Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Czytaj

Korony

Matko moja! Czy tę pieszczotę
dają mi Twoje ręce, białe i delikatne?

Šatrijos Ragana, Sename dvare,
przekład Kamil Pecela

Tak, zrobiła to. Moja mama uderzyła mnie w twarz. Nie zapomnę tego dnia do końca życia. 

Na myśl o tym w mojej pamięci wyłania się wyraziste światło dzienne i słodki zapach powietrza. Ciepło, orzeźwiająco gładziło moje nagie łydki, słyszałam szelest liści lip i wiatr – najprawdziwsze lato, chociaż dopiero był czerwiec. Białe i różowofioletowe piwonie rozkładały swoje pąki i jedna po drugiej pochylały ciężkie głowy na cienkich łodygach. Dwa ich wielkie krzewy rosły pod naszymi oknami. Rankami płatki kwiatów pokrywała rześka rosa, były wtedy cudownie delikatne i gdy tylko się budziłam, niecierpliwie wyczekiwałam momentu, aż będę mogła wybiec na podwórze, aby się nimi nacieszyć. Głaskałam płatki palcami, a gdy wdychałam aromat, jaki wydzielały, przywierałam do nich policzkami jak do wielkich, pachnących dłoni. To uczucie mnie odurzało. Tak, ubóstwiałam piwonie, ich obfite i szlachetne rozkwitanie, ich ciszę i zapach, ich doskonałość.

Drzwi naszego domu były otwarte całymi dniami częściowo dlatego, żeby do środka trafiło jak najwięcej ciepła, a częściowo dlatego, żeby wywietrzyć ostry zapach pleśni, który przez całe lata wsiąkał w ściany. Babcia od razu powiesiła na drzwiach białą firanę, żeby do środka nie naszło much. Rześki wiatr wzdymał ją jak żagiel i do środka wchodziło się jak do pałacu w bajkach.

Tylko wnętrze naszego domu nie miało nic wspólnego z bajką. Gdy w dwóch małych pokoikach muszą żyć cztery osoby, to nic dziwnego, że trudno się w nich obrócić, ponieważ wszędzie miejsca szukają sobie najprzeróżniejsze przedmioty, na parapetach gromadzą się kubki, talerze i miski, tuż pod ręką walają się otwarte pudełka ze szpilkami i nićmi, na krzesłach leżą porozrzucane brudne ciuchy dziecka, a przy ścianie w koszykach zużyte pieluchy. Babcia sarkała nieustannie, że trudno znosić codziennie taki nieporządek i że w ogóle całe jej życie jest takie, po co ono komu potrzebne, takie nieporządne życie, w którym nikt nigdy nie może zaprowadzić ładu. Ale sama nie robiła niczego, aby to życie odmienić. Tylko pociągała nosem, ze złością zerkała na mamę i każdego ranka kazała mi zakładać sobie śmierdzące wełniane kapcie, a wieczorami je ściągać, ponieważ sama nie mogła się już schylać.

– A może nawet tego nie potrafisz? – mówi do mnie. – Ani córki, ani wnuczki, co za życie!

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki. Skorzystaj z oferty

– Zamknij się! – wrzasnęła na nią pewnego razu mama, gdy straciła cierpliwość. – Popatrz na siebie, na swoje życie!

Nic nie wiedziałam o życiu babci, ponieważ ani ona, ani mama nigdy o tym nie rozmawiały, niczego nie opowiadały. Nie było żadnych wspomnień, wydarzeń, zajść i ludzi, o których mogłyby mówić. Przeszłość jakby w ogóle nie istniała. Życie babci zaniknęło gdzieś jak zatopiona łódź. Domyślałam się, że w nim również nie wszystko było w porządku. Dziwiło mnie to, że zupełnie nic nie wiem o swoim dziadku, jeśli w ogóle kiedykolwiek go miałam. Co tam dziadek, nie widziałam na oczy ani swojego ojca, ani nawet jego fotografii. Nie wyobrażam sobie, jak wygląda i nie wiem, czy żyje. Nie znam nawet jego imienia. Ktoś mógłby powiedzieć, że takie rzeczy się nie zdarzają. Zdarzają.

