Kama Wojtkiewicz: Tomku, napisałeś z Elizą Michalik książkę o tak zwanym społecznym zdziecinnieniu, Dojrzałość. Jak odnaleźć się w kulturze zdziecinnienia. Co kryje się pod tym nośnym hasłem? Niedojrzałość emocjonalna, brak samodzielności, zależność?
Tomasz Sobierajski: Zdziecinnienie odnosi się do społeczeństw krajów rozwiniętych, które w pewnym momencie rozwoju, ale też dobrostanu postanowiły, że oddadzą część swojej wolności na rzecz osób, które obiecują, że rozwiążą za nich trudne życiowe sprawy. Pierwsze skrzypce grają tu marketing i polityka. Z jednej strony marketing, który wskutek mnogości wyborów obiecuje w konsumpcyjnym społeczeństwie, że podejmie wybór za ciebie. „Ja ci pokażę, która z tabletek na ból głowy jest najlepsza, i będę ci o tym opowiadać”. Oczywiście to niczego nie ułatwia, bo jeszcze bardziej można się zagubić. Ale marketing to mocno wzmacnia, mówiąc: „Słuchaj, dorosłość jest trudna, to jest znój, trzeba podejmować mnóstwo decyzji. A pamiętasz te czasy dzieciństwa, które były wspaniałe, bo nie musiałaś podejmować żadnych decyzji, inni robili to za ciebie?”. I to obiecują zarówno marketingowcy, jak i politycy.
Masz przed sobą otwarty tekst, który udostępniamy w ramach promocji „Pisma”. Odkryj pozostałe treści z magazynu, także w wersji audio. Wykup prenumeratę lub dostęp online.
Może stąd wysyp populistycznych truizmów?
Szczególnie w krajach rozwiniętych politycy mówią: „To my teraz za ciebie zdecydujemy, co masz robić, jak działać, co myśleć. Tylko oddaj nam trochę twojej wolności”. Potem orientujemy się, że to nie trochę, tylko cała wolność. A zdziecinnienie to inaczej poszukiwanie prostych odpowiedzi na trudne pytania. Tak jak oczekuje tego dziecko, pytając: „A dlaczego słońce jest żółte?”. Ono nie chce, żebyśmy zaczęli teraz tyradę o wybuchach i ogniu. Tylko jest żółte, bo coś. Często dorośli tak odpowiadają: „Jest żółte, bo niebo jest niebieskie”. I dziecku czasami to wystarcza.
W polityce i marketingu również oczekujemy prostych odpowiedzi na trudne pytania. Tym jest właśnie marketing szczęścia, czyli cała rzesza dziwnych postaci w sieci, które mój przyjaciel James nazywa „sprzedawcami szczęścia”. Obiecują nam, że mają dla nas to jedno zaklęcie, które sprawi, że będziemy szczęśliwi. Oczywiście to zaklęcie jest obwarowane paywallem. Patrząc na popularność takich kont, widać wyraźnie, że jest nam to potrzebne. Ucieczka do dzieciństwa jest coraz silniejsza, a sprzedaje się ją w sosie dorosłości i dojrzałości.
Tomasz Sobierajski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego, socjolog i badacz, który od lat łączy nauki społeczne z medycyną i zdrowiem publicznym. Kieruje Ośrodkiem Badań Socjomedycznych na UW. Realizuje projekty dotyczące zdrowia, komunikacji i jakości życia.
To może przykład?
Weźmy chociażby polityczne slogany w stylu: „Wystarczy nie kraść” albo „800+ rozwiąże wszystkie problemy rodzin”. To są właśnie dziecięce odpowiedzi na bardzo złożone pytania. Kiedy słyszymy, że ktoś obiecuje szczęście, dobrobyt i poczucie bezpieczeństwa w jednym prostym haśle, to działa to dokładnie jak to dziecięce „słońce jest żółte, bo niebo jest niebieskie”. Podobnie w świecie wyselekcjonowanej grupy coachów i influencerów. Ich hasła to na przykład: „Kup mój kurs, a znajdziesz szczęście”, „To jedno ćwiczenie zmieni twoje życie”, „Ten sekret sprawi, że już zawsze będziesz zdrowy”. To są współczesne zaklęcia szczęścia. A że są opakowane w profesjonalny język, kolorowe grafiki i kosztują kilkaset złotych, to łatwiej nam uwierzyć, że mają w sobie magię dorosłości, choć mechanizm jest w gruncie rzeczy dziecięcy.
