Współpraca reklamowa z Wydawnictwem Agora.
Mydło z człowieka było nie tylko w mojej szkole. Pamięta je z podstawówki także moja koleżanka prawniczka Katarzyna Grygo. U niej, w szkole numer 176 imienia 6. Pułku Piechoty na Żoliborzu, wystawiono je na pokaz w pracowni historycznej. W gablocie z przedmiotami z obozów koncentracyjnych, obok złożonego w kostkę pasiaka. Miało kolor szarosiny i mówiono uczniom, że jest z ludzkiego tłuszczu. Były też inne artefakty z II wojny, na przykład niewybuchy, ale Kasia i jej brat zapamiętali przede wszystkim mydło.
Podobnie jak ja.
Dla mnie mydło ze szkolnej izby pamięci na lata stało się punktem odniesienia. Cokolwiek strasznego słyszałam o okrucieństwie człowieka wobec człowieka, zastanawiałam się, jak to się ma do przerobienia kogoś na mydło.
Mydło z człowieka zajmowało dość istotne miejsce w imaginarium iksów. Pracował na to fałszywy mit, lub też fake news, że rozprowadzane w czasie okupacji niemieckie słabo pieniące się mydło z wyrytym napisem „RIF” (Reichsstelle für industrielle Fettversorgung – Placówka Rzeszy ds. Zaopatrzenia w Tłuszcze Przemysłowe) produkowano ze zwłok ludzi zamordowanych w obozach. Nie było to prawdą. Obalenie mitu o pochodzeniu mydła RIF nie oznacza jednak, że takie mydło nie istniało. Istniało. Produkowano je w Instytucie Anatomii Akademii Medycznej w Gdańsku pod kierownictwem patologa Rudolfa Spannera, członka NSDAP. Spanner rzeczywiście korzystał ze zwłok dostarczanych przez gestapo, także zwożonych ze szpitala psychiatrycznego w Kocborowie i pobliskiego obozu Stutthof. Jednak – jak zeznał po wojnie – jego celem nie była produkcja środka czystości, „mydło z tłuszczu ludzkiego służyło mu jedynie do impregnacji więzadeł stawowych”.
Nie miał ten produkt nic wspólnego z RIF. Śledztwo przeprowadzone już w XXI wieku przez gdański IPN wykazało, że ekipie Spannera udało się wytworzyć od kilkunastu do kilkudziesięciu kilogramów mydła z ludzkich zwłok. Używano go także do mycia pomieszczeń i stołów sekcyjnych. Miało brzydki zapach, więc dodawano do niego olejek migdałowy.
Life story mydła z człowieka była jednak nie mniej ważna niż jego prawdziwa historia. To kolejny przykład na to, jak mit i fakt pracują w umysłach na równych prawach. Szczególnie u dzieci.
Life story mydła z człowieka była jednak nie mniej ważna niż jego prawdziwa historia. To kolejny przykład na to, jak mit i fakt pracują w umysłach na równych prawach. Szczególnie u dzieci.
Jeden z moich znajomych opowiedział mi, że w klasie maturalnej, czyli w połowie lat 80., zrobił żart kolegom. Pozyskał nieco zwykłego szarego mydła, które dla efektu włożył do starej blaszanej puszki po błonie filmowej. Wmawiał znajomym, że to mydło RIF, czyli – jak wówczas wierzono – mydło z człowieka. Nabierali się, bo źródło było wiarygodne. Ojciec tego chłopca był historykiem badającym zbrodnie hitlerowskie, a także byłym więźniem Stutthofu.
– Już na studiach spotkałem młodszego kolegę z liceum, który wyznał mi, że mydło ode mnie pogrzebał, „ponieważ ludzkie szczątki winny leżeć w ziemi”. To dobrze o nim świadczy – podsumował mój znajomy.
Mnie ominęła szkolna wycieczka do Auschwitz i innych obozów koncentracyjnych. W niektórych regionach Polski takie wyprawy były jednak obowiązkowe już w podstawówce.
Reporterka Joanna Gierak-Onoszko, prezeska Unii Literackiej, podzieliła się ze mną wspomnieniem z późnych lat 80.:
– Szkoła podstawowa na gdańskiej Żabiance, osiedlu zbudowanym wokół szerokiej, pogodnej promenady prostopadłej do morza. Część dzieci szykuje się do pierwszej komunii: uczy się tajemnic bolesnych, dowiaduje o Męce Pańskiej, koronie cierniowej, piciu żółci i przebijaniu boku. Do tego refren: moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Powtarzają to gorliwie i szeptem ośmio-, dziewięcioletnie dziewczynki i chłopcy. Te dzieci trafiają szkolnym autokarem do Stutthofu. Bez przygotowania, bez ostrzeżenia, po prostu jest ładna pogoda, można zorganizować wycieczkę dla klas I–III. Było już Westerplatte, był dworek w Będominie, niech będzie i Konzentrationslager.
Na miejscu konfrontacja z włosami zamordowanych ludzi. Krótkie wyjaśnienie, dlaczego i po co działają piec krematoryjny i komora gazowa. Najpierw baraki, potem Brama Śmierci, na koniec piknik. Spocone kanapki z żółtym serem i letnia herbata z bidonu. Z tym, co się widziało, dzieci radzą sobie różnie. Niektóre podczas jazdy milczą, inne płaczą. Jeszcze inne wręcz przeciwnie, wesoło się bawią, śmieją, dokazują. Uciekają w bycie dzieckiem. Dostają za to reprymendę od opiekunów: no bardzo proszę, choć trochę powagi! Czy nie dociera do was, gdzie byliście? Dotarło, bardzo mocno. Myślę, że nie powinno było. Po powrocie do szkoły, ani tego dnia, ani później, nikt – ani w szkole, ani w domu – nie rozmawia o tym, cośmy wtedy zobaczyli.
Joanna zauważa istotną rzecz. Jednocześnie z patriotyczną edukacją poprzez traumatyzację realizowaną przez świeckie państwo większość z nas była poddawana nie mniej traumatyzującej edukacji katolickiej. Dwie indoktrynacje rywalizowały o nasze dusze, obie przywołując motyw płynów ustrojowych. Krew jako symbol ofiary – tu żołnierzy, tam Chrystusa Zbawiciela. Krew Chrystusa w dodatku należało spożywać. I to wraz z ciałem.
Jednocześnie z patriotyczną edukacją poprzez traumatyzację realizowaną przez świeckie państwo większość z nas była poddawana nie mniej traumatyzującej edukacji katolickiej. Dwie indoktrynacje rywalizowały o nasze dusze, obie przywołując motyw płynów ustrojowych. Krew jako symbol ofiary – tu żołnierzy, tam Chrystusa Zbawiciela. Krew Chrystusa w dodatku należało spożywać. I to wraz z ciałem.
Dorota Cygan, rocznik 1968, dziś redaktorka, tłumaczka i wykładowczyni na niemieckich uczelniach, pamięta Oświęcim z końca lat 70. Miała 11 lat. Jechała z rodzicami na wakacje samochodem. Mijając drogowskaz z napisem „Muzeum Auschwitz”, ojciec stwierdził: „Skoro jesteśmy tak blisko, to może wstąpimy?”.
– Była tam taka czarna sala, ciemna zupełnie. Ruchome punktowe reflektory najeżdżały światłem na postacie wycięte z kartonu. Były to powiększone do rozmiarów człowieka czarno-białe zdjęcia przedstawiające prawdziwych więźniów. Przypominali kościotrupy. Niektórzy stali, inni leżeli na pryczach. Jedna postać na pryczy wyglądała tak, jakby próbowała się z niej podnieść. Ekspozycji towarzyszyła dramatyczna muzyka.
Obejrzeliśmy komory gazowe, stosy bucików, włosów. Na koniec dotarliśmy do baru. Przy stolikach turyści jedli zupę. Mama powiedziała: „Jak tu można jeść?”. Na to ojciec: „Co się dziwisz, tu nic w okolicy nie dostaniesz do jedzenia”.
Rodzice na moją prośbę kupili mi w sklepiku książkę o obozie. I ja to maniakalnie czytałam. Kończyłam i znowu czytałam od początku. Nie mogłam tego przerobić w sobie.
