Proza poetycka

Tydzień w świętym mieście

  • autor
  • Jakub Kornhauser

poniedziałek, św. sumik z opatkowic

 

Dwóch panów łowi ryby. Pustynia, stara wieś, przywry grasują po kałużach, co robić na wakacjach, na ile ta kiełbasa? Ja tego do ust nie biorę. Łabędzie tarmoszą zbutwiałe liście. Wszyscy boją się piżmaków, które mają nory w stawie. Jest dziewięcioro kacząt, wodzi je krzyżówka z elegancją. Kilka żab jedzie przez Smoleńskiego. Nic nie wychodzi z wody. Młode ptaki są szare i piszczą. Zza grobli słychać trzcinniczka i zakopiankę. Przy stawie płyty betonowe, obtłuczone i z wystającymi prętami. Żaby siedzą jedna na drugiej. Autobus w podobie puszki zawraca przy blokach. Uważaj, Antoś, bo pan cię zabierze rowerem. Jakoś brzydko przy blokach, wracajmy, staw w słońcu śliczny.

rysunekIwona Chmielewska

Na Wildze nowa kładka. Z jednej strony „każda ryba utonie”, z drugiej prącie, pentagram i niebieskie serce. Żaby przenosimy, są suche i grube. Jeden z panów ma koszulkę z łysą czaszką. Drugi ma telefon. Konie spociły się i śmierdzą. Pierwszy łowi na małą rybkę, której nic nie chce. Autobus znowu zawraca, jedzie w stronę Sidziny. Niezadowolenie: łabędzie prychają na piżmaka, który wyszedł z nory. Źli panowie. Wędka zahacza o konar na mieliźnie. Piżmak daje nura, łabędzie odpływają. Drugi pan wyciąga sumika. Szczepią na wściekliznę w przyszłym tygodniu. Kaczki gmerają w trawach przy brzegu. Sumik na muchę, oprawia się go i wrzuca do kosza, który przy nodze zanurzony. Do lasu nie, bo komary, nad rzeką lepiej, przewiew. Wielka żaba rozpłaszcza się na jezdni. Autobus zawraca, jedzie do Borku. Panowie na płytach, jeden z nich, bo drugi bardziej śpiący. Idą labradory, czarny pies obgryza wielki kij wyciągnięty ze stawu. Naraz chmury, w oddali pułkownik Sanders: „rozwiń skrzydła!”. Łabędź niemy wyrywa do 10 kilogramów zanurzonych roślin wodnych dziennie. Tej rozpłaszczonej nie da się odkleić od asfaltu, bierzemy inne, truchleją w dłoni. Po Opatkowickiej krążą dzieci z makaronem, owijają się nim jak taśmą, skrzeczą wniebogłosy. Sumik gruby, mówi drugi pan, do jajecznicy jak znalazł. Młode kaczki myślą, że ich nie ma.

 

wtorek, św. barbara z wróblowic

 

Święta Barbara lubi morele i osty. Jest tęga i ruszyć się nie może. Osty mają ponad dwa metry, a na cmentarz wchodzi się przez płot. Barbarę z rogu Bogdanowskiego i Niewodniczańskiego rozbolał brzuszek. Za dużo siarczanów na obiad, za mało pana Andrzejka, co układa rury pod kościołem. Skarby polskiego modernizmu, wilczarz taranuje ogrodzenie. W szkole na górze wybory, bzy i spacery Mirtową. Ukrywają się w lesie trampkarze i taczki z węglem, pod drzewem zakąsza się pomidorem. Barbara wygląda zza budki ze zniczami. Co pan tu, panie? Na grandę się zachciało, kuszą morelki poświęcone? Idź mi jeden z drugim, ojcu matce powiem, świniaków nie oddam. Z budki jednak, bo w środku ceratka przychylna, świszczy radyjko, jaja grzeją się w bule. Idzie na burzę, kret przepowiedział wczoraj. Barbarko, daj ty się przebłagać, rzućże piątaka choć, łaskawa! Obok dwór, maczugi porobione z bezlistnych drzew, tak że tam se grzebcie tą łopatką. Była Barbara zwyczajnie naoliwiona, parskała tym swoim końskim kwikiem, z przyczyny którego uciekł od niej Andrzejek do tamtej. Tamtej nie, tamta to poszła z tym, co asfalt kładł i zgubił się na cmentarzu, z tym, co go szukali przed pół rokiem. Buła spływa z upałem, jaja skwierczą, niosą się po okolicy czarne dymy. Takie mi tu popodrzucali indyki przez siatkę. Głów nie znalazłam, tylko klamerkami spięłam tuszki i wiszą przy kalesonach. Ci z dworu to nieźli są, no …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl