Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Czytaj

Magnetyzm. Fragment książki

To było bardzo upojne lato, jerzyki między budynkami krzyczały tak przejmująco i melancholijnie, jakby ktoś im zapętlił w słuchawkach Hotel California. Gadżet upychała podkoszulki i majtki do wysłużonej czarnej walizki. Spodnie od dresu Loszy Smażonego wisiały malowniczo na poręczy kanapy i pobłyskiwały plamą na kolanie. Jego zaschnięta szczoteczka do zębów została w łazience. Przez telefon powiedział jej, żeby się nie martwiła, że wszystko z nim okej, że w nocy zabrali go nasi chłopcy, że ryje okopy, więc niech jedzie sama. Głos Loszy brzmiał cicho, przepraszająco, w sumie jak zawsze, więc Gadżet nie potrafiła ocenić – prawdę mówi, czy kłamie.

Upychanie ubrań należało do jej supermocy. Dziewczyna była niezmiernie dumna, że tak wiele potrafi zmieścić w walizce, która bywała już i w Odessie, i w Chersoniu, a nawet w Wiedniu. Gadżet dowiodła empirycznie, że oprócz trzech wymiarów istnieje jeszcze czwarty i jakimś cudem mogą w nim znikać upchnięte ciuchy, by następnie – też cudem – wracać. O istnieniu tego wymiaru świadczyła jej walizka. Biedny suwak zacinał się i zgrzytał, a przed śmiercią ratowały go tylko zaciski koloru zgniłej zieleni.

Po akcji „Wiersze dla pokoju” startujemy z projektem „Proza dla pokoju”. To wspólna inicjatywa „Pisma” i wydawców: wydawnictwa Warstwy przy Wrocławskim Domu Literatury oraz lubelskich Warsztatów Kultury z ich serią Wschodni Express. Co tydzień, w wydaniu cyfrowym, będziemy publikować fragmenty książek, zapraszając Was w ten sposób do czytania ukraińskiej literatury. Nieśmy dalej głos niepodległej Ukrainy.

Ale, niestety, Gadżet nie miała mocy przywracania ludzi z czwartego wymiaru. Losza przepadł dwa dni temu. Wyszedł zabrać resztki towaru ze swojego straganu na przydworcowym bazarze: jakieś spławiki, haczyki, żyłki. Zadzwonił dopiero wczoraj wieczorem. Dziwne, bo nie na jej telefon, tylko na starą „babciną” nokię służącą im do rozmów z babcią Loszy, która miała innego operatora, mieszkała na Osiedlu Październikowym i zabił ją pocisk. Tamtego dnia Głafira Pietrowna (tak nazywała się starsza pani) wstała właśnie ze swojej sofy i poszła do kuchni pogłośnić wiekowy kołchoźnik. Pocisk zdążył już rozchylić płatki stabilizatorów i szybował, lekko pogwizdując, wśród najwyżej latających ptaków, powoli zmniejszając wysokość. Gdyby miał oczy, mógłby zobaczyć zachwycający krajobraz: słońce wstawało nad wielkim miastem, przedzierało się przez dym ulatniający się z demonicznych kominów, barwiąc smog na czerwono, schlapywało farbę na obrośnięte rzadkimi drzewami wierzchołki hałd górniczych, pobłyskiwało w oknach wyższych pięter nowych budynków, które górowały nad starymi i oblazłymi sześcio- i dziesięciopiętrowymi blokami. Pocisk dojrzałby też odległą linię horyzontu z ledwie widocznymi wstęgami dróg i zielonymi lasami, dym w okolicach lotniska, pierzaste chmury…

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki. Skorzystaj z oferty

Ale nie miał oczu, przebił więc najpierw cienką warstwę lepkiej, rozgrzanej papy, następnie żelbetonowy strop strychu, uszkodził rurę centralnego ogrzewania, nastraszył gołębie na piętrze technicznym, ostatnim wysiłkiem przełamał opór kolejnej warstwy betonu, by wreszcie z łoskotem upaść na zapadniętą, jeszcze ciepłą sofę, z której przed chwilą wstała babcia Głafira. Nie eksplodował jednak – od trzydziestu lat leżał w magazynie, więc wybuchanie było ponad jego siły, chociaż, zapewne, bardzo by tego pragnął.

Gadżet poznała całą historię tego pocisku, gdy tylko przytknęła dłoń do jego korpusu. Długo wieźli go kiepską drogą, a kiedy otworzyli skrzynię, trafił w ciepłe ręce Wasyla, który zaciągnął się na ochotnika w Bojarce pod Kijowem, gdzie oczekiwała go trójka dzieci i kłótliwa żona. Wasyl przyłożył pocisk do pokrytych prochem obnażonych piersi. Zimny metal na kilka chwil dotknął jego brązowych brodawek. Potem trafił do mechanizmu ładunkowego haubicy D-30 wyprodukowanej w 1978 roku. Czterdziestoośmioletni Mykoła spod Chersonia (zostawił warsztat samochodowy w garażu oraz pasiekę z piętnastoma ulami) szybko dokonał obliczeń, dotykając tablicy strzelniczej pożółkłym od tytoniu palcem, a Paweł z Popasnej pociągnął za uchwyt mechanizmu odpalającego, trochę już nadżarty przez rdzę. Z domu Pawła nic nie zostało, cały spłonął.