Pisarka Karolina Kuszyk zwiedziła były obóz koncentracyjny w wieku siedmiu lat. Trochę przypadkowo. Jej mama była psycholożką w Pogotowiu Opiekuńczym w Legnicy i zabrała córkę na wycieczkę autokarową do Zamku Książ zorganizowaną dla podopiecznych Pogotowia. Po drodze autokar zatrzymał się w Rogoźnicy, dawnym obozie Gross-Rosen.
Przeczytaj też: Czy Polacy mają problem z traumą historyczną?
Karolina wspomina:
Nieopodal stała willa, w której dawniej mieszkał komendant obozu i „spoglądał z okien swojego salonu na kwitnące jabłonie”, tak jakoś wyraził się przewodnik. Opowiadał sugestywnie, z zaangażowaniem. Dziewczyna, która stała naprzeciwko mnie, dużo starsza, może kilkunastoletnia, miała łzy w oczach. Uznałam, że w tym miejscu tak właśnie trzeba się zachowywać, i postarałam się, żeby i moje oczy były wilgotne.
Architektka Aleksandra, rocznik 1956, opowiada mi, jak w czasie kolonii letnich w latach 60. zawieziono ją wraz z całą grupą do jednostki wojskowej. Ośmio-dziesięciolatkom zorganizowano pokaz filmu Ogniomistrz Kaleń Ewy i Czesława Petelskich o walkach Ludowego Wojska Polskiego z ukraińskimi partyzantami i z polskim podziemiem antykomunistycznym. Film zawierał brutalne sceny, na przykład odrąbywania głów siekierą.
– Nikt nie myślał o jakimś psychologicznym wprowadzeniu. Zrobiono nam jedynie wprowadzenie polityczne. Że Rosjanie są dobrzy, Ukraińcy źli, a Polacy to już zależy, bo są bohaterowie z LWP i wywrotowcy z AK – wspomina Aleksandra.
Dla jej koleżanek to było ponoć bardzo mocne przeżycie. Na niej samej Ogniomistrz Kaleń aż tak wielkiego wrażenia nie zrobił. Była zaprawiona. Jej ojciec przeżył Oświęcim. W domu często gościli byli więźniowie. Zwykle grali w brydża i rozmawiali o obozie. Ola skrywała się wtedy pod stołem nakrytym długim obrusem i pochłaniała makabryczne opowieści. Miała po nich makabryczne sny, jednak konsekwentnie zakradała się pod stół i chłonęła.
W 2008 roku robiłam wywiad z pisarką Dorotą Masłowską przy okazji premiery jej sztuki Między nami dobrze jest. Rozmawiałyśmy o tym, czym wojna była i jest dla kolejnych pokoleń w Polsce i co nas różni po tym względem od naszych rówieśników choćby w Anglii.
Dorota, rocznik 1983, chodziła do Szkoły Podstawowej numer 8 imienia Martyrologii Piaśnicy w Wejherowie. W tym czasie co najmniej trzykrotnie była z klasą na wycieczce w Stutthofie:
„Kanapki, napoje gazowane, autokar, pamiątki. Przypomina mi się od razu ta dziewczynka, która umieściła na fotoblogu swoje roześmiane zdjęcie w piecu krematoryjnym. U nas było podobnie. Ktoś kogoś popchnął na kratę od krematorium, krata się przewróciła… Dzieci były faszerowane faktami takimi jak: »Tu są buciki dzieci, które spłonęły, tu jest ciężarówka, w której uduszono ludzi spalinami«. Jaki mógł być poziom ogarnięcia tego? Jak Crittersów [komediowy horror science fiction z 1986 roku – przyp. K.S.D.]. Ja to w sobie noszę, tak jak Metalowa Dziewczynka ze sztuki. Bo mojej babci też się nadziało pełno strasznych rzeczy podczas wojny i ona o tym ciągle mówiła. W ogóle tego nie neutralizowała. Bywało to koszmarne i ja to odchorowywałam. To poczucie winy, »nie chcesz kotlecika, a myśmy z gnoju wyciągali słoninę«.
Dziś dzieci raczej chroni się przed traumatycznymi opowieściami.
