Wokół książek

Tyra i kara. Krytycznie o polskim rynku pracy

  • autor
  • Sebastian Frąckiewicz
Wydane niedawno książki poświęcone pracy w końcu opisują ją z perspektywy większości Polaków, a nie wąskiej grupy ludzi sukcesu. Tak widziana okazuje się narzędziem upadlającej opresji, a nie satysfakcji i rozwoju.
Karol Banach

Iwona Chmielewska – pochodząca z Pabianic jedna z najbardziej znanych na świecie polskich ilustratorek, rocznik 1960 – powiedziała w wywiadzie do książkiTen łokieć źle się zgina:

Pamiętam doskonale słodki zapach z fabryk bawełny na ulicach Pabianic, te huczące ze wszystkich stron maszyny, dymy z kominów. I to, że idąc do szkoły, zaglądałam przez okno do wnętrza hal. Pamiętam też farbowanie i drukowanie tkanin, przędzalnie i bawełnę transportowaną w takich dużych belach. Choć z perspektywy dziecka najbardziej niesamowitym zjawiskiem były kawałki bawełny jak śnieg fruwające po ulicach.

Artystka miała to szczęście, że – choć urodziła się w Łódzkiem – jej rodzice byli pierwszym pokoleniem w rodzinie, które nie poszło do pracy do fabryki. Moja rodzina także miała to szczęście, bo mimo że wywodzi się ze wsi niedaleko Zduńskiej Woli i Łasku, również nie zaznała wątpliwej przyjemności pracy w fabryce. Moja mama, rocznik 1959, po ukończeniu włókienniczej szkoły zawodowej i odbyciu obowiązkowych w owym czasie praktyk, ostatecznie znalazła pracę w wiejskiej bibliotece i nie musiała tyrać na trzy zmiany. A każdy, kto w PRL-u wiedział, czym jest fabryka, i mógł jej uniknąć, robił to bez wahania. Widok włókien bawełny na wietrze to wspólny obrazek dla wszystkich włókienniczych miast i miasteczek regionu będących satelitami Łodzi. Widok aktualny praktycznie do 1989 roku. Gdyby ktoś ogłosił konkurs na designerski gadżet promujący Łódzkie, to jako zwycięski projekt wyobrażam sobie pocztówkę dźwiękową. Na froncie widniałby piękny (jak na okładce romansu) biały kwiat bawełny, a po otwarciu pocztówki odbiorcę atakowałby obezwładniający łoskot krosien. 

Oczywiście, żaden miejski wydział promocji takiego gadżetu by nie wyprodukował, choć zobrazowałby on bardzo dobrze paradoks całego regionu. Fabryka dawała upragnioną pracę, ale zabierała zdrowie i życie. Bawełna stworzyła Łódzkie i doprowadziła je do ruiny.

Fabryka bowiem dobrze wygląda jedynie z zewnątrz: dostojnie prezentują się jej mury z czerwonej cegły i wysokie kominy na dziewiętnastowiecznej, podkolorowanej pocztówce, całkiem nieźle wyglądałyby na jakimś PRL-owskim propagandowym filmie o rozwoju socjalistycznego państwa, ale wysoką cenę za to wątpliwe piękno przemysłu lekkiego płacili zawsze najsłabsi, a raczej najsłabsze, bo włókiennictwo w Polsce od samego początku opierało się na wyzysku kobiet. 

Ówczesna prasa, szczególnie stołeczna, widziała w Łodzi „złe miasto”, a w robotnicach – bezimienny tłum.

Co gorsza „przemysł lekki” brzmi jak złośliwy eufemizm. Aby przekonać się, jak ciężki jest przemysł lekki, wystarczy wybrać się do Muzeum Włókiennictwa w Łodzi, gdzie w jednym z pomieszczeń stoją uruchomione maszyny. A przecież maszyny te pracują „na sucho”, atakuje nas jedynie potężny hałas. Gdybyśmy chcieli dokonać pełnej rekonstrukcji historycznej (które to rekonstrukcje Polacy tak bardzo pokochali), do obezwładniającego huku należałoby dołożyć zaduch, wilgoć, wysoką temperaturę, zapylenie, a do tego jeszcze podłego, próbującego wykorzystać nas seksualnie majstra. Nie jest to aż takie pociągające i heroiczne jak przebieranki za ułanów, powstańców oraz husarzy. Nie ma w sobie tego sentymentalnego uroku i nostalgii co wzdychanie za Wilnem i Lwowem, siąpienie nosem po wytrawnych rautach w warszawskich i krakowskich kawiarniach rodem z dwudziestolecia. Historia Polski pisana z poziomu bruku, ulicy i chłopskiej miedzy to zupełnie inna opowieść. Przede wszystkim – cholernie trudno ją napisać. 

 


dlaczego? bo ulica i miedzanie mają własnych źródeł. Szczególnie źródeł pozostawionych przez kobiety. Przekonała się o tym Marta Madejska, autorkaAlei Włókniarek, reportażu historycznego o łódzkich robotnicach. Wyznaczyła sobie ambitne zadanie, próbując ująć temat całościowo, sięgając do wydarzeń od początków XIX wieku. I trafiła na ścianę, a raczej pustkę. Stąd cała pierwsza część jej książki to historia mozolnych poszukiwań, szczegółowa referencja starań o to, by w źródłach z przełomu XIX i XX wieku znaleźć jakikolwiek kobiecy głos. I, jak szybko dowiemy się zAlei Włókniarek, nikt takiego głosu robotnicom udzielać nie zamierzał. Madejska napisała:

Kiedy podczas pierwszej wizyty w bibliotece Centralnego Muzeum Włókiennictwa, jąkając się nieco, zaczęłam tłumaczyć, że poszukuję wszelkich informacji o włókniarkach z XIX wieku, troje pracowników patrzyło na mnie przez dłuższą chwilę bez słowa. Wreszcie ktoś odpowiedział powoli: „Wie pani, to nie jest grupa, którą wtedy ktoś się jakoś specjalnie zajmował…”

Karol Banach

Cała nadzieja w prasie. Ale ówczesna prasa, szczególnie stołeczna, widziała w Łodzi „złe miasto”, a w robotnicach – bezimienny tłum. Literaci tamtej epoki wybierali się do polskiego Manchesteru jak na ludzkie safari. Większość z nich reprezentowała inteligencję rekrutującą się z wysadzonej z siodła szlachty. A przecież szlachta polska nie kochała przemysłu i handlu, były to zajęcia niegodne człowieka herbowego. Stąd fabryki zakładali głównie Żydzi i Niemcy. Nie mówiąc już o tym, że fabryka była naturalną konkurencją ziemianina – to na jej rzecz chłopi porzucali pracę w polu. 

Z punktu widzenia poszlacheckiej inteligencji tłum to zawsze tłum, czerń. Niezależnie od tego, gdzie brudzi swoje ręce. Madejska przejrzała ówczesne reportaże i na ich podstawie całą kwestię pokazała dobitnie. 

Dziennikarze i literaci odwiedzający Łódź nie zadawali sobie trudu, by porozmawiać z włókniarkami. Ich teksty …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Czytaj także

FreshMail.pl