Ale babcia Loszy nie umarła tamtego dnia, tylko dopiero po tygodniu. Dostała złośliwego nadciśnienia tętniczego, a ponieważ wszystkie szpitale były przepełnione, odesłano ją do domu. Losza przywiózł ją białym moskwiczem 412 wyprodukowanym w 1976 roku, kupionym jeszcze przez świętej pamięci dziadka, i zaniósł na swoich ramionach na ostatnie, dziesiąte piętro, gdzie było jej mieszkanie. Winda nie działała już drugi miesiąc.

Pocisk wciąż leżał na sofie otoczony wianuszkiem kawałków betonu i sztukatury oraz drobinek białej farby. Ze stabilizatorów została bezkształtna kupa żelastwa. Jednak sofa pozostała prawie nietknięta, choć spod obicia wyłaziła gdzieniegdzie lepka od upływu czasu poliuretanowa wyściółka.

Starsza pani długo krzyczała w kuchni. Zabroniła Loszy dwóch rzeczy: nie mógł dotykać pocisku i przewieźć jej, Głafiry, do jego i Gadżet domu. Nie lubiła Gadżet. Loszy zresztą też. Lubiła swoje samotne życie w jednopokojowym mieszkanku z dużą kuchnią: prawie osiem metrów. Losza pościelił jej tam stare łóżko polowe, a dziurę w suficie salonu zasłonił kawałkiem dykty. I tak sobie mieszkali przez siedem dni: pani Głafira, rocznik 1929, i pocisk haubicy D-30 wyprodukowany w fabryce amunicji w obwodzie swierdłowskim Rosyjskiej Federacyjnej Republiki Radzieckiej w 1980 roku. Babcia przeważnie leżała, bo kiedy próbowała wstać, kręciło jej się w głowie. Pocisk też leżał cicho i spokojnie, bo jego głowa mogła eksplodować w każdej chwili.

Gadżet przyniosła zupę w litrowym słoiku i purée z kotletem w plastikowym opakowaniu. Kiedy pani Głafira jadła i krzyczała, że Gadżet to fatalna gospodyni, bo w kotlecie jest za dużo chrząstek, dziewczyna zajrzała do pokoju zajmowanego przez pocisk. Stała przez chwilę w drzwiach, potem podeszła: w jakiś dziwny sposób pocisk ją przyciągał, tak jak wszystkie przedmioty z metalu. Położyła dłoń na jego chłodnej, wypalonej i odrapanej powierzchni.

Pocisk miał trafić w wieżyczkę czołgu T-72, który wczoraj przekroczył ukraińską granicę od strony niewielkiego rosyjskiego miasteczka Gukowo wraz z kolumną podobnych mu pojazdów z zamazanymi wcześniej na chybcika numerami bocznymi. Teraz strzelał od czasu do czasu i manewrował w rejonie donieckiego lotniska zbudowanego przed trzema laty na Euro 2012. Ale jakaś siła zamiast przyciągnąć pocisk do wieżyczki – odepchnęła go od niej. Odskoczył, jakby mieli z czołgiem jednakowe bieguny. A może potrafił odczuwać wstręt?

Po zniknięciu konkubenta Gadżet wykonała kilkadziesiąt telefonów do dowódców, szukała Aleksieja Smażki w przepełnionej kostnicy i w szpitalach, też pełnych zabandażowanych smutnych ludzi w najrozmaitszych mundurach i dresach.

Ma się rozumieć, poszukiwania rozpoczęła od opuszczonego krytego bazaru. Wszystkie metalowe stragany były zatrzaśnięte jak muszle małży przed nadejściem sztormu. Wiatr unosił między nimi białe i różowe woreczki oraz fragmenty ogłoszeń.

Gadżet musnęła dłonią chropowatą konstrukcję straganu pomalowanego białą emulsją i od razu zrozumiała, że Losza tu był: pozostawił ślad ciepłej dłoni, którą dotykał chłodnego metalu każdego dnia, kiedy rano zdejmował kłódkę, jedną ręką podtrzymując papierowy kubek z kawą, między swoim okrągłym ramieniem i równie okrągłą głową ściskając mały telefon komórkowy, do którego czasem krótko coś mówił. Gadżet nie zobaczyła odcisku dłoni Loszy, nie. I nie odczuła jego dziwnego ciepła, nie mogło zostać tu na tak długo. Choć przecież jego dłonie zawsze były gorące, nawet w największy mróz. Wiedziała jednak, że tam, na czteromilimetrowym metalu, pozostał ślad jej współlokatora i konkubenta, a może „chłopaka” czy „partnera”, z którym mieszkali razem już od siedmiu lat.

Tego śladu nie dało się pomylić z niczym innym. Kłuł ją w koniuszki palców i był jak podpis na pasku magnetycznym jej karty. Tak, Losza tu był. Otwierał kiosk, a potem zamknął. Nie tak dawno temu – upłynęło nie więcej niż trzy godziny od czasu, kiedy zaczęła dzwonić i tutaj przybiegła.