– Tak, dzieci trzyma się w świecie Puchatków, jogurcików, jest to opcja zabezpieczania ich watą przed wszystkim, co złe. My jeszcze nie byliśmy chronieni.
A ty swoją czteroletnią córkę chronisz?
Dzieci trzyma się w świecie Puchatków, jogurcików, jest to opcja zabezpieczania ich watą przed wszystkim, co złe. My jeszcze nie byliśmy chronieni.
– Łapię się na tym, że czasem chcę jej opowiedzieć coś strasznego. Z samego faktu, że to było. Taki odprysk – mnie nie zabezpieczano, to ja ciebie też nie będę. Jak poszłam z nią do Muzeum Powstania Warszawskiego, to było z tej puli zachowań. U mojej babci musiało być podobnie. Taki nagły zew: Tak było! Może jest w tym jakiś sens. Nie chcę Maliny totalnie zabezpieczać watą, udawać, że świat jest tylko piękny i zamieszkują go pony. Boję się, żeby nie była głupia. Z drugiej strony na pewno nie chciałabym, żeby mieliła po nocach takie historie jak ja”.
W kinie horrory były dozwolone od lat 15, w szkole i w kościele bez ograniczeń. W latach 70. nie wpuszczono mnie do warszawskiego kina Relax na dreszczowiec Szczęki o ataku rekinów na plażowiczów, mimo iż przyszłam na niego z tatą. Miałam 11 lat. Tata długo kłócił się z bileterką, że wprowadza mnie na własną odpowiedzialność. Bez skutku.
Eliza Kurzyńska-Todys, rocznik 1978, pojechała do Auschwitz w siódmej lub ósmej klasie z nauczycielem historii ze swojej szkoły w Pile. Zachowała dobre wspomnienia:
– Wcześniej zrobiono nam godzinę wychowawczą o Oświęcimiu. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Na miejscu rzeczywiście był szok. Na widok bucików, włosów zbierało się nam na płacz. W ostatecznym rozrachunku było to jednak doświadczenie wartościowe, poszerzające horyzonty. Pamiętam refleksję, że tyle pracy, tyle pieniędzy poszło na to, żeby wymordować ludzi. Mord bez emocji jako wielkie przedsięwzięcie logistyczne. Zimna machina zagłady, to było przerażające. Na pewno to był dla mnie impuls, który zainteresował mnie historią Polski.
Ja sama Auschwitz-Birkenau odwiedziłam dopiero jako dorosła osoba, z przyjaciółmi. Jako dziecko musiałam jednak być w Stutthofie. Muzeum Stutthof w Sztutowie leżącym u nasady Mierzei Wiślanej otwarto w 1962 roku. To niedaleko naszych Skowronek/Vogelsang, gdzie w latach 70. spędzaliśmy z rodzicami wakacje. Myślę, że byłam w muzeum jako czterolatka. Gdybym była starsza, zapamiętałabym. A ja tej wizyty nie pamiętam. Wiem jednak, że była.
Skąd to wiem? Ze snów, ze skojarzeń. Z migających mi w mózgu powidoków: surowych majestatycznych półek z naczyniami. Groza wypływająca z jakiegoś głębokiego zakamarka umysłu. Dużo lepiej unerwionego niż to, w którym przechowujemy obrazy z filmów czy książek. Prawdopodobnie są to przebłyski z wczesnego dzieciństwa. Gdzie jako dziecko miałam okazję zetknąć się z czymś takim? Tylko w Stutthofie. Miejscu, do którego w deszczowy dzień turyści walą zamiast na plażę.
Będąc niedawno latem na Żuławach, specjalnie pojechałam do Muzeum Stutthof, żeby sprawdzić, czy uda mi się odzyskać pamięć ukrytą. Do pewnego stopnia się udało.