Zdziecinnienie może mieć też różne fazy. Wyobraźmy sobie, że ktoś musiał w bardzo młodym wieku dojrzeć i jako dwunastolatek stać się odpowiedzialnym za siebie czy swoją rodzinę. Potem w dorosłym życiu następuje regres. W wieku 40 lat ten ktoś może powiedzieć: „Mam już dość, to za dużo”. I rzuca się w świat dzieciństwa, próbując odnajdywać magików i szeptuchy, które poprowadzą go za rękę.
Są też osoby, które tęsknią za czasami, kiedy były dziećmi, a władza (czyli rodzice) decydowała o wszystkim. Dorosłość i odpowiedzialność za siebie ich rozczarowała.
I co takie osoby robią?
Na co dzień przejawia się to w tym, że zamiast samodzielnie podejmować decyzje, wolą kupować gotowe recepty: dietę cud, kurs „jak być szczęśliwym w pięciu krokach”, czy też ślepo powtarzają wspomniane polityczne hasła. Dojrzałość podpowiada im: „Weź odpowiedzialność, to twoja decyzja”, a zdziecinnienie kusi: „Niech ktoś zdecyduje za ciebie, będzie łatwiej”.
Oczywiście każdy i każda z nas ma takie dni, w których wątpi i myśli sobie: „Już nie mam siły”. Pojawia się wtedy moment walki pomiędzy dojrzałością a zdziecinnieniem. W praktyce wygląda to tak, że ktoś, zamiast samemu czytać umowę kredytową, pyta znajomego albo bierze pierwszą „złotą radę” z internetu. Albo zamiast zastanowić się, czego naprawdę potrzebuje, kupuje w sklepie suplement, bo reklama obiecała mu zdrowie w kapsułce. Dojrzałość mówi wtedy: „Przemyśl, sprawdź, to twoja decyzja”, a zdziecinnienie podsuwa: „Kliknij, kup, ktoś już wie lepiej od ciebie”. I jest to trudna walka, bo osoby, które utrzymują nas w zdziecinnieniu, zarabiają na tym zbyt duże pieniądze lub zdobywają zbyt dużą władzę, by zrezygnować.
Ale wciąż nie rozumiem, dlaczego tak łatwo dajemy się nabrać tym mechanizmom. Czy jednym z powodów jest też to, że tak nas wychowano, że nie wierzymy we własną sprawczość? W efekcie wyrastamy na ludzi, którzy przy najmniejszej trudności tracą wiarę, że uda im się ją pokonać. Wolimy polegać na guru i pseudopsychologicznych kursach, które obiecują szybkie rezultaty, zamiast konsekwentnie wzmacniać swoją odporność na trudy życia codziennego?
Na pewno to jedno ze źródeł i wychowanie ma tu ogromne znaczenie. Natomiast jedną z głównych przyczyn zdziecinnienia, niezależnie od pokolenia, jest to, że w dorosłym życiu nieustannie szukamy rodzica. Udajemy się w wykańczającą pogoń za autorytetem. Tym bardziej że kulturowo jesteśmy tak ustawieni, że jakiś autorytet musi być, że taki odgromnik moralny powinien się w naszym życiu pojawić. Ale czy rzeczywiście? Wychodzę z założenia, że autorytety przeszkadzają i zamykają nas na ścieżce rozwoju.
Nie polecasz ślepego podążania za guru od dobrego życia? Przecież tak dobrze im się wiedzie, są bogaci, mieszkają na Bali. Na pewno mają szybkie sposoby na rozwiązanie ludzkich trosk.
