Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Czytaj

Zapomnienie. Fragment książki

O jego śmierci informowała z pewnym opóźnieniem cała bez wyjątków prasa ukraińska. Umarł Wiaczesław Lipiński. Lipiński nie żyje. Niepowetowana strata. Nareszcie. Lipińskiego znali wszyscy. Bez niego będzie o wiele trudniej. A może łatwiej? Na pewno mniej ciekawie, bo nikomu nie pozwalał się nudzić. Wraz z Lipińskim odeszła ukraińska szlachetność. Ten zwariowany gruźlik. Odludek. Już od lat nikt go nie widział. Ale wszyscy czytali to, co pisał. A pisał dużo. Nieraz po dziesięć listów dziennie. Czy ktoś w ogóle potrafił rozszyfrować te jego kulfony? Czy do kogoś dotarło, co tak naprawdę chciał powiedzieć? Bali się go, bo wymagał od ludzi godności, twierdził, że jest ich obowiązkiem. Komu to potrzebne? Właśnie tak, nikt go nie lubił, wszyscy tylko znosili. I odetchnęli z ulgą, kiedy umarł. Wrogowie Lipińskiego wysmażyli pochwalne nekrologii. Zaopatrzyli się w nie już na długo przedtem. Wszyscy czekali na jego śmierć. Aż dziw bierze, że nie umarł wcześniej.

Wyniesiono go z domu na rękach. Samochód, mający przetransportować chorego do sanatorium, czekał na podwórzu.

– Czy ujrzę jeszcze to wszystko? – zapytał sam siebie, spoglądając w stronę budynku.

Po akcji „Wiersze dla pokoju” startujemy z projektem „Proza dla pokoju”. To wspólna inicjatywa „Pisma” i wydawców: wydawnictwa Warstwy przy Wrocławskim Domu Literatury oraz lubelskich Warsztatów Kultury z ich serią Wschodni Express. Co tydzień, w wydaniu cyfrowym, będziemy publikować fragmenty książek, zapraszając Was w ten sposób do czytania ukraińskiej literatury. Nieśmy dalej głos niepodległej Ukrainy.

– Ujrzy pan, nie z takich rzeczy już pan wychodził – odparła gosposia Lipińskiego fräulein Julia Rosenfelden.

On mówił po ukraińsku, ona po niemiecku. Po wielu latach komunikacja między nimi była już niemal idealna. Rozumiała go najlepiej ze wszystkich żyjących, potrafiła rozpoznać aktualny stan jego zdrowia tylko na podstawie głębokości i tempa oddechu. Analizowanie oddechu Lipińskiego fascynowało gosposię, stało się jej hobby, umiejętnością, którą niestrudzenie doskonaliła i szlifowała na marginesie prac domowych, czyszczenia odzieży czy pucowania obuwia, którego Lipiński już od lat nie miał na nogach. Fräulein nazywana była powszechnie Fin Julí. Starsza od swego chlebodawcy o pięć lat, nigdy nie wyszła za mąż, była posiwiałą blondynką o ciętym języku, a jednak sprawiedliwą i pełną miłości. Mawiała:

– I dokąd pan się tak śpieszy? Proszę oddychać wolniej. Raaaz, dwa. Wdeeech i wydech.

Zniecierpliwiony Lipiński opędzał się od niej jak od muchy.

– Cieszę się, że w ogóle jeszcze oddycham, proszę zostawić

mnie w spokoju!

Wdeeech i wydech. Wdeeech i wydech.

Lipiński usiłował ujarzmić swoje płuca, a właściwie tę ich część, która – jak mniemał – nie była jeszcze całkiem podziurawiona. Fin Julí otwierała więc na oścież okna, a zimny górski wiatr wdzierał się do schludnie uprzątniętego pokoju z dużym łóżkiem pośrodku. Łóżko już od dawna służyło Lipińskiemu za gabinet. Z okna widać było pokryte śniegiem alpejskie szczyty. Lipiński zamykał oczy i oddychał. Raaaz, dwa. Wdeeech i wydech. Dwie godziny. Trzy godziny. Jakby bujał się w kołysce rozciągniętej między dwoma górskimi wierzchołkami, ponad głęboką doliną. Jego jeszcze zupełnie czarne wąsy z wolna pokrywały się szronem.

