Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Czytaj

Narodziny idei Białego Zbawcy. Fragment książki „Afryka to nie państwo”

Kompleks białego zbawcy silnie wspiera pogląd, że Afrykanie nigdy nie mogą sami znaleźć rozwiązania, że są pozbawieni sprawczości oraz że słońce i nadzieja pojawiają się dopiero wtedy, gdy zostały wykołysane w ciepłych, światłych objęciach zachodniego świata. Publikujemy fragment książki „Afryka to nie państwo” Dipo Faloyina.
Dipo Faloyin. Fot. materiały prasowe

W Afryce od dawna panuje frustracja wynikająca z bardzo specyficznej potrzeby Zachodu portretowania kontynentu jako praktycznie bezradnego w zwalczaniu własnych problemów – z użyciem brutalnych obrazów śmierci i zniszczenia, głodu i korupcji, aby wzmocnić ideę, że jest to miejsce, gdzie nic poza nędzą nie wyrasta z mocno popękanych fundamentów skrajnie niestabilnego społeczeństwa, pełnego ludzi, którzy nie wiedzą, co jest dla nich dobre. Kompleks białego zbawcy silnie wspiera pogląd, że Afrykanie nigdy nie mogą sami znaleźć rozwiązania, że są pozbawieni sprawczości oraz że słońce i nadzieja pojawiają się dopiero wtedy, gdy zostały wykołysane w ciepłych, światłych objęciach zachodniego świata, zawsze na czas śpieszącego na ratunek. Kompleks ten rażąco upraszcza historię, która skupia się na zbawcach, pomijając tych, których życie rzekomo starają się zmienić. (…)


Uważa się, że lata osiemdziesiąte to był złoty okres dla kampanii charytatywnych. Ową dekadę naznaczyły wielkie, prowadzone przez celebrytów krucjaty, które zebrały ogromne pieniądze w bezprecedensowym tempie. Kampanie te stały się kultowymi momentami popkultury jako takiej, oderwanymi od ich pierwotnych celów i szczytnych intencji, które za nimi stały. Gwiazdy, które udzielały swoich twarzy tym inicjatywom, zdobywały jeszcze większą miłość tłumów, wzbijały się na niedościgły dla innych pułap sławy, a ich popularność biła wszelkie rekordy. Wymarzona notka bio-graficzna brzmi obecnie: „celebryta i aktywista”.

Celebryci zaczęli podróżować po świecie na koszt wielkich NGO (Non Governmental Organisations), czyli organizacji pozarządowych; byli przyjmowani na audiencjach przez prezydentów i premierów, królów i królowe, i miło zmieszanego, choć niezmiennie uprzejmego Nelsona Mandelę, którego wyraz twarzy często zdradzał niepewność co do tego, jak stojąca przed nim osoba zdołała doprowadzić do tego spotkania.

Te kampanie miały coraz większe rozmiary, żeby stać się czymś więcej niż instrumentem służącym do pozyskiwania pieniędzy na ważne cele. Były to globalne wydarzenia, których nie dało się zignorować, nagłaśniały rzeczy tak okropne, że organizatorzy mogli żądać natychmiastowej i szybkiej interwencji. A wiele z tych skupionych na gwiazdach filantropijnych działań zostało wywołanych jednym konkretnym wydarzeniem we wschodniej Afryce, które zachwiało zbiorowym sumieniem społeczeństw Zachodu.


Masz przed sobą otwarty tekst, który udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Zamów dostęp online. To tylko 8,99 zł miesięcznie.


W pewnym momencie w 1980 roku nie sposób było uniknąć obrazów powszechnego głodu, które szerokim strumieniem płynęły z Etiopii. Państwo cierpiało głód stulecia, częściowo z powodu gorszych niż zwykle zbiorów zbóż w regionach północnych, gdzie szalała niekończąca się wojna. By nie pozwolić, żeby zmarnował się taki świetny kryzys, rząd wojskowy celowo pogarszał sytuację przez zakłócanie pomocowych dostaw żywności, widząc w rosnącej desperacji ludności szansę na osłabienie secesjonistycznych powstańców w regionie. Skutki to około miliona zmarłych, kilkaset tysięcy uchodźców i miliony przesiedleńców, którzy musieli porzucić swoje jałowe wioski i miasta.

Zachodnie rządy początkowo nie za bardzo chciały się angażować w ten problem. Jednak w 1985 roku datki spływały już z całego świata, zainspirowane głośnym ośmiominutowym programem BBC News w październiku 1984 roku, przekazanym do ponad czterystu stacji telewizyjnych na całym świecie – dzisiaj powiedzielibyśmy, że program stał się viralem.