Autorytety często, zamiast otwierać, zamykają nas w cudzej wizji świata. Ślepe podążanie za guru od dobrego życia działa trochę jak korzystanie z gotowej mapy, na której ktoś już zaznaczył wszystkie drogi i zakazał nam zbaczać w bok. Na przykład – popularny dziś trener rozwoju osobistego mówi: „Jeśli będziesz wstawał o piątej rano i codziennie pił zielony koktajl, odniesiesz sukces”. Dla części osób to się sprawdza, ale dla wielu kończy się frustracją, bo ich życie, praca czy organizm działają inaczej. W efekcie, zamiast rozwijać własną ścieżkę, próbują na siłę dopasować się do cudzego szablonu. Autorytet obiecuje bezpieczeństwo i prostą odpowiedź, ale jednocześnie zabiera wolność szukania własnych dróg.
Niemniej mamy kulturowo wdrukowane to, żeby szukać kogoś, kto nas poprowadzi, kto wskaże nam drogę. Bardzo często dostaję od osób, które obserwują mnie w mediach społecznościowych, wiadomości typu: „Jest pan dla mnie autorytetem”. To miłe, ale jednocześnie cierpnie mi skóra. I myślę sobie, że nie chcę nim być.
Dlaczego?
Bo autorytet łatwo zamienia się w klatkę – ktoś zaczyna oczekiwać, że będę miał gotowe odpowiedzi na jego życie. A ja nie chcę nikomu odbierać prawa do własnych poszukiwań i błędów. Wolę być inspiracją czy towarzyszem w myśleniu niż kimś, kto stoi na piedestale i wydaje recepty. Autorytet kusi bezpieczeństwem, ale odbiera wolność – a dla mnie wolność w rozwoju jest ważniejsza niż złudne poczucie, że ktoś inny wie lepiej. Stąd na Instagramie używam hasztagu #góró, żeby wskazać, że jeśli jestem dla kogoś autorytetem, to z błędami, które również popełniam. I ludzie muszą mieć tego świadomość.
„Kup mój kurs, a znajdziesz szczęście”, „To jedno ćwiczenie zmieni twoje życie”, „Ten sekret sprawi, że już zawsze będziesz zdrowy”. To są współczesne zaklęcia szczęścia. A że są opakowane w profesjonalny język, kolorowe grafiki i kosztują kilkaset złotych, to łatwiej nam uwierzyć, że mają w sobie magię dorosłości, choć mechanizm jest w gruncie rzeczy dziecięcy.
Zachęcam do tego, żebyśmy włączali krytyczne myślenie, dyskutowali z tym, co usłyszymy, i nie brali za prawdę objawioną wszystkiego, co ktoś powie, tylko dlatego, że jest psychologiem, fizykiem czy lekarzem. Jesteśmy wytrenowani w życiu według klucza, jak na maturze. Nie liczy się nasza interpretacja wiersza Mirona Białoszewskiego i to, jak my czujemy jego poezję. Kiedy wyrażamy swoje zdanie, oglądamy się na boki, szukając potwierdzenia i poklepania po plecach.
Krytyczne myślenie to w gruncie rzeczy narzędzie obronne – chroni nas przed manipulacją, przed ślepą wiarą w proste rozwiązania i przed uleganiem presji grupy. Pozwala zatrzymać się i zapytać: „Czy to naprawdę ma sens? Czy to działa dla mnie?”. Dzięki temu nie oddajemy tak łatwo wolności w ręce polityków, marketingowców czy samozwańczych guru. To też kompetencja, która wyposaża nas w odwagę – odwagę do formułowania własnych interpretacji, do stawiania pytań, do bycia w dialogu zamiast w posłuszeństwie. Bez krytycznego myślenia stajemy się jedynie odbiorcami cudzych narracji, a z nim możemy stać się współtwórcami rzeczywistości.
Nie ufamy własnym decyzjom i przeczuciom, tylko szukamy „rodzica” na zewnątrz. A jako dorośli ludzie potrzebujemy odnaleźć w sobie własnego Zdrowego Dorosłego czy Zdrową Dorosłą, którzy będą pomagać nam podejmować trudne decyzje. Również te, że sobie z czymś nie poradzimy sami i będziemy potrzebować pomocy.