Na podwórzu stała również córka Lipińskiego Ewa. Przyjechała tu specjalnie z Krakowa, kiedy dowiedziała się o zawale serca. Nastąpił pod koniec maja, lekarz jechał sześć godzin, bo w górach panowała straszliwa niepogoda, mętne wody niosły ociosane przez skały pnie młodych drzew, ściekając rwącymi strumieniami z wysokich partii i rozmywając nawet solidne drogi, nie mówiąc już o wąskich ścieżynkach. Lipiński bardzo się denerwował. Fin Julí stała przy oknie, a on, niczym dziecko, pytał co kilka minut:

– Idzie?

– Jeszcze nie, ale już niebawem.

– W tym stanie – pokrzykiwał – nie mogę sobie pozwolić na tak długie oczekiwanie doktora.

Zapadła decyzja o wyjeździe do sanatorium. Lipiński odsprzedał swe archiwum Andrzejowi Szeptyckiemu, metropolicie ukraińskiego Kościoła greckokatolickiego, aby za uzyskane środki opłacić drogi pobyt w Wienerwaldzie. Za archiwum – listy, rękopisy, notatki, nieopublikowane artykuły i materiały do nich – otrzymał kilkaset dolarów. Miało to wystarczyć na początek. 

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki. Skorzystaj z oferty

Lipiński już od dziecka szykował się na śmierć, ale właśnie teraz, kiedy była tuż-tuż, w czterdziestej dziewiątej wiośnie życia, naraz ze wszystkich sił zaczął się przed nią bronić. Nie chciał umierać. Kiedy myślał, że nikt go nie obserwuje, burczał pod nosem: „Gdyby tak jeszcze kilka lat”. Dobrze byłoby to i owo dopisać, z tym i owym się spotkać, to i owo zrobić. Wykończyć wrogów politycznych. Tych miał Lipiński pod dostatkiem. Spędzić kilka dni z córką. Może pojechać z nią nad morze, tak jak kiedyś z jej matką? Szkoda tylko, że te bryzy tak mu szkodzą. Bryzy i bizy – oto jego zabójcy. To wiatr zniszczył zdrowie Lipińskiego. Rozpoznawał go po zapachu. Według zapachu wiatru określał godzinę. Wiatr, który wieje o piątej rano, pachnie inaczej niż ten, który zastąpi go o szóstej. Jego zapach będzie już ostrzejszy, bardziej świeży, jak poranne mydło. Lipiński rozróżniał wszystkie rodzaje wiatru, bo to właśnie wiatr przeganiał go przez całe życie coraz to dalej i dalej, czyniąc w końcu zakładnikiem pewnej niewielkiej krainy, w której po rozpadzie imperium nikt z własnej woli nie zechciałby zamieszkać. Zimne północno-zachodnie bizy wymiotły Lipińskiego z Genewy, gdzie przez rok studiował socjologię, one też, do spółki z potężnymi wiatrami zachodnimi, wywiały go z Wiednia, gdzie niemal rok był ambasadorem Państwa Ukraińskiego, na którego czele stał hetman Pawło Skoropadski, wreszcie to wiatr stał się przyczyną wyjazdu z Berlina, gdzie Lipiński, przekonany, że „monarchia oświecona” to dla Ukrainy jedyna dopuszczalna forma ustroju politycznego, usiłował wyciszyć dworskie intrygi i przypomnieć emigracyjnemu kandydatowi na ukraińskiego monarchę o jego hetmańskim majestacie. Genewa, Wiedeń, Berlin. Osłuchując jego płuca, lekarze każdorazowo kręcili głowami i radzili wyjeżdżać jak najdalej. Podmuchy wiatru wygnały Lipińskiego z jego życia i skazały na dożywotnie więzienie na tym cudownym, lecz przecież znienawidzonym, przedgórzu austriackich Alp. Styria. Trzy kilometry do stacji kolejowej. Pół godziny pociągiem do Grazu. Pięć godzin pociągiem do Wiednia. Poczta Tobelbad. Badegg.