Ani w naszym domu, ani w życiu nigdy nie było mężczyzn. Żyłyśmy bez nich, trzy kobiety. kobiety. Moja babcia, mama i ja. Żyjąc we trójkę w jednym domu, powinnyśmy czuć się sobie bliskie, niezbędne sobie nawzajem, dwie matki i dwie córki. Ale nic takiego nie miało miejsca. Tak naprawdę nie byłyśmy sobie potrzebne. Mama niemal nie rozmawiała z babcią, nie radziła się jej w żadnej sprawie. Babcia chrząkała i syczała, sapiąc coś niewyraźnie o nieporządnym życiu. Nie wiedziałam, o czym całymi dniami myśli moja mama, bywało to dla mnie nieodgadnione. O nic jej nie pytałam. Czyżby tamtego wieczora spodziewała się, że będę wyjaśniać, dokąd idę, co robię i kiedy zamierzam wrócić?

Wróciłam już po zmroku, bardzo późno, może nawet o północy. Mimo to drzwi nie były zamknięte od środka na haczyk. Babcia chrapała pod swoją ścianą. Na stole zapaliła się lampa. Owinięta w sprany, bezbarwny szlafrok mama od razu znalazła się obok mnie. Patrzyła na mnie ze złością, oczy jej płonęły.

– Gdzie się znowu włóczyłaś? Która to godzina?

– Wracam, o której chcę! Nie masz nic do gadania! – warknęłam.

I wtedy uderzyła mnie w twarz. Nagle i mocno. Jej dłoń była twarda i szorstka, tyle zdążyłam poczuć. Stało się to bardzo szybko, z prędkością światła, jej ręka pojawiła się znikąd obok mojej twarzy niczym statek kosmiczny albo dron sterowany przez niewidoczną siłę, nagle przeleciała mi przez policzek i zniknęła. Jak śmiesz, jak możesz, chciałam jej wykrzyczeć w tamtej chwili z wielkiego bólu, wściekłości i zaskoczenia, co z ciebie za matka, co z ciebie za człowiek, ale milczałam. I nie płakałam. Coś, co przypominało silne wyładowanie, promieniowało od niej i mnie otoczyło, dziwna siła jak w filmach fantastycznych, która podnosi ciało niby źdźbło trawy i z lekkością miota nim na setki metrów. Nie można jej opanować ani jej się sprzeciwić.

– Nie pozwolę ci się zachowywać tak, jak ci się zachce, słyszysz? Zbrzydło mi już, że nikogo nie obchodzi, co mówię… że traktują mnie jak puste miejsce…

– He, he, he… – zarechotała złośliwie spod ściany nagle rozbudzona babka. – Puste miejsce! Co za życie!

W tamtej chwili nie rozumiałam, co się dzieje, czułam olbrzymią złość, w moich oczach już zawirowały łzy, ale mama tylko się odwróciła i więcej na mnie nie spojrzała. Wtuliła się w szyję małego Povilasa. Trzymała go wtedy na rękach. Chłopczyk załkał i położył główkę na jej ramieniu. Niczego nie przeczuwał i niczego nie rozumiał. Przecież był wtedy malutkim dzieckiem. A ja cała drżałam. Ten moment był bardzo długi i jednocześnie bardzo krótki, nie zdołałam go zrozumieć. Coś potężnego wykręciło mnie i poczułam, jak beznadziejnie się oddalam, lecę i lecę, jestem już bardzo daleko od domu, a nawet od ziemi.

Od tamtego wieczora minęło już dużo czasu, ale stało się wtedy coś ważnego, coś się wtedy zmieniło. Nadal mieszkam w tym samym domu z mamą, chodzę do szkoły, sprzątam pokoje, ale wszystko jest inaczej, niż było. Ja jestem inna. Trudno to wyjaśnić.