Gadżet próbowała się dodzwonić. Na początku słyszała sygnał, potem już tylko: „abonent jest nieosiągalny”. Nie mogła spać, w jej uszach dwie noce grała muzyka i podawano wiadomości, jakby Gadżet była detektorem kryształkowym. Nie pamiętała, kiedy ostatnio działo się z nią coś podobnego. Chyba jeszcze w szkole, kiedy bardzo się denerwowała i nie mogła zasnąć przed egzaminami wstępnymi. Na granicy snu zaczynała odbierać audycje radiowe. Ale jeżeli urodziłeś się na Donbasie, w dodatku wkrótce przed Czarnobylem (radioaktywny uran, cez i stront zdążyły się tu rozpełznąć, jeszcze zanim przyjęli cię do przedszkola) to wiesz, że nie takie cuda mogą się dziać.

Gadżet wierzyła, że wszystkie rzeczy na świecie się przyciągają, o ile faktycznie potrzebują się wzajemnie. Na początku, po tym jak naoglądała się w telewizji różnych dziwaków, spróbowała przyczepić sobie do piersi łyżkę – i łyżka posłusznie do nich przylgnęła.

Potem Gadżet obwieszała się aluminiowymi widelcami z gwarnej szkolnej stołówki: mogła przyczepić ich do siebie ze dwadzieścia. Choć nie były magnetyczne, doskonale przylegały do jej skóry. Ale bawiła się tak przeważnie w ciepłych porach roku – zimą wszelkie żelastwo wydawało się okropnie zimne. Odtąd stała się dla wszystkich Mariczką Gadżet. Była to epoka kreskówki Chip i Dale, więc imię myszki złotej rączki przylgnęło do niej równie mocno, jak lgnęły łyżki i widelce. Tym bardziej, że miała na nazwisko Gajdarenko. Maria Gajdarenko. Mariczka Gadżet.

Z przysposobienia do pracy każdy chłopak przynosił jej kilka podkładek, śrubek – a wszystko to posłusznie lgnęło do jej dłoni. Chłopcy, niczym narzeczeni, ofiarowywali jej coraz to większe nakrętki-obrączki – śmiała się i nakładała je na palce. A oni mówili: „Coś ty, głupia? Nie tak!”. Wzdychała więc, zdejmowała nakrętki z palców i przystawiała je do dłoni – metal lgnął posłusznie. Wyciągała ręce przed siebie i wymachiwała nimi przed oczami chłopaków, a ci wybałuszali oczy, demonstrując w ten sposób zdziwienie, i mówili „tosiękurwatrzyma”. Chciała nawet pojechać do Moskwy i wystąpić w telewizji, ale powiedzieli jej, że mają już kolejkę ludzi, którzy mogą utrzymać na piersiach żelazko i hantle, więc pani wybaczy. Na piersiach Gadżet ani żelazko, ani hantle się nie trzymały. Nie obrażała się więc na ludzi z telewizji.

Stopniowo wszystko zeszło na psy, uległo zapomnieniu, została tylko ksywka. Po ukończeniu szkoły Gadżet zademonstrowała swoje magnetyczne zdolności tylko raz, w domu, kiedy rodzice znów pojechali na saksy do rosyjskiego Magnitogorska: tym razem łyżka przylgnęła między niewielkimi piersiami Gadżet. Nagimi. Przed nią stał nieco zdziwiony wysoki student trzeciego roku, bez koszuli i spodni, spod jego pach dolatywał zapach potu, wargi wykrzywiły mu się w głupkowatym uśmieszku. Podniósł do oczu aparat typu „mydelniczka” i pstryknął.

Gadżet ocierała czoło dłonią, z impetem upychając w walizce zwinięte w kulki skarpety. Z oddali przez pozaklejane na krzyż okna dobiegł odgłos wybuchu. Gadżet wzdrygnęła się i usiadła, szyby w oknach zadrżały.

Postanowili opuścić Donieck zaraz po pogrzebie Głafiry Pietrowny. Świeżych grobów na cmentarzu kopalni Kapitał, gdzie pochowano męża Głafiry, było coraz więcej. Wokół sąsiedniej świeżo usypanej mogiły zebrali się ludzie w ciemnozielonych mundurach ze śmiesznymi gumowymi ochraniaczami na kolanach i łokciach. Jakby ubrali się w dziecięce kombinezony. Nagle usłyszeli serię z karabinu – Gadżet mimowolnie krzyknęła, a Losza pociągnął ją w stronę moskwicza.

– Losza, musimy wiać.

– Że co? – odwrócił się do niej, a jego okrągła morda wyrażała zdziwienie i niezrozumienie.

– Nie chcę tam leżeć! Nie chcę, żebyś ty tam leżał! – Gadżet zaczynała histeryzować.

– Może rozejdzie się po kościach – odwrócił się i patrzył spode łba na ulicę. – Do nas nie dolatuje. Okna dopiero co pozaklejałem.

– Jasne, taśma klejąca powstrzyma artylerię! – szlochała Gadżet.

– Resztki towaru wyprzedam i w drogę – burczał pojednawczo Losza, patrząc jej w oczy, ale zapłakała jeszcze głośniej. – A może do domu zabiorę. Ile tam tego zostało…

Ludzi na stypie było niewielu: sąsiadka Agata, starsza, krótko ostrzyżona kobieta o polskich korzeniach (siedziała sztywno i mówiła mało, tylko przytakiwała) i przyjaciółka Gadżet Tania Tarapatko ze swoim tykowatym synem Nikołajem, wcinającym klopsiki jak Pac-Man.

– Sukinsyny jedne! Faszyści! – syczała z przekąsem i nienawiścią Tania, wydłubując wykałaczką kawałek mięsa, który utknął jej między przednimi zębami. – Cywilów bombardują. Bóg wszystko widzi! Doczekają się! Bóg im jeszcze pokaże!

Losza patrzył na Tanię zamroczonymi alkoholem oczami i tylko kiwał głową. Już dawno zdjął koszulę i siedział przy stole w nowym, białym podkoszulku, kupionym przez Gadżet na przydworcowym targowisku. Mógł sobie na to pozwolić, wszyscy tu od dawna dobrze się znali. Agata pracowała jako pielęgniarka w ambulatorium przy kopalni, a obecnie była na emeryturze i opiekowała się obłożnie chorą dziewięćdziesięcioletnią mamą. Jej zmarły ojciec, górnik, dostał kiedyś mieszkanie na Osiedlu Magistralnym, więc teraz Gadżet i Losza płacili Agacie sto dolarów czynszu miesięcznie – tanio, jak dla swoich. Agata mieszkała z mamą trzy piętra pod Głafirą Pietrowną.

Mama Loszy i rodzice Gadżet zgodnie z oczekiwaniami nie przyszli, nie chcieli się nawzajem oglądać. Nawet śmierć babci Głafiry tego nie zmieniła: Gadżet była kurwą, bo na portalu Kontakty.com rozeszła się fotka jej nagich piersi z przyczepioną łyżką, w dodatku miała tatuaż. I piercing. Mama Gadżet narzekała z kolei, że Loszy nie zstąpiły jądra, więc Gadżet skazana jest z nim na bezdzietność. A tato Gadżet tylko klął pod nosem i pił wódkę z piwem. Świętej pamięci teściowej mama Loszy też nienawidziła, co nie przeszkadzało im w posiadaniu wspólnych poglądów na temat skurwienia się Gadżet. Na pogrzeb jednak nie przyszła, rzuciwszy słuchawką po tyradzie: „Wiesz, drogi synku, jak wiele dla mnie znaczysz. Chcę dla ciebie jak najlepiej! Ale noga moja nie postanie w pobliżu tej kurwy, z całym szacunkiem dla twojej babci! Niech jej ziemia lekką będzie!”. Poza tym już nie raz życzyła mamie swojego byłego męża, by czym prędzej zdechła, bo to właśnie ona podjudziła go do rozwodu. W rzeczywistości każde z nich znalazło zręczną wymówkę do wzajemnej nienawiści. Krewni Loszy i Gadżet też mieli jednakowe bieguny: wszyscy się doskonale odpychali.

Cóż, stypa nie była zbyt wesoła, nawet pod koniec. Gadżet spuściła głowę i w milczeniu grzebała łyżką w eklerkach na deser. Tania przyniosła całą reklamówkę. Losza siedział przy stole jak chiński budda, z okrągłą czerwoną mordą, wychylał kolejne kieliszki wódki, a po każdym wydawał się jeszcze bardziej przybity. Gadżet poczuła nagle, że chce go przytulić, przywrzeć nosem do jego miękkiego, okrągłego ramienia i pochlipywać. Nie z powodu babci Głafiry, a dlatego, że za oknem tak przejmująco krzyczą jerzyki.

Dawniej Losza pracował w Alczewsku. Był murarzem w hucie żelaza: układał ognioodporną szamotową cegłę wewnątrz wielkich pieców. Tam też przylgnął do niego przydomek Smażony. Nie tylko z powodu nazwiska Smażko, lecz również przez to, że zawsze miał gorące dłonie i niewielki stan podgorączkowy: 37,2–37,3. Właściwie w niczym mu to nie przeszkadzało, oprócz tego, że musiał przekonywać nowe lekarki, że nie warto pobierać mu krwi do badania. Kiedy przeprowadzili się do Doniecka, zaczął sprzedawać na miejscowym bazarze rozmaity sprzęt wędkarski. Zdarzały się sezony, kiedy całkiem nieźle zarabiał. Gadżet to w sumie pasowało. Raz czy dwa razy w roku wyjeżdżała, zazwyczaj sama, bo latem Losza miał „sezon”, a Tania sugestywnie radziła jej zrobić sobie dziecko na boku, „póki nie jest za późno”. Przy okazji zasłużyłaby sobie wreszcie na honorowy tytuł „kurwy”.

Nadchodził wieczór, pocisk leżał niezmiennie na sofie w sąsiednim pokoju. Nikt nie miał odwagi tam wejść, oprócz Nikołaja, wszędobylskiego syna Tani. Chwycił pocisk za ogon kadłuba, ale puścił natychmiast, usłyszawszy z kuchni ostrzegawczy krzyk matki. Zrobił głupawą minę, kiedy Tania z przekleństwem na ustach wpadła do pokoju. Chciał się wyślizgnąć, ale mama mocno chwyciła go za wątłe przedramię i zasyczała, strzykając śliną. Miała szeroko otwarte oczy, akcentowała każde słowo, jakby chciała wcisnąć je prosto do głowy bezradnie skurczonego syna:

– Szczególnie niebezpieczne są miny, pociski oraz granaty z czasu wojen światowych! Nieostrożność może doprowadzić do uruchomienia ich detonatorów! Procesy chemiczne mogą wywołać przemianę energii potencjalnej w energię kinetyczną i spowodować samoczynny wybuch! W razie wykrycia takich przedmiotów należy ogrodzić miejsce znaleziska i wezwać odpowiednie służby. Pod żadnym pozorem nie wolno ich dotykać!

