Wersja audio
Naprzeciwko niej siada starsza kobieta. Przy każdym szarpnięciu poły jej ciemnego płaszcza rozchylają się i musi chwytać końce paska, zaciskać je, splątywać, pochylając przy tym głowę. Płaszcz jest sztywny, układa się jak wysunięty do przodu ptasi tors. Kobieta poprawia go, ale nie podnosi spojrzenia. Sięga do torebki i wyciąga słuchawki. Można próbować ją zrozumieć tak, jak próbuje się rozumieć innego człowieka. Jaga Babażyna wraca ze szpitala i jest w świetnym nastroju, bo szpital napełnia ją spokojem. Kojarzy się z zapachem bzu w maju. Z wycięciem migdałków, gdy była dzieckiem, i z wypadkiem samochodowym, gdy była studentką. Z oknem szpitalnego pokoju, przez które widać czarne lasy. Z życzliwą pielęgniarką. Z dzieckiem, którego nie urodziła. Z nogą złamaną w trakcie grania spektaklu. Z myślą, że pierwszy raz w życiu nie musi się sama o siebie troszczyć.
Tramwaj mija ulicę Anielewicza i Babażyna myśli ze złością o dziewczynie międlącej w rękach czapkę. Ma wysokie kości policzkowe, skóra na nich jest napięta w szlachetny, niemal antyczny sposób, który nadaje twarzy …
Aby przeczytać ten artykuł do końca, zaloguj się lub skorzystaj z oferty.
Dostęp do tego materiału mógłby kosztować 9,99 zł. My jednak w tej cenie dajemy Ci miesięczną subskrypcję wszystkich naszych treści. Czytaj i słuchaj do woli. Zostaniesz z nami na dłużej?
Fragment pochodzi z powieści Urodziny, który ukaże się w maju nakładem Wydawnictwa Czarne.