Reportaż

Więźniowie czwartego piętra

  • autor
  • Ewa Wołkanowska-Kołodziej
rysunekJoanna Karpowicz
Nie wyjdą na ulice, bo od lat nie wychodzą z domu w ogóle.

Większość kubków w kuchni nie ma ucha. Często zapomina, że coś trzyma w ręce i wtedy kubek spada. Kiedy chce wypić herbatę w pokoju, najpierw bierze pusty i stawia go na stole. Potem wraca do kuchni, wlewa wrzątek do termosu, termos wiesza na balkoniku i idzie do pokoju. Sił zostaje tylko tyle, by usiąść i włączyć Na dobre i na złe.

– Widzę, co się dzieje. Ostatnio upuściłam czajnik. Woda była już zimna, a gdyby był wrzątek, tobym się poparzyła. No i nie mam już czajnika. Czasem tak się czuję przytłoczona tym wszystkim, że biorę książkę, przeczytam trzy linijki i oczy mi się zamykają.

Obok leżą Wyznania św. Augustyna i tygodniki „Niedziela”.

Danuta ma 75 lat, szczupłe dłonie, przezroczyste paznokcie i białe włosy upięte w kok jak u baletnicy. Jest tak drobna, że gdy siedzi za stołem, ten wydaje się ogromny. Wszystko wokół wydaje się większe, jedynie obrazek na ścianie przedstawiający ostatnią wieczerzę jest mikroskopijny, aż trudno dopatrzyć się na nim Jezusa wciśniętego pomiędzy apostołów.

Na tle białych ścian jej mieszkania każdy kolor sprawia wrażenie mocniejszego. Liliowy sweter Danuty niemal razi. Farba odpadająca z metalowego balkonika za jej plecami jest intensywnie niebieska. Kolor zielono-czerwonej sukienki anioła przyciąga uwagę. Figurkę dostali sąsiedzi od ciotki z Ameryki, ale im się nie spodobała, więc oddali Danucie. Przyjęła ją tak samo jak starość.

– Nie można robić z siebie cierpiętnika. Stany roszczeniowe do świata nic nie dają – mówi.

Kiedy ostatni raz samodzielnie wyszła z domu? Pięć lat temu? Już wtedy nie wiedziała, co trzeszczało bardziej: schody, po których zsuwała się z czwartego piętra, czy jej kości. Nic dziwnego, są prawie równolatkami.

Dozorca na parterze przechowywał jej wózek. Z siodełkiem. Ważył trzydzieści siedem kilo. Chwytała go obiema rękami i pchała do najbliższego sklepu. Czasem ktoś zapytał, czy pomóc. Ale jak na takie pytanie odpowiedzieć pędzącemu człowiekowi? A z perspektywy wózka z siodełkiem każdy jest taki. Robiła zakupy i szła z powrotem. To jakby zdrowy człowiek miał wejść z mlekiem i bułkami na Kasprowy Wierch. Zresztą na ścianie w mieszkaniu Danuty wisi wyblakły plakat z ośnieżonymi szczytami i skandynawskimi fiordami, a obok zdjęcie babci w stroju huculskim z wakacji w Karpatach. Lubiła góry.

Danuta już nie wychodzi. O takich jak ona mówi się: więźniowie czwartego piętra. Utknęli w mieszkaniach w blokach i domach bez wind. Nie upominają się o swoje prawa, bo nie wierzą, że jakiekolwiek mają. Najwięcej mogą powiedzieć o nich pracownicy opieki społecznej, bo to do nich dzwonią i mówią na przykład tak:

– Nie dam rady już wyjść do sklepu. Ja jestem za wysoko, a on za nisko.

O takich jak ona mówi się: więźniowie czwartego piętra. Utknęli w mieszkaniach w blokach i domach bez wind.

Danuta po pomoc zgłosiła się sama. Powiedziała, że ma osteoporozę, przeszła raka macicy, zdiagnozowano u niej zanik mięśni i jest świadoma tego, że będzie coraz gorzej. Po telefonie przyszła do niej pracownica socjalna. Cel wizyty był prosty: ustalić plan opieki, żeby starsza kobieta jak najdłużej mogła mieszkać we własnym mieszkaniu. Umówiły się, że trzy razy w tygodniu będą odwiedzać Danutę opiekunki, które w jej imieniu odbiorą korespondencję z poczty, zrobią zakupy, odkurzą, nastawią pranie, a jak będzie trzeba, to umyją głowę, nakarmią i przewiną. Jednym z pierwszych zadań opiekunki Danuty była wizyta w przychodni i przyniesienie zaświadczenia o stanie jej zdrowia.

Recepcjonistka: – Ta pani sama musi przyjść.

Opiekunka: – Ona nie wychodzi z domu.

Recepcjonistka: – To ktoś z rodziny.

Opiekunka: – Ona nie ma rodziny.