– Ale nie ogrodziliśmy, mamo! I nie wezwaliśmy nikogo… – piszczał Nikołaj.

Tania w odpowiedzi zawyła tak donośnie, że, wydawało się, pocisk mógł ulec detonacji od samego jej krzyku.

Czwórka dorosłych piła wódkę w pokoju obok, a pociski, kule i odłamki z granatników od czasu do czasu przelatywały za oknem. Nie było w tej części Doniecka naprawdę bezpiecznego miejsca, które można by ogrodzić, zakreślić kredą czy zabezpieczyć w inny sposób, żeby urządzić tam sobie spokojne, codzienne życie. Trwała stypa w czasie lokalnej wojny. Zrozumienie, że ten czas różni się od pokoju, że to, co się dzieje, to właśnie ona – wojna, wymagało czasu. Dlatego pocisk był dla nich jak gość, piąty przy stole. Tylko że mu nie nalewano i nie proponowano przekąsek.

Gadżet poznała Tanię, kiedy podjęła pracę asystentki w Katedrze Ochrony Pracy. Tarapatko wykładała tam obronę cywilną i miała jedną supermoc – znajdowała dobra deficytowe. Teraz na przykład ciasteczka, w sklepie takich nie kupisz – piekarnie i cukiernie były po kolei zamykane. W długie zimowe wieczory Tania lubiła słuchać rosyjskiego więziennego szansonu na głośnikach od komputera, kiedy zostawały na uczelni tylko we dwie z Gadżet. Siedziały obok siebie przy dwóch ostatnich jako tako sprawnych komputerach o pożółkłych monitorach. Wklepywały plany zajęć, raporty, sprawdzały dzienniki obecności i zszywały do kupy całą brudną kancelaryjną robotę. Zbliżała się sesja zimowa. Tania słuchała swoich piosenek i zanosiła się płaczem, przeszkadzając koleżance w pisaniu. Gadżet ją pocieszała.

Tania opowiadała pikantne historyjki o swoim byłym i uważała Gadżet za naiwną kretynkę, która nie rozumie życia. Gadżet o tym wiedziała. A jednak Tania odnosiła się do niej chyba lepiej niż do kogokolwiek innego. Innych nienawidziła, choć bardzo sprytnie podlizywała się kierownikowi katedry Igorowi Piotrowiczowi. Dla Gadżet przyjaźń z Tanią była niczym wchodzenie do klatki z drapieżnikiem i wychodzenie z niej bez uszczerbku na zdrowiu. To doświadczenie muskało jej nerwy i paradoksalnie podwyższało samoocenę. Tani podobała się jej uniwersytecka ksywka – Tarapatko.

Ich katedra na Uniwersytecie Handlowym nie była uznawana za dojną, mieli tylko prawo zaliczyć albo nie zaliczyć. Ale „niezaliczony” nie dopuszczał do egzaminu, więc ten, kto wagarował lub miał więcej niż trzy „n”, przychodził i dawał w łapę. Tania nauczyła Gadżet nie psuć rynku, nie zgadzać się na kwiatuszki i cukiereczki.

– Najważniejsza jest twoja reputacja! – pouczała ją, ocierając łzy, które zawsze wywoływał w niej utwór Szufutyńskiego o trzecim września, dniu rozstania. – Jak się wszyscy dowiedzą, co dajesz w zamian za bombonierkę, stoczysz się niczym pociąg wysadzony przez partyzantów! Zdany egzamin i święty spokój muszą kosztować nie mniej niż trzydzieści dolarów amerykańskich! U ciebie. Bo dopiero zaczynasz. Ja biorę pięćdziesiąt od łebka. To też niedużo, ale siedzę w tym biznesie dłużej. Marne grosze – donośny głos Tani nieoczekiwanie przycichł: – Igor Piotrowicz wynajmuje salę sportową na orgie świadków Jehowy. A za zaliczenie bierze stówę. Mamy więc o co walczyć. Mnie na przykład zawsze imponowały uczelnie medyczne, ceny są na nich zupełnie inne. I perspektywy. Ale tam trzeba nienawidzić ludzi, mieć ich gdzieś: student jako worek z kasą, tfu! Ja tak nie umiem, Gadżet! Ja jestem dobra kobieta! A tam biorą po sto pięćdziesiąt! Wiesz przecież, dlaczego co miesiąc oddajemy Franklina. Wszystko idzie do tych na górze! A potem jeszcze wyżej. Do ministerstwa. A ci dzielą się z rządem. A na samym szczycie stoi prezydent! To znaczy stał. Bo teraz, po tym jak tamci poskakali sobie po Majdanie, wyrabia się nie wiadomo co, dziecino! – Tania podkreślała w ten sposób swoją wyższość nad Gadżet, bo była od niej starsza o siedem lat. – Nie ma żadnego porządku. Pieniądze zbierają dalej, a do kogo teraz idą? Kto się nachapie naszym kosztem?