Dom w Badegg lub, jak sam go nazywał, sterbehaus, „domek na śmierć”, kosztował zupełnie niewiele, raptempięć i pół tysiąca szylingów, czyli osiemset dolarów, ale dla Lipińskiego, który już od dawna zadowalał się dwudziestoma dolarami na miesiąc, nawet i to było sumą niebotyczną. Pomógł pewien mecenas z Kanady i brat Lipińskiego Stanisław. Lipiński zrezygnował w zamian z wszelkich zakusów na ojcowski majątek we wsi Zaturce nieopodal Łucka na Wołyniu. Gospodarował tam obecnie Stanisław, znakomity hodowca roślin (wyselekcjonował nowe gatunki pszenicy i ziemniaków). Starszy brat Lipińskiego Włodzimierz był lekarzem i mieszkał w Łucku, posiadał pierwszy w mieście automobil. Ale ogółem rodzina Lipińskich nie dysponowała wielkim majątkiem. Była to polska szlachta średniego szczebla utrzymująca się na powierzchni tylko dzięki dobremu wykształceniu i roztropnej gospodarce.

Brat Stanisław też przyjechał, gdy usłyszał o zawale. Nieco stracił formę, urósł mu brzuch, rysy twarzy straciły ostrość – zdarza się to zwykle szczęśliwie ożenionym poczciwcom, a był takim niewątpliwie. Wynosząc Lipińskiego z domu, przymawiał mu łagodnie:

– Mówiłem ci, Wacławie, że nie warto kupować domu w takiej głuszy. Czemuś nie mógł sprowadzić się do nas, do Zaturców? Tam miejsca pod dostatkiem, przyroda cudna, wiatru prawie nie ma, Maria i dzieci byliby radzi, wiesz, jak bardzo cię lubią…

– Ne nazywaj mene Wacławom! – chrypiał w odpowiedzi Lipiński. Brat i córka mówili po polsku, on – po ukraińsku. 

Zdanie to – „Nie nazywaj/nazywajcie mnie Wacławem” – Lipiński wziął sobie za oręż, gdy skończył dziewiętnaście lat. Wrócił wówczas z kijowskiego gimnazjum do Zaturców na ferie zimowe. Przy obiednim stole zebrała się cała rodzina. Lipiński słuchał w milczeniu miejscowych nowości, mundurek gimnazjalny wybitnie mu pasował, podkreślając smukłą, choć nieco przygarbioną i nazbyt chuderlawą figurę, gęste i czarne jak smoła włosy miał zaczesane do tyłu na gimnazjalną modłę.

– Wacławie, jak idzie nauka? – zapytała wreszcie matka Klara Lipińska. Wszyscy spojrzeli na niego, a im dłużej trwało milczenie, tym silniej narastała ciekawość obecnych. Wanda, siostra, Stanisław oraz Włodzimierz wpatrywali się pilnie w brata. I tylko ojciec Kazimierz Lipiński z właściwą mu beztroską zajadał ze smakiem pysznego kotleta. Lipiński nieśmiało odchrząknął. – Wacławie? – Klara wciąż jeszcze czekała na odpowiedź. I wtedy Lipiński po raz pierwszy wypalił ze swej nowej broni, nielegalnej, tej, którą później jeszcze wielokroć przyjdzie mu wyjąć z kabury w obronie własnej.

– Ne nazywajte mene Wacławom! Wiaczesław, tak mene zwaty. Ojciec omal nie udławił się kotletem. Matka wydała z siebie jęk. Bracia i siostra wymienili znaczące spojrzenia. Ich Wacław mówił do nich po ukraińsku, a tego języka (choć to nie żaden język, raczej wiejski dialekt, mieszanka polskiego i rosyjskiego) rodzina Lipińskich nigdy dotąd nie słyszała z ust wykształconego człowieka, a chyba tylko pośród miejscowej biedoty.

– Czy wydarzyło się coś, o czym powinniśmy wiedzieć? – zapytała Klara Lipińska, ze wszystkich sił próbując zachować spokój. Była niepozorną, lecz władczą kobietą.

– Uważam się za Ukraińca – cicho, niemal bezgłośnie, warknął świeżo upieczony Wiaczesław.

Powoli rozwiewała się jego pewność siebie. Coraz bardziej się garbił. Klarze Lipińskiej w końcu puściły nerwy:

– Jaki z ciebie Ukrainiec?! Polakiem jesteś, synu! Wszyscyśmy Polacy z dziada pradziada!

Lipiński milczał, zwiesiwszy głowę. Było jasne, że się nie zgadza i zgadzać nie zamierza, ale brakuje mu jeszcze odpowiednich argumentów do dania odporu. Zawsze tak robił, milczał, by zyskać możliwość dobrego przygotowania się do napaści. Klara Lipińska, jak nikt inny, znała tę właściwość swego syna, a teraz targała nią bezsilna złość. Zawsze taki był – niepewny, słabowity neurastenik, a teraz, no proszę, już całkiem postradał zmysły.

Uroczysty obiad na tym się zakończył. Wszyscy rozeszli się po swoich kątach, naburmuszeni i źli. A nocą spadło nadzwyczaj dużo śniegu. Lipiński leżał w pokoju i wpatrywał się w sufit, bał się, że dach załamie się pod tym ciężarem, a jego samego zasypią białe zwały, jak ziemia w świeżo wykopanej mogile. Później jeszcze nieraz ogarniać będzie go uczucie, że spoczywa na samym dnie, gdzie nie ma nic prócz zimna i samotności. Tam, od wewnątrz, dno zdaje się jeszcze głębsze, niż jest naprawdę, bezdenne – to już nawet nie dno, tylko niekończące się spadanie, a Lipiński rozpaczliwie wznosi ręce ku górze, by chwycić się czegokolwiek, niewidzialnej poręczy, byle tylko się zatrzymać.

Jego decyzja o podjęciu studiów rolniczych w Krakowie nieco rozładowała napięcie w rodzinie. I choć uprawa ziemi interesowała wówczas Lipińskiego nie bardziej niż damska moda kapelusznicza, dla młodego mężczyzny z jego pochodzeniem i pozycją wykształcenie rolnicze było nader racjonalnym wyborem: właściciele ziemscy winni wiedzieć, co czynić ze swymi hektarami. A gdzież jeszcze mógłby pobierać nauki młody Polak, jeśli nie w Krakowie? Jeszcze wyjdzie na ludzi, łudziła się Klara Lipińska, Wacław to mądry chłopak, po prostu się buntuje. 

Brat Stanisław roześmiał się, słysząc dobrze mu znane i dawno już przebolałe: „Ne nazywaj mene Wacławom”.

– Masz słuszność – powiedział – nigdy nie wyrósł z ciebie przyzwoity Wacław.

Dziś, w roku 1931, ich konflikt światopoglądowy stracił na ostrości. Stanisław, nazywając brata Wacławem, robił to umyślnie, dla żartu, trochę się z nim drażniąc. Kiedy już wszystko się stało, wszystkie wojny były skończone, a wszystkie bitwy zostały przegrane, imiona miały najmniejsze znaczenie. Nie było już powodów do kłótni. Zostały tylko dziury w płucach.

Raaaz, dwa. Wdeeech i wydech.

Wsiedli do samochodu. Fin Julí też jechała do sanatorium. Lipiński nie wyobrażał sobie bez niej codziennego życia. Miała poprawiać mu poduszki, pertraktować z lekarzami, czytać na głos prasę, w nocy podawać wodę, kłaść na czole dłoń i mówić: „Wszystko w porządku, temperatury nie ma”. To Fin Julí musiała wsłuchiwać się w urywany oddech i orzekać, czy Lipiński jeszcze żyje. Nieraz sam w to powątpiewał – wówczas wystarczyło spojrzeć na Fin Julí, a gosposia uspokajająco kiwała głową, jakby chciała powiedzieć: „Proszę się nie martwić, żyje pan jeszcze”.

Szofer uruchomił silnik. Była siódma rano. W drodze mieli spędzić jakieś cztery, pięć godzin. Na drewnianych schodkach domu pozostał wieloletni wierny sekretarz i sługa Lipińskiego Sawur-Cyprianowycz. Machał ręką na pożegnanie. Niewysoki, rudowąsy człowieczek mniej więcej w tym samym wieku co jego chlebodawca. Pochodził gdzieś spod Kijowa, choć nikt w żadnej encyklopedii nie znajdzie informacji o miejscu jego urodzenia. Człowiek widmo. Człowiek cień. Mieszkał razem z Lipińskim przez ostatnie jedenaście lat, po tym, jak z zajętego przez bolszewików Kijowa uciekł do Wiednia pociągiem towarowym. Znał tylko jeden adres – hotel Bristol, Ring 1 – i wiedział, że mieści się tam siedziba ukraińskiego ambasadora.

Przyszedł i stanął w holu pod oknem. Portier nieufnie zmierzył przybyłego wzrokiem.

– Ja do pana ambasadora Lipińskiego – oznajmił Cyprianowycz, ale portier potrząsnął głową.

– Pan ambasador złożył swój urząd i obecnie wybiera się do nowego mieszkania. Poza tym jest ciężko chory i dajcie mu wreszcie święty spokój.

Cyprianowycz zmieszał się, ale odchodzić nie zamierzał, bo nie miał dokąd. Portier powtarzał ciągle to samo:

– Proszę sobie iść, zostawić go w spokoju, tu nie ma na co czekać, zleciały się sępy na żer.

– A kto jest teraz ambasadorem Ukrainy? – zapytał zrozpaczony Cyprianowycz.

Portier wściekł się nie na żarty:

– A skąd ja mam to wiedzieć, dobry człowieku?! Mnie się pan pytasz?!

W tym momencie do holu wszedł Lipiński: ostry, przystrzyżony wąs, włosy czarne i gęste, szewelura elegancko zaczesana, oczy duże i nienaturalnie żywe na tle mizernego ciała. Przy wejściu oczekiwała na Lipińskiego dorożka, która miała odwieźć go na leczenie do sanatorium. Fin Julí wydawała dyspozycje woźnicy.

– Panie Lipiński! – zawołał Cyprianowycz i zamilkł przestraszony, bo nie wiedział, co ma powiedzieć dalej. Lipiński przystanął i spojrzał na Cyprianowycza pytająco.

– Proszę o radę, dokąd mam się udać, panie Lipiński.

– A kim pan jest?

– Mychajło Petrowycz Sawur-Cyprianowycz.

– Mówiłem mu już, że tu nie ma na co czekać – wtrącił się portier.

Lipiński zaniósł się kaszlem. Fin Julí wręczyła mu białą chusteczkę z czerwoną naszywką „W. Lipinski”.

– A co pan potrafi? – zapytał nagle.

– Jestem sekretarzem – wymamrotał smętnie Cyprianowycz.

– Pracowałem dla Dyrektoriatu, w kancelarii Ministerstwa Oświaty. Ewakuowano nas z Kijowa przed miesiącem.

– Jakie pan zna języki?

– Znam niemiecki, francuski i rosyjski.

– A ukraiński pan zna?

– To mój ojczysty język.

– Proszę odwiedzić mnie za miesiąc w sanatorium w Baden. Jeżeli dojdziemy do porozumienia, zostanie pan moim sekretarzem. Właśnie kogoś szukam.

Cyprianowycz podziękował, a w jego oczach pojawiły się łzy oddania, które otarł rękawem nędznego, wyświechtanego surduta. Już z progu Lipiński dorzucił:

– Czy ma pan się gdzie zatrzymać?

– Nie mam, panie ambasadorze.

– Nie jestem już ambasadorem, proszę nazywać mnie Wiaczesławem Kazimierowiczem. – Następnie szepnął coś portierowi, wyszedł z hotelu i wsiadł do dorożki.

– Miałeś szczęście – burknął do Cyprianowycza portier i polecił udać się za nim – to po prostu dobry człowiek, więc wszyscy to wykorzystują. Takich jak ty goniłbym na cztery wiatry. Zleciały się sępy na żer.

Miesiąc później wszystko było już uzgodnione, a Cyprianowycz niezwłocznie wstąpił na służbę. O różnych porach otrzymywał różne zadania. Obok bezpośrednich obowiązków sekretarza wykonywał ciężkie prace domowe, w razie nagłej potrzeby chodził po lekarza (nieraz kilka razy w ciągu jednej nocy), witał na dworcu gości i woził ich na górę furmanką. A jeszcze Cyprianowycz korespondował w imieniu Lipińskiego z tymi, którzy samemu Lipińskiemu zdawali się nieinteresujący. Odpowiedzi kompilował z dawniej napisanych listów: do samowolnego fantazjowania, mimo wielkiej pokusy, nie miał prawa. Spotykał się z dawnymi przyjaciółmi Lipińskiego w Wiedniu, wypytywał ich o obecne życie, a później szczegółowo relacjonował wszystko pryncypałowi. Zdarzało mu się nieco przekłamywać, koloryzować, czasem nawet przemilczeć czyjąś śmierć. Wynagrodzenie Cyprianowycza wynosiło dwa dolary miesięcznie plus wikt i dach nad głową. Od czasu do czasu Lipiński przyznawał mu dodatkowe premie, ale Cyprianowycz przeważnie odmawiał ich przyjmowania, widząc, że samemu pracodawcy nie wystarcza na leczenie. Cyprianowycz był zdrów, nigdy wiele nie potrzebował.

Jedynym jego problemem były bolące zęby. Czasem Lipiński opłacał sekretarzowi dentystę, bo w tej okolicy tę rolę pełnił zwykły internista, który o zębach wiedział tylko tyle, że przestają boleć, kiedy się je wyrwie.

Ich roboczy poranek wyglądał następująco. Fin Julí wchodziła do pokoju i otwierała na oścież okno, żeby Lipiński mógł rozpocząć zabiegi oddechowe – „leczenie powietrzem”. Cyprianowycz pytał rzeczowo:

– Dziś będzie pan pisać samodzielnie, czy też dyktować? Pytał tylko pro forma – Lipiński od dawna nie brał do ręki choćby ołówka. Jego kulfonów nikt później nie był w stanie rozszyfrować, nawet on sam.

– Dyktować. 

I Cyprianowycz wnosił do sypialni swego bożka i idola – swoją maszynę do pisania. Gotów był oddać za nią życie. Maszyna karmiła Cyprianowycza jak krowa galicyjskich chłopów. Ostrożnie stawiał ją na stole, a sam siadał i rozcierał dłonie niczym chirurg przed skomplikowaną operacją.

– Jestem gotów, Wiaczesławie Kazimierowiczu. Ile dziś listów?

– Jeden. Ale proszę sporządzić dwie kopie. Proszę również, panie Cyprianowycz, nie przekręcać tego, co mówię, nie poprawiać moich, w pańskim mniemaniu, błędów. Proszę pisać, jak dyktuję.