Jak dorosnę, na pewno nie będę miała dzieci. Już postanowiłam. Rozumiem, że dla wielu może to wydać się zabawne, ale mówię poważnie. Nawet boję się dzieci. Są takie delikatne, wątłe i wiecznie niezadowolone. To im zimno, to nudno, to spać się nie chce albo w ogóle po prostu nie wiedzą, kim są i co mają robić. Wtedy zaczynają się mazgaić i wrzeszczeć, a dorośli muszą wychodzić ze skóry, żeby im dogodzić, żeby były zadowolone i znowu ćwierkały. Na widok dziecka skuwa mnie tak wielki strach, obejmuje tak ogromne poczucie grozy, że wydaje mi się, jakby świat zawisał na włosku. Gdybym miała dziecko, na pewno nie mogłabym jeść i spać, nic nie mogłabym robić, ponieważ ciągle wydawałoby mi się, że przez jeden mój nieostrożny ruch albo przypadkowy błąd zginąłby cały świat. 

Weźmy na przykład małego Povilasa. Ten w ogóle nie powinien się pojawić. Nie powinno go być.

– Jesteś moją biedą, moją udręką – wzdycha mama za każdym razem, gdy on wrzeszczy, a ja widzę, jaka jest wyczerpana, jak bardzo jest zmęczona ciągłym szamotaniem się po nocach, jej twarz jest chuda i poszarzała, oczy ma przygaszone i nie zawsze orientuje się, co się wokół niej dzieje. Często nie słyszy, o co ją pytam i co do niej mówię. Wiadomo, Povilas to jej kłopot, i tylko jej, bo Saulius ją zostawił, a ściślej – zostawił nas wszystkie, ponieważ niezależnie od okoliczności mieszkaliśmy razem, byliśmy jak rodzina albo przynajmniej ją przypominaliśmy. 

Nie powiedziałabym, żeby ten Saulius mi się podobał. Był jakiś zbyt przymilny, uśmiechał się do mnie i mruczał jak kot, tuląc się do boków mamy. Poza tym nie miał jednego zęba z przodu i dwóch górnych po lewej stronie, nie wiem, co mamie mogło się w nim podobać i dlaczego go wybrała. Codziennie nosił jak mundur flanelową koszulę w wielką kratę, palił tanie papierosy, a kiedy zdejmował buty, jego nogi tak śmierdziały, że nawet trudno opowiedzieć. Jednak jeśli mama go potrzebowała, nie miałam nic przeciwko, niech żyją razem. Mimo wszystko rację miała babcia od pierwszych dni trująca mamie, że przyprowadziła jeszcze jeden rozporek, który zrobi jej bękarta i zostawi na pastwę losu. Z jednym dzieckiem jeszcze nie zginiesz, ale dwa to już ciężar. Wtedy mama odcięła się, że to jej życie i żeby babcia jej nie pouczała. Chce mieć rodzinę. Saulius nią będzie. Ale babcia nie poddawała się tak łatwo.

– Nie mydl mi oczu – odburknęła. – Myślisz, że nie znam takich historii? Jeszcze będziesz beczeć. Zostawi cię i będziesz beczeć jak krowa.

Chrząknęła ze złością i splunęła, ale mimo wszystko jej łóżko zostało przeniesione do mojego pokoiku i postawione pod drugą ścianą, a Saulius zamieszkał z mamą. Nie miałyśmy więcej łóżek, więc Saulius i mama musieli cisnąć się na jednym wąskim materacu. Łóżko było stare, a materac sprężynowy, na pewno dlatego całymi nocami nieustannie skrzypiał pod podwójnym ciężarem. Gdy nie minął nawet rok, a w naszym domu pewnego dnia pojawił się mały Povilas, ubrany na niebiesko w pasiastą koszulę flanelową, na jego widok pomyślałam najpierw, że powstał z tego materaca, dokładnie tak samo niebieskiego i w pasy.