– Ale teraz już chyba nie idą do Kijowa – wzruszyła ramionami Gadżet.

– To jeszcze gorzej, bo kto nas obroni w razie czego?

– Przed kim obroni, Taniu?

– Co?! Jak możesz nie rozumieć, tępa dzido? – Tania przycisnęła jej do czoła spoconą dłoń. – W działaniu systemu kluczowa jest jego wszechobecność! Jeżeli jej nie ma, to wkrótce wszystkich nas stąd wygonią i przyjmą swoich. A my zdechniemy z głodu pod płotem. Jak te psy.

Pewnego razu Gadżet podarowała Tani broszkę-motylka – z części do radzieckiego zegarka – i kolczyki-słoneczka z kół zębatych. Zrobiła je sama. Tania podziękowała, ale nigdy ich nie nosiła. Matki nie noszą w pracy plastelinowych ozdób wykonanych przez ich dzieci.

Wkrótce, zanim to wszystko się zaczęło, Tania powiedziała Gadżet w tajemnicy, że jednak przenosi się na Katedrę Ochrony Pracy w Instytucie Medycznym. „Pięć zielonych kafli, Gadżet. W domu pieniędzy nie zostało żadnych. Chyba kredyt wezmę czy co?”. I wtedy Gadżet pożyczyła Tani tysiąc dolarów z ich wspólnych z Loszą oszczędności. Smażony nie protestował.

Gdy udało jej się wreszcie spakować walizkę, Gadżet pchnęła drzwi balkonowe i stanęła we wnęce: w uszy uderzył ją krzyk jerzyków, które miotały się między budynkami, jakby też śpieszyły się na samolot i zbierały ostatnie rzeczy. Na regale przy ścianie bocznej nie było ani jednej wolnej półki: zajmowały je półprzeźroczyste skrzynki. Na każdej był napis zrobiony flamastrem: „tekstolit”, „ścinki”, „koła zębate&miedź”, „skóra”…

Gadżet wyjrzała z balkonu – na północy, w okolicach lotniska, ku niebu wciąż unosił się dym.

Oczywiście Gadżet nie mogła zabrać wszystkiego. Liczne mechanizmy zegarowe i kółeczka zębate, pudełka z cymofanem, różnego rodzaju ozdoby i części do wyrobu biżuterii, miedziane i posrebrzane druty, szpilki i skórzane paski… – to za wiele nawet jak na czwarty wymiar jej walizki. Losza przywiezie moskwiczem. Albo Agata wyśle kurierem – oby tylko było dokąd.

Gadżet wyciągnęła z samego spodu plastikowe pudełko i znalazła w nim szeroką, skórzaną bransoletkę z miedzianymi nitami i mosiężne okulary, które założyła jeszcze tej wiosny na imprezę. „Czy będzie następna?” – pomyślała, i włożyła okulary do walizki.

Losza nie kłamał. Ślad magnetyczny na metalu ogrodzenia był słaby, ale Gadżet zdołała wyczytać, że przechodził tędy z dwoma innymi ludźmi – na metalu odbiło się namagnesowanie ich karabinów. Jeden z tych ludzi urodził się w rosyjskim Kraju Krasnojarskim, w drewnianym domku z omalowanymi błękitną farbą rzeźbionymi deskami wokół maleńkich okien. Całe dzieciństwo nosił w kieszeni nóż zrobiony z brzeszczotu do piły i taśmy izolacyjnej. Drugi był z Doniecka i jeszcze niedawno pracował w milicji, ale otrzymał ofertę, która wydała mu się bardzo korzystna, a teraz zaczynał żałować, że ją przyjął.

Gadżet palcami wyczuwała miejsce, gdzie zniknął ślad magnetyczny na ogrodzeniu. Pozostał tam zamiast niego wyraźny ślad wielkiej masy. To mógł być samochód, ale Gadżet nie potrafiła odgadnąć, jakiej marki. Smażonego zabrali prosto z bazaru, to jasne.

Wczoraj Gadżet siedziała w kuchni i patrzyła na swoje odbicie w czajniku ze stali nierdzewnej, który stał na stole: dość krótko ostrzyżone włosy, pofarbowane na rudo, proporcjonalne uszy gęsto poprzebijane kolczykami, twarz nieoczywistego kształtu – raczej podłużna niż okrągła. Narysowane wysoko nad oczami brwi, oczy trochę wyłupiaste. Ale pewnie tylko tak się wydaje przez opuchłą powierzchnię tego okropnego czajnika. Wszystkiemu winien jest czajnik. Nos cienki, niemal prosty, lewa dziurka przebita srebrnym kółeczkiem, wargi żywe, ruchliwe, Gadżet z przyjemnością patrzy na ich odbicie, kiedy mówi. Spod kołnierza bluzki widać nawet kawałek tatuażu na jej szyi. To napis po łacinie: Finis vitae, sed non amoris. Zobaczyła go w artykule z kolorowego czasopisma i zamówiła u znajomego mistrza tattoo, Wasi. Tania mówiła, że Wasia to ciota, ale Gadżet wiedziała, że wcale nie, bo kiedy robił tatuaż, kilka razy usiłował ją objąć i szeptał jej do ucha, że może zacząć ją pieścić w każdej chwili – trudno mu się powstrzymać. Gadżet tylko chichotała: „Mówisz tak każdej klientce!”. Była to reakcja obronna: przecież Wasia miał w ręku igłę, a pod ręką jej szyję.

