Studium

Apokalipsa bez nuklearnego widowiska

Søren Kierkegaard: Zdarzyło się, że kulisy teatru zajął ogień. Na scenę wyszedł klaun, aby poinformować publikę. Ta pomyślała, że to dowcip i zaklaskała gromko. On powtórzył ostrzeżenie. Widownia krzyczała jeszcze głośniej… Zatem sądzę, że nasz świat spotka koniec pośród ogólnego aplauzu kpiarzy, którzy uznają go za żart.
rysunekPiotr Kowalczyk

Na końcu świata, mniej więcej w połowie drogi między Australią a Hawajami, leży wyspa Nauru. Gdy w 1798 roku natknął się na nią brytyjski wielorybnik John Fearn, ujęty jej tropikalnym pięknem i życzliwością mieszkańców nadał jej po prostu nazwę „Wyspy Przyjemnej”. Przez kolejne dekady wysepka dawała schronienie dezerterom z brytyjskiej marynarki i piratom różnych narodowości. W obieg światowej gospodarki została na dobre włączona sto lat później, kiedy na jej niewielkiej powierzchni odkryto bogate złoża fosforytów, czyli skał używanych do produkcji nawozów. Pojawiły się one na wyspie prawdopodobnie dzięki tropikalnemu ptactwu, które zostawiało na niej bogate w fosfor odchody. Zniknęły zaś dzięki kilku korporacjom, które w poprzednim wieku zmieniły niemal całą powierzchnię wyspy w kopalnię odkrywkową. To, co siłami natury powstawało przez milenia, przemysł wydobywczy wyeksploatował w ciągu kilku dekad. Dziś fosforytów na Nauru prawie już nie ma, jest za to księżycowy krajobraz i wspomnienie po spektakularnym bogactwie. 

Na przełomie lat 60. i 70. wyspiarze mieli najwyższy na świecie dochód krajowy na głowę. Na dziesięć tysięcy mieszkańców spłynął deszcz pieniędzy. Niektórzy jednodolarówkami tapetowali mieszkania, inni używali ich zamiast papieru toaletowego. Gazety z całego świata opisywały historię komendanta lokalnej policji, który na wyspę posiadającą zaledwie jedną asfaltową drogę sprowadził żółte lamborghini tylko po to, by przekonać się, że tusza nie pozwala mu zmieścić się za kółkiem. Otyłość okazała się zresztą symptomem poważnych problemów zdrowotnych wielu mieszkańców, ponieważ coraz więcej z nich zaczęło chorować na cukrzycę. Pieniądze, które nie zostały przejedzone, roztrwoniono w nietrafionych inwestycjach. W końcu fosforytu było już tak mało, że jego wydobycie stało się nieopłacalne, a Nauru zostało z trzema tysiącami cukrzyków, zniszczoną powierzchnią i olbrzymimi długami.

Aby wydostać się z finansowych tarapatów, najmniejsza republika świata wynalazła dla siebie nowe powołanie. Zamiast oferować schronienie wędrownemu ptactwu, wyspiarze postawili na migrujący kapitał, a Nauru przekształciło się w raj podatkowy i pralnię pieniędzy. W 2001 roku jego mieszkańcy zdecydowali się na rozwiązanie jeszcze mniej chlubne. Zamiast być bezpieczną przystanią dla rybołówki czarnej, wyspa zaczęła służyć jako więzienie dla niechcianych w Australii uchodźców. Dzisiaj w tzw. obozie przejściowym przebywa ponad tysiąc ludzi internowanych przez rząd w Canberze. Obóz jest przejściowy tylko z nazwy, ponieważ mimo przyznania osadzonym statusu uchodźców i obietnicy, że spędzą tam najwyżej pół roku, wielu z nich siedzi w nim od lat. Jak donoszą organizacje walczące o prawa człowieka, warunki są tam straszne. Aktywiści zarzucają Australii, że celowo stara się utrzymać je na poziomie zagrażającym życiu, aby odstraszać potencjalnych uchodźców. 

Dziś jesteśmy na prostej drodze do wywołania katastrofy ekologicznej już nie na skalę pojedynczej wyspy, lecz całego globu.

„To jest gorsze niż więzienie. Tam przynajmniej wiesz, za co siedzisz i jak długo. Masz szansę na wyjście” – mówi jeden z osadzonych, cytowany w raporcie Amnesty International z 2016 roku. „Myślałem, że uciekłem śmierci. Ale teraz zaczynam myśleć, że lepiej jest umrzeć od kuli, niż być zabijanym powoli, dzień po dniu, przez trzy lata” – mówi inny. 

Nie są to puste słowa: próby samobójcze są w obozie plagą. Jednak zamiast rozwiązać ten problem, rząd Nauru zamyka usta uchodźcom, cenzurując internet i ograniczając dziennikarzom wstęp na wyspę. W miejscu rajskiej „Wyspy Przyjemnej” wyrosło autorytarne państwo-więzienie. A i rybołówka czarna rzadziej się tam pojawia, bo wyspiarze wybili już niemal całą jej populację. 

Nauru jest tak małe, że można je objechać rowerem w półtorej godziny. W tej miniaturze jak w soczewce ogniskuje się pewna prawda o cywilizacji przemysłowej. Analogie rysują sami wyspiarze, i to nie z dobroci serca, a walcząc o przetrwanie. „Jesteśmy tu uwięzieni, z martwą ziemią za plecami i z przerażających rozmiarów powodzią przed oczami” – mówił na konferencji klimatycznej ONZ w 1997 roku Kinza Clodumar, ówczesny prezydent Nauru. 

W 2011 roku kolejny prezydent, Marcus Stephen, pisał na łamach „The New York Timesa”, że historia jego państwa powinna być przestrogą dla reszty świata: „Nie szukam współczucia, tylko próbuję was ostrzec (…) Świat …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

Esej ukazał się w październikowym wydaniu miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (10/1018) pod tytułem "Na końcu świata".

FreshMail.pl