Przeczytaj też: Kochać Polskę i nie oszaleć
Już na parkingu doznałam wrażenia, że musiałam tu kiedyś być. Déjà vu to za dużo powiedziane, ale nagle przebiegło przeze mnie uczucie znajdowania się w leciutkim ciele małej dziewczynki. Na widok bramy obozowej na stopach wyrosły mi klapki motylki. To był już konkret. Nosiłam takie klapki jako kilkulatka. To znaczy tych klapek też nie pamiętałam, ale raptem mi się przypomniały. Zewnętrzny pasek w kształcie motyla miał wytłaczany wzorek, a w środku był śliski, gładki. Kolor? Chyba czerwony, a raczej ceglany. Naraz poczułam te klapki niemal wyraźnie zmysłem dotyku. Przypomniałam sobie, jak dyndały na stopach, jak przykurczałam palce u nóg przy chodzeniu, żeby się nie zsunęły. To pierwsze, co odczarował Stutthof. Wtedy już miałam pewność. Weszłam na teren obozu i szłam dalej. W co najmniej jednym, może w dwóch miejscach przeczułam, co będzie dalej, w którą stronę należy skręcić. Nie znalazłam półek ze snu, ale znalazłam surowe naczynia pasujące do takich półek. Owiało mnie poczucie tajemniczej grozy. Nie takiej, którą odczuwa człowiek dorosły, wynikającej ze świadomości tego, co kryje się za. Ale grozy, której się nijak nie rozumie. Jak dziecko.
Muzeum Stutthof od początku swego istnienia brawurowo wplatało temat ludobójstwa w program letniego wypoczynku. Obóz śmierci jako atrakcja rywalizująca z molo w Krynicy Morskiej. Zobaczymy Stutthof, a potem na lody do Samanty. Dziś do Magnolii. Niektórych to nawet oburza. Ja jestem za nieoburzaniem się. Samoistna neosemantyka miejsc to cenny trop dla reporterki. Peerelowskie l’au-delà i ici-bas w niezachwianej zgodzie. Zastrzyk z fenolu w serce – lizak w kształcie serca o smaku truskawkowym. Nostalgia za dzieciństwem.
W latach 60. z inicjatywy ZBoWiD-u i kuratorium oświaty w projekt edukacji patriotycznej dzieci i młodzieży zaczęto wciągać weteranów wojennych i byłych więźniów kacetów. Odwiedzali szkoły, żeby opowiadać o swoich przeżyciach. Posępni starzy ludzie, jakby wycięci z archiwalnych fotografii – oni też są elementem dzieciństwa w PRL-u.
Nauczycielki, po powitaniu kombatanta, często czmychały do pokoju nauczycielskiego, ciesząc się z godzinki dla siebie. Czuły się usprawiedliwione, przecież zostawiały uczniów z osobą dorosłą. Człowiek, który często po raz pierwszy miał możliwość opowiedzenia o najstraszniejszych chwilach w swoim życiu, był pozostawiany sam na sam z dzieciarnią zupełnie nieprzygotowaną na to zderzenie.
Muzeum Stutthof od początku swego istnienia brawurowo wplatało temat ludobójstwa w program letniego wypoczynku. Obóz śmierci jako atrakcja rywalizująca z molo w Krynicy Morskiej. Zobaczymy Stutthof, a potem na lody do Samanty.
W klasie Miłady Jędrysik, dziś dziennikarki i redaktorki, w gdańskiej szkole w latach 80. pojawił się były więzień Stutthofu:
– Zostaliśmy z nim sami. To był spokojny starszy pan. Opowiadał o życiu codziennym w obozie. Nic szczególnego. Mówił monotonnym tonem, bez emocji. Na koniec zapytał, czy chcemy mu zadać jakieś pytanie. Wtedy jeden z uczniów wyskoczył: „Proszę pana, czy pan kiedyś kogoś zabił?”. Spodziewałam się, jak chyba wszyscy, że on powie, że nie. A ten człowiek odpowiedział dobitnie, że owszem. Był rok 1945, zbliżali się już Rosjanie. W obozie panował chaos i on z kolegami postanowili uciec. W tym celu musieli obezwładnić strażnika. Poderżnęli mu więc gardło łyżką. Wyjaśnił nam, że to była łyżka z cyny. Przełamali ją tak, że zrobiła się ostra. Stalowej łyżki pewnie nie dałoby się użyć do tego celu. Wszystkich zatkało. Miałam 14 lat i nigdy wcześniej nikt mi czegoś takiego nie opowiadał. Nasz gość zapytał, czy są jeszcze jakieś pytania. Nie było. Pożegnał się więc i wyszedł.
