Opowiadanie

Laurence Olivier żyje!

Najpierw chodziliśmy po parku Bohaterów Westerplatte, a potem przystanęliśmy przed witryną tej małej księgarni na Mościckiego. Ja i Staś. Przez chwilę spacerował z nami Andrzejek, ale zwiał, bo go przegłosowaliśmy, że staniemy przed księgarnią, a nie przed monopolowym. Byliśmy więc we dwóch i zerkaliśmy na nowości. Ja marzyłem o Masłowskiej, Staś o Twardochu, ale nie mieliśmy dość szmalu, bo sporo wydaliśmy na importowane fajki. Staś przesunął dłonią po szybie i westchnął głęboko. Wyglądał jak matka w przeciętnym amerykańskim serialu medycznym, przykładająca rękę do inkubatora i płacząca z powodu nieszczęścia swojego dziecka. Objąłem mocno Stasia i powiedziałem ciepłym, miodowym głosem:

– Nie przeżywaj. Za miesiąc kupimy.

Staś rozpogodził się i już mieliśmy iść dalej, gdy moją uwagę przykuł jeden stary facet, który właśnie zatrzymał się obok nas i patrzył na książki. Wyszeptałem Stasiowi do ucha:

– Stasiu, w mordę, to Laurence Olivier. Nie mam pieniędzy, ale jakbym miał, tobym wszystkie postawił na to, że to on. Mówię ci. Poznam tę …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Opowiadanie ukazało się w grudniowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (12/2018) pod tytułem Laurence Olivier żyje i mieszka w Polsce.

FreshMail.pl