Odczepił się, ale nie uspokoił.

– A co ja tu dziaram? „Oddam się mojemu tatuażyście”?

– Nie, to znaczy: „Nie rusz jej, bo zginiesz! I już nigdy nie zaznasz miłości!”

O tak! Jest raczej wyrafinowana niż prosta, interesująca, a nie pospolita, „jakaś taka artystka” – jak mówi Tania. Tarapatko siedziała za obdartym biurkiem naprzeciwko niej i siorbała herbatę ze szklanki, jednej z tych, które Gadżet kradła kiedyś w podróżach. Ale Tańka, wiadomo, ma ich w domu ze dwa razy więcej.

Z pokoju dobiegało chrumkanie: to Nikołaj pożerał kolejną paczkę chipsów.

– Do jakiej znowu Iczkerii? Na co mi Czeczenia? Jasne, że do Kijowa! Tam też są normalni ludzie! – Tania kontynuuje przerwaną rozmowę. Jeszcze minutę temu przekonywała Gadżet, że Czeczeńcy to bardzo mili ludzie. Spotkała ich na posterunku kontrolnym, przy granicy strefy okupowanej. Nie to, co tamci ukraińscy mściciele i faszyści, którzy przetrząsnęli jej cały bagaż.

W końcu, kiedy już dała upust swojemu oburzeniu, Tania zapytała:

– A jak rodzice?

Gadżet wzruszyła ramionami i westchnęła:

– Mama zaczęła stękać, że jest bardzo chora, wszystko ją boli, a ojciec od razu o robocie: że we wsi nie ma, i że jak tu dalej żyć… Myślę, że wytrzymają ze mną może tydzień, nie dłużej. A ja z nimi

jakieś dwie godziny.

– Przypomniała mi się twoja opowieść o magnetofonie na koniec roku szkolnego – zachichotała Tania: – „Na co ci taki prezent, skoro i tak kasetę przewijasz ołówkiem, palcem słuchasz muzyki?” – zerknęła na przybitą Gadżet. – W Kijowie wynajęłam dwójkę. Miałam fart. Pokój wprawdzie przechodni, ale możesz się u mnie przekimać nockę albo dwie.

Gadżet również skłaniała się ku myśli, że Kijów to jednak lepiej niż Rostów nad Donem czy Moskwa. Był bliższy, bardziej zrozumiały, wynajęcie mieszkania kosztowało tam nie tak dużo, rodzice mimo wszystko pozostawali blisko, droga nie taka daleka, zima nie taka zimna. Zresztą, ludzie tam swoi, niezależnie od wszystkiego, co wygaduje Tania.

Gadżet umiała doskonale odróżnić, kiedy człowiek mówi sam za siebie, a kiedy przez człowieka przemawia telewizor. Odzwyczaiła się od oglądania telewizji, jeszcze kiedy studiowała na Politechnice Donieckiej. Interesowały ją wtedy podróże autostopem, pływanie w morzu, student trzeciego roku, no i, rzecz jasna, wszystko, co majstrowała z kół zębatych i miedzianych drutów. Z jeszcze większym zainteresowaniem przeprowadzała eksperymenty społeczne. Na przykład w marszrutce – ciemnym busie marki GAZ Gazela – lub w rozklekotanym trolejbusie mogła westchnąć i powiedzieć cicho: „Co oni zrobili z tym krajem!”. A potem tylko śledziła gwałtowną burzę mózgów, poglądów, które wybrzmiewały niczym z niewielkich telewizorów przyczepionych ludziom do ramion zamiast głów:

– Doskakali się na tym całym Majdanie!

– Żyć było nie umierać, a teraz co mamy robić?

– Doskakali się, że dolar skoczył, że ho, ho, a kredyty z czego mamy oddawać?

– To nic, nasi chłopcy popędzą tę swołocz aż do Berlina!

Opinia telewizora to prawda objawiona i niepodważalna. Ale czasem zdarzał się ktoś, kto miał czelność głośno nie zgadzać się z ogółem. Pewnego razu odezwał się wysoki jasnowłosy młodzieniec, żwawy i ładnie ubrany – był jak czarna owca w tym starym trolejbusie, wypełnionym po brzegi emerytami:

– Ludzie na Majdanie skakali, żeby nie zmarznąć, bo były silne mrozy – zaczął z dużą pewnością siebie i nieco pobłażliwym uśmiechem. – A protestowali nie narkomani i zdrajcy, tylko ludzie tacy jak my! – Tego, co mówił dalej, nikt już nie słyszał, bo jego słowa zagłuszył wrzask i rechot pasażerów. Ucieszyła ich możliwość publicznego wyśmiania samotnego wroga, który niespodzianie znalazł się na wyciągnięcie ręki.

Kobieta około sześćdziesiątki pomachała mocnymi rękoma, zmrużyła oczy i zasyczała złowieszczo:

– Faszyyysta!!! Zaraz zadzwonię, gdzie trzeba! Szybko wbiją ci tam rozum do głowy!