Przeczytaj też: Bramy pałacu. Etiopia pod rządami premiera noblisty

W reportażu pojawił się dziennikarz Michael Buerk w relacji bezpośrednio z północnego miasta Korem, gdzie czterysta tysięcy uchodźców zgromadzonych w jednym miejscu sprawia wrażenie statystów pozujących do obrazu „biblijnego głodu”. Odczucie to jeszcze się wzmaga, w miarę jak kamera BBC unosi się ponad niekończącym się, jak się wydaje, morzem skrajnie wygłodzonych Etiopczyków w każdym wieku – od najmłodszych do najstarszych; ich niewyobrażalne cierpienie wygląda, jakby zostało wyrwane z najciemniejszych zakamarków Pisma.

Zewsząd dochodzące jęki uświadamiają, że w tym miejscu nigdy nie panuje cisza; matki podejmują beznadziejną walkę, żeby nakarmić niedożywione dzieci; ciała są zbierane co rano o świcie i bezceremonialnie układane na gołej ziemi, gdzie czekają na pochówek; wybucha rozpaczliwy zamęt, gdy w obozie pojawia się fałszywa plotka o zbliżającym się transporcie z jedzeniem; uzbrojeni strażnicy pilnują nad wyraz skromnych dostaw darowanych używanych ubrań, które i tak nie mogą skutecznie ogrzać szczęśliwych wybrańców, kiedy temperatury po zmroku spadają poniżej zera.

Oto obóz uchodźców w Korem, gdzie „dziecko albo dorosły umierają co dwadzieścia minut”. Pośród umierających znajduje się dziecko, którego ostatnie chwile życia właśnie oglądamy. Jego matka, z wyniszczonymi niedożywieniem ciałem i wolą, spogląda w milczącym cierpieniu na swoje czwarte dziecko, które zabiera jej głód.

Obrazy są coraz mocniejsze, następują po sobie, żeby opowiedzieć historię niemal niemożliwą do przyswojenia w całości bez próby jej mentalnego wyparcia. Jednak przytłaczająca skala tej na żywo rozgrywającej się tragedii z całą pewnością była bardzo realna.

W tej krótkiej relacji Buerk zwięźle przedstawił – z pomocą kenijskiego operatora Mohameda Amina – przytłaczającą mękę, jaką przeżywają ofiary narastającego kryzysu. Głód w Etiopii stał się płomiennym symbolem rosnących nierówności na świecie. I z pewnością przydałyby się w tym momencie darowizny, pochodzące od zachodnich fanów oszołomionych patronatem niewielkiej liczby znanych, naprawdę społecznie uświadomionych celebrytów, chętnych wykorzystać w pełni swoją sławę, aby przynieść uciśnionym natychmiastową ulgę.

Od tamtej chwili znacząco udoskonalono nową taktykę wyciągania ogromnych darowizn od tradycyjnie niechętnie rozstającej się z groszem publiczności. Zorganizowano wielkie telewizyjne akcje zbiórki pieniędzy, podczas których godzinami pokazywano dzieci z zapadniętymi klatkami piersiowymi, muchy i niechybną śmierć krążącą nad ich głowami, podczas gdy celebryci w kącie pokoju beznamiętnie opowiadali o ich cierpieniu.

Zorganizowano wielkie telewizyjne akcje zbiórki pieniędzy, podczas których godzinami pokazywano dzieci z zapadniętymi klatkami piersiowymi, muchy i niechybną śmierć krążącą nad ich głowami, podczas gdy celebryci w kącie pokoju beznamiętnie opowiadali o ich cierpieniu.

Te filmy były uroczyste, intymne i niebywale skuteczne nie tylko w przepychaniu kłopotów najbiedniejszych wprost do salonów i świadomości ludzi oddalonych o tysiące kilometrów, ale także w utwierdzaniu widzów w przekonaniu, że oni – też – mogą zrobić coś w tej sprawie, i to bez konieczności ruszania się z miejsca. „Za jedyne dwa funty – szeptał twój ulubiony artysta z wielką powagą – możesz zostać bohaterem”. Jest mało innych rzeczy, które zapewniłyby ci równie dużą frajdę, jak przekazanie szybkiej darowizny, niewymagające niemal żadnego zaangażowania czy wysiłku, ale wprawiające cię, jeśli robisz to ze szczerego serca, w zadowolenie, że pomogłeś poruszyć to, co Martin Luther King opisał jako „arkę moralnego wszechświata”.

Ze wszystkich celebryckich teletonów, czyli maratonów telewizyjnych, najbardziej rewolucyjne były te organizowane przez Comic Relief. Comic Relief nadał swój pierwszy teleton w 1988 roku. The Big Night Comic Relief, programy prowadzone przez legendarnego komika Lenny’ego Henry’ego na żywo z Etiopii, to były mieszanki jego słynnych już dziś skeczów i bezpośrednich apeli wypowiadanych wprost do kamery. Około stu pięćdziesięciu celebrytów wzięło udział w tworzeniu oryginalnego materiału, który zawierał nowe odcinki klasycznych programów, takich jak Blackadder, oraz występy muzyczne. W jeden wieczór zebrano piętnaście milionów funtów na akcje dobroczynne w Zjednoczonym Królestwie i w całej Afryce. Poprzez komedię publiczność została połączona z rzeczywistością bardzo daleką od swojej i ludzie mogli zmieniać świat, jednocześnie się bawiąc. To połączenie pozwoliło Comic Relief zebrać łącznie ponad miliard funtów.

Poza teletonami pojawiły się wielkie pojedyncze i zbiorowe występy, w tym dwa największe, które zorganizowano w tym samym roku.

W styczniu 1985 czterdzieścioro pięcioro muzyków – w tym Bruce Springsteen, Stevie Wonder, Tina Turner, Cyndi Lauper, Ray Charles i Bob Dylan – spotkało się w studio w Los Angeles, żeby wziąć udział w nagraniu partii wokalnych do We Are the World („Bo świat to my”), całkiem przyzwoitego, chwytliwego singla dobroczynnego napisanego przez Lionela Richiego i Michaela Jacksona, a wyprodukowanego przez Quincy Jonesa.

Przeczytaj też: Jak superbogacze korzystają na filantropii

Artyści zostali zebrani pod szyldem United Support of Artists for Africa (Zjednoczone Wsparcie Artystów dla Afryki), czyli USA for Africa – było to nowo powstałe filantropijne przedsięwzięcie obmyślone przez Harry’ego Belafonte’a. Początkowo celem USA for Africa było zebranie pieniędzy na walkę z głodem, ale później ich ambicje rozszerzyły się na wspieranie celów w całej Afryce i Stanach Zjednoczonych.

We Are the World ciągle jest kulturowym kolosem. Te mocno motywującesłowa nie skupiają się na żadnym celu – autorzy stworzyli raczej pieśń ochronną dla naszej zdolności rozjaśniania dnia każdemu, więc zacznijmy dawać.

We Are the World ciągle jest kulturowym kolosem. Te mocno motywującesłowa nie skupiają się na żadnym celu – autorzy stworzyli raczej pieśń ochronną dla naszej zdolności rozjaśniania dnia każdemu, więc zacznijmy dawać.

Utwór nie zawiera żadnych typowych obraźliwych odniesień do Afryki czy głodu albo obezwładniającej biedy – być może wynika to z tego, że za jego powstanie odpowiadała bardzo zróżnicowana grupa ludzi. Piosenka może równie dobrze motywować do tego, żeby wspierać ludzi ocalałych z ludobójstwa, jak i posłużyć za tło muzyczne do porannej przebieżki. A potem pojawił się teledysk: każdy obrót kamery, każde zbliżenie pokazuje kolejnych gigantów sceny muzycznej, odzianych we wspaniałe tekstylia z lat osiemdziesiątych, ochoczo zawodzących do mikrofonu, podczas gdy Quincy Jones czuwa nad wszystkim niczym dumny ojciec prowadzący swój zespół.

Nic dziwnego, że USA for Africa zebrało ponad sto milionów dolarów na przeciwdziałanie głodowi, piosenka zaś wciąż pozostaje kultowa. W cztery miesiące po wypuszczeniu We Are the World, w lipcu 1985 roku odbyła się seria światowych koncertów zorganizowanych przez lidera i wokalistę The Boomtown Rats, irlandzkiego muzyka Boba Geldofa. Po przełomowym raporcie BBC na temat głodu Geldof – „wściekły na to, co zobaczył” – zabrał się do roboty, wykorzystał swoje wpływy i koneksje, aby przemówić, i szybko stał się de facto rzecznikiem tej nowej ery wspieranej przez celebrytów filantropii.