Tak, i to powinien być, jak to ładnie nazwałaś, Zdrowy Dorosły w nas samych. A tak naprawdę jedyne, do czego my się zwracamy, to do Wewnętrznego Dziecka. Większość ludzi regresuje do dzieciństwa, nie zastanawiając się nad tym i idealizując tamten okres życia. A przecież ono wcale takie cudowne nie było. Wydaje nam się, że jesteśmy w stanie wrócić do dzieciństwa jako czasu bez odpowiedzialności, ale że jednocześnie będziemy mogli o wszystkim decydować tak jak dorośli. A to tak nie działa.
Ale chwila. Co jest nie tak z dbaniem o swoją wewnętrzną, dziecięcą część? Tyle z nas jest od niej odłączonych. To chyba dobry zwrot?
Sam pomysł dbania o swoje Wewnętrzne Dziecko wywodzi się z jungowskiej tradycji psychologicznej i miał służyć czemuś zupełnie innemu niż to, co dziś zrobiono z tym pojęciem. Jung pisał o archetypowym dziecku jako o symbolu potencjału – części w nas, która otwiera nas na rozwój, ciekawość, nowe ścieżki i twórczość. To nie było wezwanie do cofania się do infantylnego świata bez odpowiedzialności, a raczej zaproszenie do integracji: aby zachować w sobie zdolność do zadziwienia i autentyczności, ale w dojrzały sposób.
Pod hasłem „opieka nad Wewnętrznym Dzieckiem” często sprzedaje się iluzję powrotu do czasów, kiedy „było lekko i bezproblemowo”, choć przecież dzieciństwo wcale takie nie było – pełne było lęków, ograniczeń, zależności od innych.
Dzisiaj jednak ta idea została mocno uproszczona i spłycona. Pod hasłem „opieka nad Wewnętrznym Dzieckiem” często sprzedaje się iluzję powrotu do czasów, kiedy „było lekko i bezproblemowo”, choć przecież dzieciństwo wcale takie nie było – pełne było lęków, ograniczeń, zależności od innych. W efekcie, zamiast pracować nad integracją tej części, ludzie regresują: idealizują dzieciństwo, odcinają się od realnych trudności dorosłości i szukają prostych recept, które mają im pozwolić być jednocześnie dzieckiem i dorosłym. To nie jest jungowska praca nad psyche, tylko popkulturowy produkt. Niepokoi mnie w tym to, że taki uproszczony zwrot do Wewnętrznego Dziecka staje się świetnym towarem – kolejnym kursem, warsztatem, poradnikiem czy profilem w mediach społecznościowych, które obiecują łatwe szczęście. A przecież Jung nie pisał o „prostych szczęśliwych zaklęciach”, tylko o trudnym procesie indywidualizacji, który wymaga konfrontacji z własnym cieniem, ze słabościami i z tym, co w nas niewygodne. Tymczasem współczesna wersja tej idei często omija najtrudniejsze momenty i oferuje szybkie ukojenie. Dbanie o Wewnętrzne Dziecko rozumiane jako uważność na siebie, czułość wobec własnych emocji, przyzwolenie na radość – to jest wartościowe i potrzebne. Ale ucieczka w iluzję, że możemy być znów dziećmi bez obowiązków, a jednocześnie decydować jak dorośli, prowadzi do frustracji i wtórnego zdziecinnienia. To nie jest rozwój, tylko zatrzymanie się w połowie drogi.
W budowaniu w sobie tej dorosłej, dojrzałej części widzę zagrożenie w postaci hiperniezależności. Taka postawa nie bierze pod uwagę, że niektóre rzeczy wymagają wspólnoty i oparcia się na drugim człowieku. Czy mówiąc o zdziecinnieniu, obserwujesz tendencję do hiperindywidualizacji, w której wspólnota i przynależność tracą na wartości? Nie oszukujmy się, nie jesteśmy i nie będziemy w pełni samowystarczalni w każdym obszarze życia.