Ktoś zaczął bić pięścią w poszarpaną przegródkę kabiny kierowcy i pokrzykiwać:

– Skręcaj! Dawaj prosto na komendę! Dywersanta ujęliśmy w trolejbusie!

Młodego człowieka zaczęto ciągnąć za ręce i popychać. Bronił się:

– Nie rozumiecie czy co?! Nasza gospodarka jest w ruinie, dolar podskoczyłby tak czy inaczej! Zaraz po wyborach!

– My nie rozumiemy, a ty rozumiesz, tak? Takiś mądrala, co? – sunął na niego groźnie potężny staruszek. – A kosę pod żebro być chciał, gnido? – w jego dłoni zjawił się błyszczący śrubokręt.

– Co z wami, ludzie! Dostaliście wścieklizny czy co? – krzyknęła Gadżet. – Przepraszam, pozwólcie wysiąść! – chwyciła rękę młodego człowieka i z całej siły pociągnęła go za sobą do drzwi – otworzyły się, wypadli na przystanek, starzec ze śrubokrętem splunął za nimi. Trolejbus odjechał, a oni usiedli na ławce i próbowali uspokoić oddech.

– Nigdy nie kłóć się z telewizorem, słyszysz? – powiedziała mu Gadżet. – To nie ma sensu.

– Ma sens – nie zgodził się. – Ale dziękuję ci bardzo. Jesteś na Facebooku?

– Mam męża.

Roześmiał się:

– Chciałem cię zaprosić na nasze spotkanie.

– Tajny zjazd faszystów?

– Nie, wieczór poezji rewolucyjnej. Przyjadą poeci z Kijowa.

– O Boże – Gadżet pokazała z przerażeniem na jego koszulę.

Okładka "Magnetyzmu" Petro Jacenko.
Petro Jacenko, „Magnetyzm”, Wydawnictwo Warstwy

– Co takiego?

– Krew.

– A niech to!

– To moja wina.

– Twoja?

– To ja powiedziałam „co oni zrobili z tym krajem”. Lubię obserwować ludzkie reakcje, rozumiesz…

Zapadło milczenie. Miał dołek w brodzie, twarz o regularnych rysach, z której biło zdecydowanie, modną fryzurę, sportową sylwetkę, drogie levisy. Gadżet pomyślała, że jakby nie Losza, mogłaby schrupać takie ciacho.

– A gdzie tam – powiedział wreszcie pojednawczo – to ja nie powinienem jeździć trolejbusami. Muszę odebrać auto z serwisu – obrócił w palcach breloczek z okrągłym emblematem i trzema literami: BMW.

Beemka – pomyślała bezwiednie Gadżet. – Beemka.

Gadżet wróciła z balkonu i spojrzała na spakowane rzeczy. W walizce zostało jeszcze kilka centymetrów kwadratowych wolnego miejsca. Stanęła z rękami na biodrach i obejrzała wszystko dokładnie. Nagle wzdrygnęła się i głośno zaklęła. Gdzieś niedaleko znów dał się słyszeć wybuch, zadrżały zaklejone taśmą okna. Gadżet pobiegła do kuchni i zdjęła z lodówki mapę Ukrainy – każdy z obwodów tego kraju i Autonomiczna Republika Krymu były odrębnymi magnesami. Dzieciom i dorosłym, którzy przychodzili do nich w gości, bardzo podobała się ta mapa-puzzle. Często rozkładali i składali ją na lodówce, gubiąc niekiedy któryś z obwodów lub nawet cały półwysep. A potem znajdowali te części gdzieś pod lodówką i bardzo się cieszyli. Gadżet odczepiła wszystkie magnesy, złożyła je starannie do różowego woreczka i wepchnęła do walizki.

darowizna na rzecz fundacji pismo

W szafce kuchennej było opakowanie krakersów, spory woreczek z owsianką, dwie paczki spaghetti, kilka konserw (tuńczyk, szprotka, tuszonka wieprzowa), dwie tabliczki gorzkiej czekolady, jego ulubionej. Pięć tysięcy hrywien schowanych w torebce między skrzydłami starej ramy okiennej, on wie. Stary moskwicz, zatankowany do pełna, z zapasowym kanistrem benzyny, czeka na Loszę w zardzewiałym garażu.

W porządku. Można jechać. Jerzyki też odlatują na zimę, razem ze swoją nostalgiczną muzyką. I wcale im nie wstyd, nie mają wyrzutów sumienia, że emigrują. Niby dlaczego miałyby mieć?

Przełożył Marcin Gaczkowski

Fragment pochodzi z książki Magnetyzm Petra Jacenki wydanej przez Wydawnictwo Warstwy. Cały dochód ze sprzedaży tej i innych książek ukraińskich autorek i autorów przeznaczony zostanie na rzecz pomocy ofiarom wojny w Ukrainie. Zachęcamy do zakupu. Więcej informacji o akcji znajduje się TUTAJ.

Logo WDL i Wydawnictwa Warstwy

Cykl Proza dla pokoju realizujemy wspólnie z Wydawnictwem Warstwy przy Wrocławskim Domu Literatury oraz lubelskimi Warsztatami Kultury z ich serią wydawniczą Wschodni Express.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00