Opowiadanie

Zdarzenie na drodze do Toledo

  • autor
  • Wojciech Engelking

Tamtego lata jechali nagrzaną, pustą autostradą, która z każdym kilometrem coraz bardziej przypominała siebie sprzed jego pokonania. Nawet góra, której trójkąt przecinał horyzont za przednią szybą auta, zdawała się wcale nie zbliżać, lecz wręcz przeciwnie: oddalać, by zawsze pozostawać w równej odległości od prowadzonego przez Marka volkswagena. Zuzi w pewnym momencie przeszło przez myśl, że pod tą górą mieszkają olbrzymie, prehistoryczne zwierzęta, ogromne węże, które przesuwają szczyt na swoich grzbietach, tak jak na ruchomych belkach przesuwa się zawadzający nowo wybudowanej jezdni budynek.

Za górą zaś było Toledo.

Na to przynajmniej wskazywała wyświetlana przez GPS mapa – droga bowiem nijak się nie zmieniała. Niezależnie od tego, w którym punkcie ekranu znalazła się pomarańczowa strzałka wędrująca pod jego powierzchnią z uporem czegoś, co nie istnieje, jezdnię za oknem wciąż maltretowało popołudniowe słońce i ciągle nie było na niej żadnych pojazdów poza ich wypożyczonym samochodem. Czasami za brzegami asfaltu, niczym drzazgi z nie do końca gładkiej belki drewna, z równiny wyrastały kształty domów albo drzew, by zaraz zniknąć i, na następnym kilometrze, pojawić się na nowo.

Kiedy się ukazywały, Marek, niczym nakręcana lalka, powtarzał:

– Ale co się właściwie stało?

Ona zaś, też jak nakręcana lalka – z tą różnicą, że jej nikt nie nakręcił – milczała. 

Że pojadą do Toledo – wiedzieli już, kiedy planowali te wakacje, i żadne z nich nie przewidywało, co stanie się na kilkanaście godzin przed wyznaczoną na ich trzeci dzień wycieczką. W istocie wszystko to było trudne do przewidzenia, zwłaszcza szczegóły, które jak puzzle połączyły się w wydarzenia poprzedniego wieczora. Granatowy odcień sklepiającego się nad Madrytem nieba; odległość dzieląca czerwone kwadraciki na kracie obrusa w restauracji; smak białego wina, którego butelka, wraz z grzechoczącymi skorupami lodu, pływała w wiadrze na środku stołu; kąt, pod którym prostopadle do kratek obrusa leżał telefon Marka, a on wstał, powiedział, że idzie do łazienki, i go ze sobą nie wziął, nawet nie zablokował… Trudne do przewidzenia było, że ona po ten telefon sięgnie i że otworzy aplikację „Zdjęcia”, i że kilkanaście godzin później będą zupełnie pustą drogą jechali do Toledo.

– GPS zwariował – odezwał się nagle Marek.

Potrzebowała chwili, by uzmysłowić sobie, że to nie jest kolejne: „Ale co się właściwie stało?”, ewentualnie: „Ale co się stało, mała?”.

Nie cierpiała, kiedy mówił do niej: „mała”, jakby chciał podkreślić, że jest od niej dwa lata starszy i w ciągu tych dwóch lat przed jej pojawianiem się na świecie doświadczył tak wiele, że nawet gdyby się bardzo starała, nie dorówna mu w ilości przeżytych chwil. 

– Słucham?

– Zobacz. – Nie zwracając ku niej oczu, podbródkiem wskazał urządzenie.

Spojrzała. Mały ekran nie pokazywał już schematycznie narysowanego świata z perspektywy, z której mógłby go zobaczyć schematycznie narysowany ptak. Zamiast tego jego prostokąt wypełniały dziwne, półprzezroczyste plamy, pod których powierzchnią wyświetlało się menu główne. Marek uderzył w ekran opuszką palca, a gdy to nie przyniosło skutku, trzepnął otwartą dłonią w kant urządzenia. Ekran zgasł.

– Szlag – rozległ się głos Marka.

Wtedy poczuła, że ma ochotę zachichotać i że podoba jej się, iż mu się nie udało; jakby dostał od świata karę za to, co znalazła w jego telefonie poprzedniego wieczora.

Po tym, jak wrócił wtedy z łazienki do restauracyjnego ogródka, nawet tej komórki nie odłożyła. Nie próbowała udawać, że pod jego nieobecność nie wzięła jej i nie znalazła czegoś, co w chwili, gdy wytoczył się na uliczkę w okolicy Plaza Mayor, wyświetlało się na ekranie.  

rysunek Tomasz Pieńczak

Było to zdjęcie pulchnej, przypominającej prosiaka dziewczyny, bez żadnych ubrań, za to o piersiach z ogromnymi, podobnymi trochę do spodków sutkami. Zauważywszy, że Zuzia trzyma w dłoniach jego komórkę, Marek coś wybełkotał, a ona oskarżycielskim gestem uniosła iPhone’a. Przez chwilę miała ochotę spytać, czy może jej to jakoś wytłumaczyć, ale nie zrobiła tego – bo od razu zaczął gadać. 

Na początku z potoku słów, który wylał się z jego ust, trudno było wyłuskać jakikolwiek sens; wreszcie jednak zrozumiała.

Był oburzony. Był zbulwersowany, że wzięła jego telefon bez pozwolenia i że wcale tego przed nim nie ukryła. Gdy zamilkł, udała parsknięcie śmiechem, odłożyła komórkę na stół (kiedy już zmierzała do kamienicy, którą na czas pobytu w Hiszpanii nazywali domem, pomyślała, że powinna tą komórką rzucić, rozbić szklanego iPhone’a, bo czegoś takiego jeszcze nigdy nie robiła, Marek też z pewnością nie) – i wstała. Na jej talerzu wznosiły się żółte kopce ryżu z niedojedzonej paelli.

A kilkanaście godzin później samochód zaczął jechać wolniej, droga zaś wciąż była pusta, pusta i nagrzana. 

– Przyspiesz – odezwała się.

– On sam zwalnia – odpowiedział Marek, nie odrywając wzroku od przedniej szyby.

Tak było: samochód najpierw zaczął z coraz mniejszym apetytem połykać pasy na drodze, a w końcu zatrzymał się, wyrwał jeszcze o milimetr, by się potem o ów milimetr cofnąć – i już był nieruchomy.

Po chwili Zuzia spostrzegła, że coś jeszcze się zmieniło. Ciszy, która wypełniała sterylne, plastikowe wnętrze, nie towarzyszył już szum klimatyzacji. Rozległo się kląskanie przekręcanych kluczyków, ale auto nie odpaliło. 

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl