Wokół książek

Cały ten kram życia

  • autor
  • Andrzej Franaszek
Aby przeglądać po latach swoje kalendarze, trzeba najpierw pieczołowicie je przechować. I to mimo faktu, iż życie, jak w przypadku Zbigniewa Herberta, upłynęło nam w ciągłym ruchu.
Dominik Nawrocki

Na pulpicie mojego komputera trzymam od dawna zdjęcie przedstawiające stronę kieszonkowego kalendarzyka. Z opisami w języku francuskim, tak więc przy dacie szóstego stycznia, który w roku 1959 przypadał na wtorek, znajdziemy słowoÉpiphanie.

Polska tradycja, jak wiemy, dobrze brzmiącą w uchu literaturoznawcy „epifanię”, czyli objawienie, zastąpiła niestety cokolwiek baśniowym terminem „Trzech Króli”. Dobę wcześniej – przypomina kalendarz – przypadał dzień świętej Amelii; przy dacie tej znajdziemy ołówkowy wpis: „12.00 – Ambasada”. Nazwa placówki pisana jest wielką literą, jakby Zbigniew Herbert, właściciel kalendarzyka, podświadomie oddawał kafkowską tonację, która musiała mu towarzyszyć, gdy zmierzał do gmachu przy paryskiej rue de Talleyrand, by kolejny raz prosić o przedłużenie PRL-owskiego paszportu i tłumaczyć, dlaczego właściwie nie wraca do ludowej ojczyzny.

Na stronie kalendarza leży czarna żyletka marki – nomen omen – Gillette. Płaski dowcip kazałby powiedzieć, że przygotowana na ewentualność, gdyby powrót nad Wisłę stawał się nieuchronny, gdyby już teraz trzeba było na nowo – jak to poeta nazwie w znacznie późniejszym wierszu Pan Cogito – powrót– odnaleźć się „w skarbcu wszystkich nieszczęść”. Dlaczego jednak tak naprawdę tam trafiła? Może elegancki, zamykany na zatrzask i oprawiony w czerwoną skórę z wytłoczonym napisem „Air France” kalendarzyk, który trzydziestopięcioletni autorStruny światładostał od Raymondy van Elsen, swej francuskiej kochanki, miał być po prostu schowkiem dla deficytowego męskiego utensylium? Dzięki temu wysokiej jakości ostrze mogłoby bezpiecznie trafić do buraczanego kraju niedoborów, rządzonego przez sekretarza komunistycznej partii nazwiskiem Gomułka. Ofiarodawczyni kalendarza, a może i żyletki, kobieta dojrzała i mądra, była pełna oddania, zapewne i miłości, ale poeta zapomni o niej natychmiast po powrocie do Polski.

Przypominająca z rzadka o sobie „Francuzica” – jak będzie zgryźliwie mówił – stanie się dlań tylko ciężarem. Z pierwszego dwuletniego pobytu na Zachodzie Herbert przywiezie jeśli nie początki poważnej depresji, to przynajmniej zamiłowanie do alkoholu, leczone w otwockim sanatorium kłopoty z wątrobą, trudny do wypełnienia i odwlekany kontrakt naBarbarzyńcę w ogrodzie. A przede wszystkim przekonanie, iż – jakkolwiek artystowsko to zabrzmi – jego prawdziwą kochanką jest poezja i burzliwemu związkowi z nią nie może stanąć na przeszkodzie żadna realna kobieta. Ostatecznie ożeni się, mając dopiero lat czterdzieści i cztery, a i wtedy na jego decyzję wpłynie lęk przed samotnością człowieka walczącego z chorobą psychiczną, z czego zresztą żona będzie zdawała sobie sprawę.