– Ale ukraińskie słowo „zakinczennia” piszemy przez dwa „n”, potwierdzi to każdy, kogo pan zapyta. Lipiński opędzał się nerwowo.

darowizna na rzecz fundacji pismo

– A pisz pan sobie, jak chcesz, do diabła z panem, i tak zrobisz pan, jak zechcesz. Przyjaciele nieraz zawiadamiali mnie, że pański maszynopis różni się od listów napisanych moją ręką i że czasem nie poznają mnie w korespondencji.

Cyprianowycz nauczył się nie reagować na te wyrzuty. Przez lata służby miłosiernie wybaczał Lipińskiemu takie łamańce językowe, jakich nie zdzierżyłby żaden szanujący się sekretarz. „Chłopołapski”, dajmy na to. Cóż to za słowo?! I co to niby znaczy?! „Zagrożenie chłopołapskie” – i możesz to sobie rozumieć, jak ci się podoba. Albo: „bezwłasnopaństwowość”. I śmiech, i grzech! Ale Cyprianowycz był cierpliwy, zaciskając zęby, wystukiwał nawet gorsze niedorzeczności.

– Do Iwana Kreweckiego – Lipiński wymieniał godność adresata i czekał, aż sekretarz wybije na maszynie zwyczajowy nagłówek: Badegg, Poczta Tobelbad, Austria.

Zza okna przenikała zawieja, wąsy i brwi Lipińskiego powoli stawały się białe. Wdeeech i wydech.

– Wielce Szanowny i Drogi Panie Iwanie! – zaczynał nieśpiesznie dyktować. – Z okazji świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku ślę Panu najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności. Dziękuję Panu za Pańskie dobre słowa oraz za pamięć. Jednego tylko z Pańskich życzeń pojąć nie umiem: powrotu do kraju ojczystego. Komu ja i na cóż w kraju tym potrzebny jestem? – Cyprianowycz zwalniał tempa, jemu też robiło się zimno. – Nie, otóż mam nadzieję, że Bóg Miłosierny, przynajmniej u kresu, wybawi mnie od styczności z ukraińskim społeczeństwem, któremu oddałem wszystko, co tylko miałem, a które odpłaciło mi się najcięższą, jaka tylko być może, zniewagą dla człowieka honoru. Ani jeden głos nie zabrzmiał w mojej obronie, gdy wystąpiła przeciw mnie szumowina, co to dziś, na ruinach, obrasta w pióra. Pióra – „pirria”, podwójne „r”.

– Wiem, że podwójne – oburzał się Cyprianowycz. – Nie musi mi pan tego mówić, Wiaczesławie Kazimierowiczu.

– Pan wybaczy, pan wybaczy, ja tak z przyzwyczajenia. Kontynuuję. Ukraina moja umarła. Nie mam do czego i do kogo wracać. Podpis: Umarły umarłym.

– Umarły umarłym? I cóż to za podpis? Pan przecież jeszcze żyje.

– Proszę po prostu pisać tak, jak mówię.

Cyprianowycz ustępował.

– Umarły umarłym. 30 grudnia 1931 roku. Ze szczerym poważaniem, Pański Lipiński.

Następnie Lipiński prosił, by zostawić go samego. W przedpokoju było słychać jego płacz.