Gdy doczekaliśmy jesieni, przez dach zaczął padać deszcz. Prosto na nasze łóżka. Trzeba było je przesunąć tak, żeby woda nas omijała. Mama nieraz prosiła Sauliusa, żeby wszedł na górę i sprawdził, dom jest przecież stary, nie wiadomo, ile ma lat, a dach w ogóle należało zmienić, ale Saulius tylko milczał i udawał, że nie słyszy. Coś tam nucił sobie pod nosem, parskał i nie robił niczego. Dach go nie obchodził, a mamie opadły ręce.

Żyliśmy tak do wiosny. A potem zaczęło dziać się coś dziwnego. Ni z tego, ni z owego zaczęły znikać rzeczy Sauliusa. Po jednej, nie od razu wszystkie. Najpierw jego sweter w paski, potem inne ubrania, wreszcie nawet koszule w kratkę. Potem przybory do golenia. Ręczniki, które ze sobą przyniósł. Później wyparowała szczoteczka do zębów i na koniec sam Saulius. Po prostu wziął i wyszedł. Zabierając swoje rzeczy. Tylko małego Povilasa nam zostawił. Tego nijak nie mogłam zrozumieć.

– No i masz, masz za swoje! – wyrzucała wtedy babcia mamie. – No i masz! Nie mówiłam? Chciałaś, to masz! Boże, Boże, Matko Przenajświętsza…

Dziwny wtedy był czas. Mama chodziła jak nieprzytomna, jak odurzona, nie mogąc dojść do siebie. Była zła i nieprzystępna. Przeszkadzało jej wszystko, nawet ja z babcią. Pewnego dnia wypaliła do mnie, że niby do czego jestem potrzebna, jeśli w niczym jej nie pomagam. Nie wytrzymałam wtedy i powiedziałam, że sama jest jak kocica. Przecież Povilas pojawił się jak kotek. Znikąd. A przecież nie był potrzebny. Powiedziałam coś strasznego. Wtedy za te słowa mogła mnie uderzyć. I to byłoby za mało. Ale nie uderzyła. Tylko nagle rzuciła mi spojrzenie, przejmujące i bolesne, widziałam, jak nerwowo drży jej mocno zaciśnięta szczęka. Ale nie, wtedy mnie nie uderzyła, nawet nie podniosła ręki. A strzeliła mnie za to, że spóźniłam się na kolację. 


Povilas zazwyczaj budzi się około szóstej. To prawdziwy histeryk. Zaledwie otwiera oczy, a już zaczyna wrzeszczeć. Nie ziewa, nie rozgląda się, nie bawi się palcami swoich rąk czy nóg, tylko wrzeszczy. Wydaje mi się, że jest nienormalny, jakiś psychiczny, jednak nie mówię tego mamie. Nie trzeba. Ona i tak nie wstaje, nie podchodzi do łóżeczka, ale leży zawinięta w kołdrę, odwrócona do ściany i czeka, aż Povilas zmęczy się płaczem i znów może zdrzemnie się choć na godzinkę. Ale Povilas ryczy, na ile mu płuca pozwalają, a ja potrząsam głową, chcąc odgrodzić się od tego wrzasku, więc wizerunek Matki Boskiej w taniej plastykowej ramce na ścianie rusza się jak wahadło. Tik-tak, tik-tak. Przez chwilę boję się, że korona oprószona złotą ochrą nie utrzyma się na głowie, przechyli się i spadnie na ziemię, o zgrozo, tylko nie to! Ale to tylko majaki. Po prostu mieni mi się w oczach, a obraz się zlewa. Korona z głowy Przenajświętszej Matki nie może spaść. Tylko nie ona. Zdaje się, że mogłoby spaść cokolwiek – lampa, karnisz, nawet cały świat jak jakaś piłka rzucona w piekło, ale nie ta mała złota korona. A Dzieciątko? Ono także ma koronę, kóra jest miniaturową kopią korony Matki. Obydwoje są koronowani, jak mogłam wcześniej nie zauważyć. Przenajświętsza Matka i jej Dzieciątko. Trzyma je na rękach w troskliwym objęciu i delikatnie się uśmiecha. Święta Rodzina.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Przez uchylone drzwi widzę, jak mama pochyla się nad łóżeczkiem Povilasa, bierze go na ręce i przyciska do piersi. Jej twarz jest wykrzywiona przez udrękę i zmęczenie, ponieważ Povilas i tak krzyczy jak oszalały i charczy, jakby był niespełna rozumu. Mama delikatnie i cierpliwie poklepuje go po plecach, żeby się uspokoił. Żadne nie ma korony.

– Sza, sza, sza… – szepcze cierpliwie mama.

Dzisiaj jest niedziela i babcia z nudów otwiera modlitewnik. Nie modli się, nie, nie chodzi do kościoła i kto wie, czy kiedykolwiek w nim była, po prostu czasem nudzi ją łajanie mamy, męczy to, że musi codziennie na nas patrzeć, a na zewnątrz nie chce wychodzić, więc otwiera Pismo Święte. Korony tu ze świecą szukać.

Mama nie zwraca na nią uwagi, kładzie Povilasa na piecu i zmienia mu pieluszki. Mi podaje ciężkie od moczu śpioszki i każe przynieść czyste.

– Wtedy pojawił się anioł, Święty Duch i opuścił się z nieba obok niej. Wstań, Mario, powiedział Duch, jestem anioł Gabriel i przychodzę oznajmić Ci wolę Boga. Oto poczniesz z Ducha Świętego i porodzisz syna, który będzie Synem Bożym i Bóg będzie się Tobą radował. Wówczas Święty Duch opuścił się na nią i otoczył swoim cieniem… – charczy ostro staruszka.

Povilas jest już czysty, ma na sobie nowe pieluszki i milczy z zadowoleniem. Mama daje mi go na ręce, a sama idzie do kuchni gotować kaszkę i podgrzewać mleko. Nie zdążyłam się nawet sprzeciwić. Boję się, że Povilas zaraz zacznie swój koncert, a wtedy już umarł w butach, więc szybko zaczynam pokazywać mu coś ciekawego, żeby odwrócić jego uwagę. Jest mały, podoba mu się wszystko, co błyszczy, dlatego zdejmuję z półki obrazeczek ze Świętą Rodziną. Obficie pokryty ochrą wizerunek połyskuje tanio, ale Povilas milczy, wisząc na moich rękach, a to najważniejsze. Powolutku wyciąga rączkę i dotyka paluszkami złotej korony, wytrzeszczonymi oczkami patrzy na Święte Dzieciątko i Pannę Maryję. Jej korona jest naprawdę piękna. Wielka i złota.

– Ma… ma… – wymlaskuje pojedyncze sylaby, jakby coś rozpoznawał.

– Nie, to nie mama – mówię mu bezlitośnie i sadzam na krześle, ale złości się, że zabrałam mu ładną rzecz, i zaczyna się drzeć na całe gardło. Uspokajam go, jak potrafię, ale bez skutku, a mama przybiega, mrucząc ze złością, i zniecierpliwiona paca nas mokrą ścierką.

– Czemu go denerwujesz?

– Nie denerwuję go – odpowiadam opryskliwie – po prostu wrzeszczy. Sama z nim dochodź do ładu, jak jesteś taka mądra.

– Amen – zgrzyta babcia.

Żadnych koron. Amen.


Nierzadko mam ochotę uciec. Często uważam to za jakąś pomyłkę, że jestem w tym miejscu, w tym domu, patrzę na rozwijające się pąki piwonii, na rozdarte obicie naszych krzeseł, na naszą podłogę i lustro – na przedmioty, które codziennie mnie wchłaniają, zwracają niebytowi, czasowi, którego nie ma i nie było.