Moglibyśmy ten nostalgicznypassusdopełnić cytatem z wierszaKalendarze Pana Cogito, gdzie bohater przegląda książeczki o pożółkłym nieco papierze, czując się, „jakby spotkał / kogoś dawno zmarłego / lub niedyskretnie czytał / cudze pamiętniki”. W chwili, gdy odnajduje pieczołowicie zakreślone imię jednej z przelotnych towarzyszek życia, dzięki kalendarzowi wie dokładnie, iż „owego pamiętnego dnia / (imieniny ukochanej) / słońce wstało dokładnie / szósta trzydzieści pięć”. Cóż mu jednak z tej wiedzy, gdy samo „wspomnienie / panny / jest mgliste / imię zaledwie / kolor oczu / piegi”. A bieg myśli prowadzi do rosnącej niepewności, bo co prawda „kalendarz informuje dokładnie / że księżyc był w nowiu / i tak było na pewno”, ale – także my doznajemy tego uczucia, wspominając samych siebie sprzed lat, nieledwie już obcych – „czy ona była i on / i ogród i czereśnie”…

 


Aby przeglądać po latach swoje kalendarze, trzeba najpierw – pozwólmy sobie na tę inteligentną uwagę – pieczołowicie je przechować. I to mimo faktu, iż życie – mówię tu już oczywiście o realnym Zbigniewie Herbercie, nie o hipotetycznym podmiocie lirycznym jego wiersza – upłynęło nam w ciągłym ruchu. Na niespokojnym przemieszczaniu się, które symbolicznie można rozpiąć między wygłaszanymi w dzieciństwie pogróżkami, kiedy to Zbyś zdecydowanym krokiem pięciolatka wymaszerowywał z letniskowej willi w stronę lasu, zapowiadając siostrze, że idzie się zgubić; a tęsknotami agonii, gdy nie aż tak stary, ale wyniszczony chorobami poeta, leżąc na łożu śmierci, snuł jeszcze plany wyprawy do Wenecji, ucieczki ostatniej. Gdyby jakiś oddany autor kalendarium podjął się opracowania animacji komputerowej ukazującej dzień po dniu wszystkie wędrówki autoraPana Cogito, zobaczylibyśmy punkt krążący chaotycznie, acz uporczywie, między Warszawą, Krakowem, Paryżem, Berlinem, Monachium i Mediolanem, Bremą i Sieną, Florencją i Pasadeną, Laskami i Londynem.

A mimo to poeta niczego nie wyrzucał, nie niszczył – dźwigał walizy, okładał papierem paczki i ekspediował je do Polski, jakby gromadzone dziesięcioleciami archiwum zastąpić mu miało bardziej namacalną siedzibę. Jakby mieszkał nie w zwykłym domu, a właśnie w tych materialnych śladach wspomnień. I nie dziwi nas oczywiście, że w jednym z późnych, pisanych z perspektywy umierania wierszy (Brewiarz) znajdziemy modlitwę:

Panie, dzięki Ci składam za cały ten kram życia, w którym tonę od niepamiętnych czasów […]

Bądź pochwalony, że dałeś mi niepozorne guziki, szpilki,

szelki, okulary, strugi atramentu, zawsze gotowe karty

papieru, przezroczyste koszulki, teczki cierpliwe, czekające.

Moglibyśmy dodać: dziś czekające na bibliotecznych półkach.

Gdy myślę o przechowywanym w Bibliotece Narodowej archiwum Herberta, a także o jego odpryskach, które znajdziemy w Ossolineum, Maisons-Laffitte, warszawskim Muzeum Literatury czy w nowoangielskiej Beinecke Library, nie jest ono dla mnie w pierwszym rzędzie źródłem wiedzy o tak zwanym procesie twórczym czy genezie tekstu.

rysunekDominik Nawrocki

Poprzez to archiwum, tak samo zresztą, jak paręnaście lat wcześniej poprzez archiwum Czesława Miłosza, próbuję przybliżyć się do – świadomie wybieram to słowo – duszy człowieka, którego chcę zrozumieć, który mnie (co prawda w złożony sposób) fascynuje. Długie zgłębianie zawartości tekturowych teczek czy pudeł – to jeszcze inne pasmo – jest dla badacza także istotnym doświadczeniem egzystencjalnym.

W studiumGorączka archiwumJacques Derrida przywołuje początek szekspirowskiego Hamleta, przypominając, że gdy na scenie „zjawia się widmo zmarłego ojca, Marcellus domaga się od Horacja: «Horacy, przemów do niego, boś uczony»”. I komentuje:

o ile klasyczny uczony nie wierzył w duchy i naprawdę nie …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Kraków–Warszawa, 1 grudnia 2017

FreshMail.pl