Okładka książki Zapomnienie.
Tania Malarczuk, „Zapomnienie”, Wydawnictwo Warstwy

Odprowadzając ruszający do sanatorium samochód, Cyprianowycz nie domyślał się, że widzi swego chlebodawcę po raz ostatni. W przeciwnym wypadku jakoś by się przygotował. Może by go uściskał? Nigdy nie okazywali sobie czułości, ciągle się handryczyli, a przecież darzyli się wzajemnym szacunkiem i nie umieli bez siebie obejść. Pewnego razu, po kolejnej „ortograficznej” sprzeczce, Cyprianowycz tak się rozeźlił, że złożył nawet wymówienie i demonstracyjnie wyjechał do Wiednia w poszukiwaniu nowej pracy. Przesiedział u ich wspólnego znajomego Andrija Żuka dwa tygodnie, ale nie doczekawszy się od Lipińskiego listu z przeprosinami, wrócił. Lipiński bez słowa przyjął go z powrotem. List z przeprosinami zresztą napisał, tylko nie wiedział, na jaki wysłać go adres. Jest jedna fotografia, na której są razem. Lipiński w swej nieśmiertelnej huzarskiej kurtce i z laską w ręku, Cyprianowycz w dwurzędowej flanelowej koszuli w skośną kratę, kolorów nie widać, bo zdjęcie jest czarno-białe. Siedzą ramię w ramię przed domem w Badegg, w tle – cudze dzieci, pewnie brata Stanisława. Jest ładna pogoda. Na werandzie stoją kwiaty w donicach. Obaj mężczyźni są drobni, wychudli, dość wąscy w ramionach. Lipiński patrzy w obiektyw, Cyprianowycz gdzieś na bok. Jajowata głowa, całkiem już łysa potylica, ściągnięte brwi. Cyprianowycz – człowiek widmo. Nikt w żadnej encyklopedii nie znajdzie informacji o jego dalszym życiu. Nikt nie wie, co się z nim stało później. Wraz z Lipińskim umarł i on.

Jedyne, co Cyprianowycz po sobie zostawił, to króciutki, ale bardzo szczegółowy, bez mała fizjologiczny, opis ostatnich dni życia swego pryncypała. Po roku wydrukowało go pewne lwowskie czasopismo. Cyprianowycz informuje, że podróż do sanatorium minęła szczęśliwie, Lipiński był wesół i pełen nadziei. W sanatorium od razu wstrzyknięto mu kamforę. Nazajutrz, po szczegółowych badaniach, Fin Julí zapytała lekarza, czy jest jakakolwiek nadzieja, ten zaś pokręcił głową i odpowiedział, że Lipiński przyjechał tu umrzeć. Gosposia nie potraktowała słów lekarza zbyt poważnie, bo słyszała to już nieraz. Brat i córka po długotrwałych rozmowach z chorym wyjechali. Lipiński wstawał już tylko rano, by umyć się na siedząco. Gosposia czytała mu niemieckojęzyczną prasę. Cały czas był zupełnie przytomny. Stale powtarzał, że musi jeszcze przeżyć kilka lat, mówił coś o morzu i o soli, wspominał swoją żonę, z którą po rozwodzie w 1919 nigdy już więcej się nie widział. Gosposia umówiła wizytę księdza, który miał go wyspowiadać, na co Lipiński wyraził zgodę, ale także zdziwienie, zapewniając, że wcale aż tak źle się nie czuje. O ósmej wieczorem, po kolejnym zastrzyku kamfory, skarżył się, że jest bardzo zmęczony i chce spać. Gosposia poprawiła poduszki. Zasnął. Spał z otwartymi oczami. Oddychał, jak zawsze, krótko i często. Fin Julí drzemała obok w fotelu. Około pół do jedenastej usłyszała głęboki wydech. Policzyła do pięciu. Wdechów już więcej nie było.

Przełożył Marcin Gaczkowski

Fragment pochodzi z książki Zapomnienie Tanii Malarczuk wydanej przez Wydawnictwo Warstwy. Cały dochód ze sprzedaży tej i innych książek ukraińskich autorek i autorów przeznaczony zostanie na rzecz pomocy ofiarom wojny w Ukrainie. Zachęcamy do zakupu. Więcej informacji o akcji znajduje się TUTAJ.

Logo WDL i Wydawnictwa Warstwy

Cykl Proza dla pokoju realizujemy wspólnie z Wydawnictwem Warstwy przy Wrocławskim Domu Literatury oraz lubelskimi Warsztatami Kultury z ich serią wydawniczą Wschodni Express.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00