Dorota Cygan kończyła podstawówkę numer 9 we Wrocławiu. Pamięta starego człowieka, który stał przed klasą na baczność i opowiadał o pobycie w obozie. Z trudem chodził, z trudem trzymał się na nogach, a jednak stał, ignorując podsunięte krzesło. Mówił do dzieci i płakał.
– Nauczycielki z nami nie było. Tylko płaczący starzec i prawie czterdziestka dzieciaków. On nie wchodził z nami w żadną interakcję, nie jestem pewna, czy nas w ogóle widział. Mówił niewyraźnie, zmęczonym głosem, a po twarzy leciały mu łzy. Nie wiedzieliśmy, jak się zachować. Niektórzy podśmiewywali się. Słychać było z tyłu: „No nieee, on znowu płacze”. Nie zwracał na to uwagi. Mówił sam do siebie. Miał ze sobą białą chusteczkę z materiału. Co i raz wycierał nią nos. Mimo iż spotkanie było zupełnie nieudane, on wrócił. Był u nas co najmniej trzy razy. To musiała być klasa szósta, siódma, ósma. Bezrefleksyjny rytuał, odfajkowanie zadania edukacji historyczno-patriotycznej. Ale ten człowiek chyba realizował jakąś wewnętrzną potrzebę.
Reżyserka Maria Zmarz-Koczanowicz pamięta spotkanie z byłym więźniem kacetu też w którejś ze szkół podstawowych we Wrocławiu, tyle że pod koniec lat 60. Tym razem nauczycielka została w klasie:
– Usiadł naprzeciwko nas i zaczął opowiadać. Mówił właściwie same pozytywne rzeczy. O tym, jak w obozie organizowali życie kulturalne, że mieli nawet kabaret. Trochę żartował. Ani słowa o głodzie czy komorach gazowych. Nie wiem kto, możliwe, że ktoś z uczniów, a może sama polonistka, zadał pytanie o jego najgorsze wspomnienie. I on od razu odpowiedział: „Pamiętam, jak przywieźli powstańców warszawskich…”, i momentalnie się rozpłakał. Pierwszy raz w życiu widziałam płaczącego mężczyznę. Nie mógł się opanować, szlochał. Polonistka wyprowadziła go z sali. To był koniec spotkania. (…)
Ankietę na temat najbardziej dojmujących wspomnień okupacyjnych, którą w 1945 roku przeprowadziła psycholożka Maria Kaczyńska, można by powtórzyć i dzisiaj. Na nas, którzy okupacji nie zaznaliśmy, ale głowy mamy przepełnione wojennymi historiami pochodzącymi z literatury, filmów, zasłyszanych opowieści. Upiornymi obrazami podmywającymi naszą ufność wobec świata, ludzkości, nasze poczucie bezpieczeństwa.
Za każdym razem, gdy staję przed pytaniem, która z wojennych reminiscencji robi na mnie największe wrażenie, wyskakuje mi zawsze ta jedna. Dynda doklejona do makabr w rodzaju: krematoria, kara „słupka”, skopane dziecko, scena z wiadrem na Dworcu Gdańskim. Jest jak reklama żelków wgrana w horror lub ciężki dramat psychologiczny.
Na początku lat dwutysięcznych miałam okazję rozmawiać z panią Jolantą Mieszkowską-Kozłowską. Była córką słynnego Mieszkowskiego, właściciela sklepu z eleganckimi kapeluszami na Nowym Świecie w Warszawie. Jego cylindry nosił sam prezydent Ignacy Mościcki. Urodziła się w roku 1934. Wojnę spędziła z rodzicami w mieszkaniu w centrum stolicy.
Wtedy, podczas spotkania, powiedziała mi: „Wie pani, ja właściwie wojny nie odczułam. Przez całą okupację regularnie przychodziła do mnie nauczycielka angielskiego”.

Fragment pochodzi z książki Świat przed nami nie istniał. Jak wojna została w naszych domach Katarzyny Surmiak-Domańskiej, która ukaże się 9 września 2026 roku nakładem Wydawnictwa Agora. Książkę można zamówić na stronie wydawnictwa.