Povilasowi wyrosły dwa przednie zęby, nocami śpi spokojnie, a w dzień pełza po wszystkich kątach, próbując oprzeć się o ścianę i wstać. Aż miło popatrzeć, jak się stara, sapie i upada, a gdy staje, nawet rozdziawia usta z zadziwienia i wstrzymuje oddech. Próbuję sobie wyobrazić, jaki będzie, gdy dorośnie, kiedy jego małe, pulchne rączki staną się wielkie i silne, poprawi fundamenty naszej rudery, położy nowy dach, a może nawet wymieni spróchniałą więźbę. Na pewno wiele się zmieni.

Okładka książki "Piramidy dni".
Daina Opolskaitė „Piramidy dni”

Mama od pewnego czasu jest jakaś inna. Wreszcie przepełniło ją zdecydowane nastawienie, aby wprowadzić porządek w domu. Przebiera ubranka Povilasa, z których już wyrósł, wpycha je do dwóch dużych siatek i zamierza przekazać je kobietom ze wsi, które mają małe dzieci. Mało tego, wywraca wszystkie szafki i półki, szafeczki w kuchni i stary kredensik, chcąc wysprzątać wszystko, co od lat nie było nawet ruszane. Pewnego dnia babcia, Povilas i ja zostaliśmy z samego rana wyproszeni na zewnątrz, a mama oświadczyła, że żadne z nas nie wejdzie do środka, dopóki ona nie zrobi tam porządku. Tylko babcia jest jak zwykle niezadowolona i prycha ze złością jak stara kotka:

– Porządku? Jakiego porządku? Porządkować będzie, widzicie ją! Co ty chcesz porządkować?

Mama nic na to nie odpowiada, babcia mości się na ławeczce przy domu i zamyka oczy. Ja mam pilnować Povilasa, który z pozoru czołga się z prędkością żółwia, ale tylko odwróć się na chwilę – i już go nie ma. Ale jestem sprytniejsza: przynoszę paczkę ciastek i Povilas sam przypełza, wyciąga rączki i piszczy. Łamię ciastka, które on bierze z mojej dłoni, odkłada z powrotem i znowu bierze albo daje mi do spróbowania, nic go więcej nie obchodzi. Po pewnym czasie mama pojawia się na podwórzu z dwoma kubłami brudnej wody z mydlinami, mierzy nas spojrzeniem i chlusta wodą w kwiaty. Wąskie, bystre strumyczki niczym żmijki od razu wynurzają się spomiędzy łodyg i przybiegają nam do stóp. Povilas zapomina o ciastkach i z wielkimi oczami obserwuje, jak woda zbiera się przy jego nogach; pokrzykuje zadowolony i pochyla się, próbując schwytać ją w paluszki. Brudzi sobie rączki, więc ciągnę go do studni i pozwalam, żeby chlapał się wodą w wiadrze. Jest zadowolony, oczy mu się świecą, a długa strużka śliny ciągnie się aż do kolan.

– Przynieś mi wody! – dobiega mnie z domu głos mamy.

Otwarłam drzwi nogą i postawiłam kubeł na ziemi. W ganku panował półmrok, ale dostrzegłam mamę. Pochylona nad aluminiową miską, przygryzając dolną wargę, tarła coś zawzięcie dłońmi. Moje buty. Woda i brud ściekają jej po rękach, pryskają na sukienkę i nagie łydki, ale ona nie przestaje, trze i trze tę zaschniętą glinę, a ja z jakiegoś powodu nie potrafię się ruszyć z miejsca, stoję i patrzę na jej ręce, na swoje buty i na ten brud, który zgromadził się na nich przez te wszystkie dni, wczoraj, dzisiaj, każdego dnia, dokądkolwiek szłam. Obok stoją jej własne buty, na których jest o wiele więcej brudu, ale one poczekają. Za wszelką cenę chce zeskrobać cały brud z moich butów, żeby były czyste. I gdyby mogła, pokazałaby mi najlepsze drogi.

Nie ma tu żadnych koron, ale zaczyna oślepiać mnie jakiś blask.

Przełożył Kamil Pecela

* Artykuł promocyjny. Tekst jest fragmentem książki Dainy Opolskaitė „Piramidy dni”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Marpress 15 listopada 2021 r. Można ją kupić TUTAJ

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00