przy Wszystko, co lśni Eleanor Catton i odtąd – nieusatysfakcjonowana jej Próbą – czekam na następną powieść tej autorki. Bliskie jest mi pisarstwo Elizabeth Strout, Rachel Cusk i Tove Jansson, Eleny Ferrante, bardzo bliskie Chimamandy Ngozi Adichie, Siri Hustvedt czy Joanny Bator – książki i losy tych trzech ostatnich pisarek śledzę od debiutu, ale nie zabieram ich na wakacje, nie trzymam na półce przy łóżku. Mam wrażenie, że coraz mniej się przywiązuję do konkretnych tytułów czy ich autorów, raczej do wrażeń i przeżyć, jakie we mnie pozostawiają, i do nich wracam w myślach. Przy łóżku zawsze mam dwie–trzy książki, które czytam naraz. Teraz to Lato Tove Jansson, Milkman Anny Burns i wiersze Emily Dickinson, w których znajduję ogromną pociechę.

Dziś zdjęć robię mało, w kadr wchodzą mi dzieci, ale już nie gromadzę tysiąca zdjęć klonów, robię kilka, wywołuję i wkładam do albumów. Te mają dla mnie ogromną wartość, to moja prywatna lektura obrazkowa. 

Nie przypadkiem wymieniłam do tej pory przede wszystkim powieści. W pewnym momencie obraziłam się na fikcję i zaczęłam zaczytywać się w reportażach Czarnego oraz esejach reporterskich, z książkami Joan Didion, Susan Sontag, Tiziana Terzaniego i Oriany Fallaci na czele. Bez nich nie ruszałam się nigdzie. Ale potem pojawiła się Strout i Ferrante i trzeba się było pogodzić. Dziś najchętniej sięgam po opowiadania, bo krótkie i można przeżyć wiele światów w jednej książce. Ostatnio na mojej półce pojawiły się Clarice Lispector i Lucia Berlin, ale nie zapomnę George’a Saundersa i jego Dziesiątego grudnia. Skłamałam, Lincoln w Bardo tego autora to było moje olśnienie. Widzę, że na mojej liście królują kobiety, ale bez George’a Saundersa, Dona DeLillo i Barry’ego Lopeza literatura by tak nie smakowała. Ich książki towarzyszą mi często podczas podróży, ale nie dźwigam ich w plecaku, noszę je w sobie. 

Coraz częściej też pakuję treść do Kindle’a, więcej można w nim zmieścić niż papieru w plecaku, zwłaszcza gdy bagaż wypełniają książki dla dzieci.

Dekadę temu, kiedy sporo podróżowałam, dokumentowałam przeżycia, napotkanych ludzi, obrazy, krajobrazy, wrażenia. Mam tego tysiące na kartach pamięci rozsiane po starych aparatach cyfrowych, na płytach. Dziś zdjęć robię mało, w kadr wchodzą mi dzieci, ale już nie gromadzę tysiąca zdjęć klonów, robię kilka, wywołuję i wkładam do albumów. Te mają dla mnie ogromną wartość. W ogóle albumy ze zdjęciami to moja prywatna lektura obrazkowa. Opowiadają historie, dramaty i radości lepiej niż niejedna powieść.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Taki album otrzymałam w prezencie ślubnym od mojej przyjaciółki. Okazało się, że ona – kolekcjonerka przeżyć swoich i cudzych – zachowała kadry z kilkunastu lat naszej przyjaźni i postanowiła mi wręczyć zapis wspólnych wzruszeń, radości, skandali, porażek i sukcesów. Zaglądam do niego czasem, gdy jestem sama w domu, nie mogąc nadziwić się życiu.

Od pierwszej fali pandemii podróże odbywam w głowie – też tak macie? Bo podróży brakuje mi okrutnie, choć zgadzam się z noblistką Olgą Tokarczuk, że niemoralne jest dziś podróżowanie. Przypominam sobie piasek na plażach, jakie miałam przyjemność złazić, smak kawy czy egzotycznej potrawy. I dziś, gdybym mogła znowu odbyć podróż, jak kiedyś, bez maseczki, bez dystansu społecznego, nie zabrałabym żadnej książki. Jedynie aparat z czystą kartą pamięci, nieodłączny notes i długopis. Nie nudziłabym się, mam tak wygłodniały wzrok i słuch. Zagadałabym do człowieka w samolocie. I na miejscu poszłabym do księgarni i kupiła po prostu nową książkę. Choćby album ze zdjęciami kobiecych nóg. Kiedyś przywiozłam taki z portugalskiego miasta i wciąż do niego wracam.