Wydarzenie zostało nazwane Live Aid i składało się z odbywających się w tym samym czasie koncertów w dziewięciu krajach, trwało szesnaście godzin, a dwa największe występy zorganizowano na stadionie Wembley w Londynie i na John F. Kennedy Stadium w Filadelfii.

Książę Karol i księżna Diana pojawili się na Wembley, żeby oficjalnie otworzyć wydarzenie, które na żywo obejrzało osiemdziesiąt tysięcy ludzi, a wystąpili na nim między innymi David Bowie, U2, Elton John, The Who i zespół Boba Geldofa The Boomtown Rats. Punktem kulminacyjnym był show Freddiego Mercury’ego z Queen; dali wtedy jeden ze swych najbardziej znanych koncertów. W Filadelfii Madonna, Bob Dylan, Rolling Stones, Eric Clapton i inni wystąpili dla stu tysięcy ludzi. Około półtora miliarda widzów oglądało to wydarzenie na całym świecie. Podczas koncertu na wielkich telebimach wyświetlano wideo z głodującej Afryki, żeby zachęcać ludzi do wpłat. W pewnej chwili wydarzenie to generowało trzysta fun-tów wpłat na sekundę. Live Aid pomógł zebrać łącznie sto pięćdziesiąt mi-lionów funtów na walkę z głodem w Etiopii.

Chociaż bardzo słynne same w sobie, Comic Relief, Live AidWe Are the World zaistniały tylko dzięki sukcesowi jeszcze wcześniejszej produkcjiGeldofa, która określiła skomplikowaną równowagę pomiędzy robieniem czegoś a czynieniem większej szkody niż korzyści.

Czy filantropijny singiel powinien uczyć, czy bawić? Czy powinien być wesołą, łatwą rozrywką i dawać zapomnienie od życiowych ciężkich spraw, czy podsuniętym pod nos twardym komunikatem, że tylko zachłanny, pozbawiony serca głupek może siedzieć i nic nie robić, gdy konfrontuje się go z faktami? A może powinien być po trosze jednym i drugim. Po wizycie w Etiopii w 1984 roku Geldof wrócił do Zjednoczonego Królestwa z zamiarem szybkiego zebrania pieniędzy. Aby tego dokonać, wziął się do pisania i nagrywania piosenki.

Czy filantropijny singiel powinien uczyć, czy bawić? Czy powinien być wesołą, łatwą rozrywką i dawać zapomnienie od życiowych ciężkich spraw, czy podsuniętym pod nos twardym komunikatem, że tylko zachłanny, pozbawiony serca głupek może siedzieć i nic nie robić, gdy konfrontuje się go z faktami?

„Pomyślałem sobie, że nie wystarczy wrzucić funta do zbiórkowej skarbonki – powiedział Geldof na spotkaniu w Instytucie George’a W. Busha w 2017 roku. – Trzeba dać coś od siebie. Potrafiłem tylko pisać piosenki, więc pomyślałem, że może mógłbym zrobić nagranie i wypuścić je przed Bożym Narodzeniem. Pomyślałem, że moglibyśmy zarobić sto tysięcy funtów, dać to Oxfamowi czy komuś innemu, i będzie odhaczone… Zadzwoniłem zatem do kolegi z innego zespołu i zaproponowałem, żebyśmy to zrobili razem. Zwołaliśmy wszystkie największe gwiazdy w tamtym czasie i nagraliśmy Do They Know It’s Christmas? („Czy oni wiedzą, że są święta?”)”.

Piosenka Czy oni wiedzą, że są święta? z całą pewnością była fenomenem i jej wszechobecność każdego grudnia w Zjednoczonym Królestwie w zasadzie nie zmniejsza się przez kolejne dekady. Do nagrania Geldof ściągnął największych artystów tamtego czasu, w tym George’a Michaela, zespół Duran Duran, U2, Phila Collinsa i Spandau Ballet.

Piosenka odniosła gigantyczny sukces. Przez pięć tygodni była singlem numer jeden na listach przebojów w Zjednoczonym Królestwie, dotychczas rozeszła się w trzynastu milionach egzemplarzy na całym świecie i przyniosła dziesięć milionów funtów dochodu. W USA oraz w kilku innych krajach też wspięła się na szczyty list przebojów. Utwór ten dał początek całemu ruchowi aktywizmu napędzanemu przez celebrytów, który został użyty do wyciągnięcia wielkich sum pieniędzy od szczodrej publiczności.

Wszystko to zostało osiągnięte dzięki odmalowaniu obrazu miejsca, które nie istnieje. Czy oni wiedzą, że są święta? było bezpośrednim wezwaniem do broni, którepomijało wszelkie niuanse i trafiało prosto w serce. Słuchając tej czterominutowej ballady, nie sposób nie uwierzyć, że jest jakiś szczególny region na świecie, żyjący we mgle biedy tak gęstej, że nawet czas świąt Bożego Narodzenia – najjaśniejsze coroczne święto całej cywilizacji – nie jest w stanie przedrzeć się przez jej mrok.

Choć kawałek ten w założeniu miał pomóc zażegnać konkretny kryzys, ani razu nie wspomina się w nim o kryzysie, którego istnienie z całą mocą chce nam uświadomić. Nie słyszymy nic o Etiopii ani o głodzie, ani o klinczu, w jakim znalazły się wojskowy rząd i dobrze uzbrojone oddziały separatystów. Fundamentalne pytanie w tytule to nie zwykłe pytanie o to, czy miliony ludzi w konkretnym państwie – zagłodzone głównie w wyniku dokonanych przez ludzi zniszczeń – mogą na wystarczająco długo oderwać się od swojego cierpienia, żeby obchodzić narodziny Dzieciątka Jezus. Zamiast tego wprost rzuca się nam wyzwanie, żebyśmy się zastanowili nad tym, czy cała Afryka – będąca kontynentem z największą liczbą chrześcijan na świecie – jest na tyle przeklęta przez nędzę, że ponad miliard ludzi nie jest w stanie się dowiedzieć, że przychodzi Święty Mikołaj.

Według słów piosenki Afryka jest miejscem „strachu i lęku”, gdzie nigdy nic nie rośnie. Dodatkowo nie cieszymy się dzwonkami bożonarodzeniowymi; zamiast nich dosłownie wszędzie pobrzmiewa zagłada. Najbardziej wkurzający wers to pewnie ten, który mówi, że jedyną wodą, jaka płynie na kontynencie, są „strumienie gorzkich łez”, rzekomo widoczne na wszystkich twarzach. Ale mogłoby być i tak, że tekst piosenki wprost stwierdza, że jedyną rzeczą, której wszyscy na kontynencie mogą sobie życzyć na święta, jest to, żeby być ciągle żywym, gdy one nadejdą.

Namiętnie unikając niuansów, Czy oni wiedzą, że są święta? skupia w sobie wszystkie najgorsze stereotypy na temat regionu jako jednego wielkiego upadłego kraju.

Namiętnie unikając niuansów, Czy oni wiedzą, że są święta? skupia w sobie wszystkie najgorsze stereotypy na temat regionu jako jednego wielkiego upadłego kraju, a wychodzi z tego sympatyczny czterominutowy dżingiel, tak miły dla ucha, że przetrwał kolejne dekady, mocno trzymając się w corocznym zestawie świątecznych hitów odgrywanych w klubach i na przyjęciach biurowych, zamawianych przez słuchaczy telefonicznie w radio i puszczanych w galeriach handlowych, gdy ludzie przeciskają się przez tłum, wędrując od sklepu do sklepu na świątecznych zakupach.

Już pierwsze dźwięki otwierającego taktu wywołują silną potrzebę odrzucenia słów, które są ewidentnie absurdalne i absolutnie nieprawdziwe. Tak dla porządku: naprawdę są miejsca w Afryce, gdzie pada śnieg; woda płynie strumieniami i rzekami i pojawia się w kuchennych kranach, gdy jest potrzebna; zboże rośnie, kwitnie i jest eksportowane, żeby pomóc wyżywić resztę świata; i ludzie wręczają sobie prezenty na Boże Narodzenie,i składają sobie życzenia zdecydowanie wykraczające poza pragnienie zachowania życia.

Jednak stawienie czoła słowom piosenki wymusza na tobie zaangażowanie się w nią w sposób, w jaki nawet ta piosenka sama w siebie nie jest zaangażowana. Czy oni wiedzą, że są święta? zakłada, że jeśli napiszemy fikcyjną historię o jednej strasznej Afryce, widzianej raczej przez pryzmat jej niepowodzeń niż mocnych stron, to da się usprawiedliwić zastosowane środki zdobytą uwagą, wpływami oraz wszelkimi podjętymi w reakcji na tę historię działaniami.

Fragment pochodzi z książki Afryka to nie państwo, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Książkę można zamówić tutaj.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00