Recepcjonistka (oburzona): – Co to znaczy, że ona nie ma rodziny?!

– Czy to aż takie dziwne? – Danuta jednocześnie broni swojego prawa do samotności i usprawiedliwia się. – Nie wyszłam za mąż, nie mam dzieci, dalsza rodzina jest rozsiana gdzieś po Polsce. Nie jestem jedyna taka na świecie.

Urodziła się dwa lata przez wybuchem powstania warszawskiego. Jej kamienica nie ocalała. Do lat siedemdziesiątych mieszkała z rodzicami i babcią na obrzeżach Warszawy. Nie mieli ani łazienki, ani gazu. Jedynym luksusem była zimna woda. Kiedy zmarł ojciec, a babcia potrzebowała coraz większej opieki, wprowadziły się we trzy do kamienicy, mieszka w niej do dziś.

Pracowała w Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego, potem w Zakładach Maszyn Elektrycznych „Wamel”, Urzędzie Skarbowym i w Powszechnej Kasie Oszczędności. Ma doświadczenie w traceniu: najpierw mamy i babci, później pracy. W końcu zaczęła tracić czucie w nogach. Kłopoty z chodzeniem zaczęły się w 2000 roku. Zwyrodnienie. Czekała na operację stawów biodrowych, ale ostatecznie ortopeda odmówił, twierdząc, że niepotrzebna. Teraz można już tylko uśmierzać ból.

Jest chora i sama. Na spacer może pójść na balkon, bo nie ma nikogo, komu zależałoby, by znieść ją z czwartego piętra i zawieźć do parku. Na miejsce w sanatorium czekała dwa lata, a gdy je dostała, nie była w stanie sama dojechać do ośrodka, więc zrezygnowała. Balkonik niedawno zaciął się w kuchni, pchnęła go raz, drugi, kółko puściło, balkonik pojechał, ona upadła. Przeczołgała się do pokoju, podpełzła do telefonu, ale nie miała do kogo zadzwonić, więc sama dwie godziny wspinała się na tapczan.

Miesiąc temu zdecydowała się na wyprowadzkę ze swojego więzienia. Próbuje ją teraz w myślach oswoić. Myśli o niej tak, jakby to był wyjazd na wczasy. Gdy się jedzie na miesiąc, trzeba wiele rzeczy spakować, ale jeszcze więcej zostawić. Tym razem jedzie trochę inaczej. Będzie mogła zabrać komódkę z ciemnego drewna i swój stary fotel. Żyrandol komuś odda, bo ona z tych wczasów już nie wróci. Złożyła podanie o przeniesienie do domu pomocy społecznej.

– Każdy organizm się starzeje. Trzeba się z tym pogodzić, skoro nie ma innego wyjścia. Jestem głęboko wierząca i wiem, że nie tylko przyjemność jest dla człowieka. Wszystko jest dla człowieka.

Drewniane schody i seledynowe poręcze. Na trzecim piętrze wiszą obrazki kotków i krokusów. Na drugim zaś wlepka z napisem „Czekamy na wolność”. Nie wiadomo, czy zauważy ją, kiedy będzie wychodzić z domu po raz ostatni.

 


Warszawa starzeje się, co dziesiąty mieszkaniec ma co najmniej siedemdziesiąt lat. Pomoc może znaleźć w jednym z osiemnastu Ośrodków Pomocy Społecznej. Gdy nie jest już w stanie mieszkać samodzielnie, może starać się o miejsce w czternastu domach pomocy społecznej (w tym siedmiu dla osób przewlekle chorych).

Jest chora i sama. Na spacer może pójść na balkon, bo nie ma nikogo, komu zależałoby, by znieść ją z czwartego piętra i zawieźć do parku.

Warszawskie Biuro Pomocy i Projektów Społecznych pod koniec sierpnia zakończyło rekrutację do dwuletniego projektu „[email protected]”. Seniorzy, którzy do tej pory nie korzystali z usług opiekuńczych, w ramach niego zaczęli. Zostali też objęci teleopieką. Każdy uczestnik dostał urządzenie, które sprawdza temperaturę jego ciała, mierzy rytm serca i wszczyna alarm w centrali, gdy dzieje się coś złego. Senior w każdej chwili może wcisnąć przycisk alarmowy i wezwać pomoc. Będzie to kosztowało 977 tysięcy złotych.

W Poznaniu z teleopieki korzysta już ponad 250 osób, docelowo ma być objętych nią 550 samotnych schorowanych osób. Program „[email protected]” przeznaczony jest dla czterdziestu mieszkańców stolicy. Tych, którzy przekroczyli siedemdziesiątkę, jest ponad dwieście trzydzieści tysięcy.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Autorka dziękuje Aldonie Bruszkiewicz i Elżbiecie Pietrak z Ośrodka Pomocy Społecznej dzielnicy Wola m.st. Warszawy.

Czytaj także

FreshMail.pl