Powiem więcej, to nie jest nawet tak, że grupa jest nam czasem potrzebna, tylko częściej niż rzadziej jest nam niezbędna. I nie jesteśmy w stanie funkcjonować jako samotna wyspa. Ktoś może tego spróbować, ale skutki będą opłakane, ponieważ funkcjonujemy w określonym społeczeństwie, gdzie wszystko ma na nas wpływ. I możemy dbać o to, żeby umieć pewne rzeczy, które napływają do nas z zewnątrz, filtrować. Natomiast nie jesteśmy w stanie żyć jako niezależne jednostki w społeczeństwie. Funkcjonujemy w różnych grupach w inny sposób, zakładamy maski, przyjmujemy role. I dojrzałość polega na tym, że umiemy to zintegrować. To znaczy wiem, że jestem samodzielną jednostką, która ma umiejętność krytycznego myślenia, ale wchodząc w relację romantyczną, przyjacielską, biznesową, w każdej z nich odsłaniam trochę inną część siebie. I potrafię to zebrać w całość.
To znaczy?
Wiem, że to cały czas jestem ja, że w pracy zachowam się tak, a z przyjaciółmi inaczej. Natomiast hiperindywidualizm idzie w niebezpieczną stronę, która mówi: „Bądź sobą, cokolwiek się zdarzy, gdziekolwiek jesteś. Zawsze mów, co myślisz”. No i to jest sytuacja, z mojego punktu widzenia, kabaretowa. Przecież nie powiem szefowi tego, co jestem w stanie powiedzieć przyjacielowi. Nawet jeśli mój przyjaciel byłby moim szefem, to nie powiedziałbym mu takich rzeczy, które powiedziałbym siostrze czy bratu. Jeśli nie umiem tego połączyć i zbudować całości mojego „ja”, pojawia się problem.
Konsekwencją nieumiejętności zbudowania całości mojego „ja” jest to, że człowiek zaczyna żyć w trybie ciągłego rozdwojenia. W pracy wciela się w jedną rolę, w domu w drugą, a w relacjach towarzyskich w trzecią – i żadna z nich nie daje mu poczucia spójności. To prowadzi do wewnętrznego chaosu, w którym autentyczność mylona jest z impulsywnością. Hasło „zawsze mów, co myślisz” brzmi atrakcyjnie na Instagramie, ale w rzeczywistości może oznaczać, że w pracy obrażam szefa, w domu ranię partnera, a wśród znajomych tracę przyjaciół.
Przeczytaj też: O psychologii z Instagrama i pułapkach kultury terapeutycznej
Hiperindywidualizm w takiej wersji nie jest wolnością, tylko samotnością – bo jeśli wszędzie i za wszelką cenę „jestem sobą”, to w praktyce zostaję sam z tym sobą. Brakuje wtedy przestrzeni na kompromis, empatię, dopasowanie do sytuacji. A przecież dorosłość polega na tym, że potrafię być sobą w różnych kontekstach, ale bez konieczności odgrywania zupełnie innych postaci. To umiejętność łączenia w całość wszystkich odcieni swojego „ja”, zamiast rozrzucania ich jak puzzli, które nigdy nie chcą się ułożyć.
A co jest przeciwieństwem zdziecinnienia? Do jakiej postawy warto dążyć?
Odpowiedź jest dość prosta. To odpowiedzialność – za siebie i za innych. A za odpowiedzialnością idzie uważność, empatia i czułość. I to, znów, uważność na siebie i na innych, empatia i czułość wobec innych, ale też wobec siebie. To się zamyka w zbiorze odpowiedzialności i tego, na co w życiu zwracam uwagę. Czy stwarzam innym osobom poczucie bezpieczeństwa, kiedy są ze mną, kiedy jestem ich partnerem, przyjacielem? Jako dojrzała osoba daję drugiemu poczucie bezpieczeństwa – jeśli powiedziałem, że kocham, to kocham. Jeśli powiedziałem, że więcej cię nie zranię, nie wypowiem okrutnych słów, to tego więcej nie robię. Jeśli deklaruję lojalność, jestem lojalny. Dzięki temu druga osoba wie, że może się przy mnie rozwijać, bo ma bazowe poczucie bezpieczeństwa i jest też w stanie sama mi to dawać.

Fragment pochodzi z książki Sobą zajęci. O pułapkach samorozwoju i kultury terapeutycznej Kamy Wojtkiewicz, która ukaże się 11 marca 2026 roku nakładem wydawnictwa Agora. Książkę można zamówić na stronie wydawnictwa.
