Esej

Lęk i olśnienie

  • autor
  • Leszek Koczanowicz
Żyjemy w czasach permanentnego angor animi, radykalnej przemiany i niepewności tego, co nadejdzie. Niemal w każdej dziedzinie życia stoimy na progu przeistoczenia, którego zwiastuny staramy się rozpoznać.  
rysunekHanna Pyrzyńska

Medycyna przyzwyczaiła nas do wielu terminów, które mają nazywać stany ciała i duszy wymykające się jasnemu określeniu, ale jednak istotne dla praktyki medycznej.

Pojawiają się one na pograniczu nauki i praktyki, opisując ulotne zjawiska, które lekarze rejestrują, ale które nie poddają się ścisłym regułom diagnostyki. Medycyna, jak często się obecnie podkreśla, niezależnie od jej zaawansowania technologicznego, jest domeną opowieści, zarówno pacjentów, jak i lekarzy. Z jednej strony opowiadamy ciągle historie, nadając w ten sposób sens naszym działaniom i myślom, z drugiej – obawiamy się, że same te historie nie są dostatecznie przekonujące, że powinniśmy odwołać się do twardych faktów, a nie tylko pogrążać się w fabułach.

To balansowanie na pograniczu faktów i konfabulacji widoczne jest jasno w kategorii angor animi. Medycy, którzy wprowadzili tę kategorię do obiegu naukowego, podkreślają, że nie oznacza ona lęku przed śmiercią czy pragnienia śmierci; pacjent po prostu jest przekonany, że umiera. Badacz tego zjawiska, brytyjski lekarz i epidemiolog John A. Ryle tak sumuje swoje rozważania opublikowane w 1928 roku na łamach „Guy’s Hospital Reports”: „Jakaż dziwna musi to być siła, która może pobudzić, i to z niezwykłą intensywnością, świadomość bliskości zdarzenia, jakiego nigdy wcześniej się jeszcze nie doświadczyło, a jednak tak często bezradna wobec nadchodzącej śmierci”. Wiele opisów tego syndromu to historie o pacjentach, którzy trafiają do szpitala oderwani od codziennych zajęć, z przyjęć urodzinowych albo bankietów z jasnym poczuciem, że ich życie się kończy, i błagają lekarzy, żeby ich ratowali. Często okazuje się, że pacjenci trafnie odczuwali swój stan i rzeczywiście znajdowali się w stanie terminalnym. Dlatego w artykułach publikowanych w pismach medycznych zwraca się uwagę, że angor animi może mieć duże znaczenie diagnostyczne.

Kultura lęku nowoczesnego, jak każda formacja kulturowa, zakrywa to, co mogłoby zagrażać jej stabilizacji. Stąd obsesja autorefleksji, która jest z góry skazana na niepowodzenie, gdyż nie dotyka istoty problemu, jakim jest skrywany lęk.

Podobne odczucie w skali społecznej też może mieć znaczenie diagnostyczne. Czy powszechne obecnie przekonanie o życiu w okresie schyłku pewnej formacji kulturowej samo w sobie nie ukazuje osobliwości świata społecznego? W analizach późnej nowoczesności socjologowie podkreślają dwie osiowe cechy tej epoki. Jest ona okresem skrajnej niepewności, zarówno w wymiarze jednostkowym, jak i społecznym. Niepewność ta jest ujmowana w kategorii społeczeństwa ryzyka, wprowadzonej przez niemieckiego badacza Ulricha Becka, który przekonująco pokazuje, że ryzyko wpisane jest w każde właściwie działanie jednostki, od zbiorowych przedsięwzięć po związki intymne. Po drugie, epoka nasza jest określana mianem refleksyjnej nowoczesności ze względu na obsesyjny wręcz wymóg autorefleksji, ciągłego pogłębiania samoświadomości indywidualnej i społecznej.

Istnieje jednak druga strona tej niepewności. Zjawiska społeczne konstytuujące społeczeństwo ryzyka utrwalają się w kulturze lęku i zostają przez nią oswojone. Kultura lęku nowoczesnego, jak każda formacja kulturowa, zakrywa to, co mogłoby zagrażać jej stabilizacji. Stąd obsesja autorefleksji, która jest z góry skazana na niepowodzenie, gdyż nie dotyka istoty problemu, jakim jest skrywany lęk. Ryzyko, które jest podstawowym czynnikiem ponowoczesnego społeczeństwa, znika w kulturze lęku. Pozostaje lęk, który w odróżnieniu od strachu nie dotyczy konkretnych zagrożeń. Co więcej, lęk, który jest powszechny i powszedni, nie może ujawnić się bezpośrednio. Staje się widoczny jedynie w horyzontalnych pęknięciach stabilizujących warstwy kultury. To one pozwalają opisać ją i zanalizować. Pęknięcie ujawnia się często w momencie, gdy tkanka codzienności zostaje rozdarta niezwykłym wydarzeniem. Jego oczywistym przykładem jest katastrofa – indywidualna, społeczna lub naturalna. Wytrąca nas na moment z rutyny, ujawnia lęk, który w nas drzemie, ale szybko też zostaje znormalizowana przez to, że wracamy w utarte koleiny.

Słynna fraza Un éclair… puis la nuit! („Błyskawica… noc potem!”) z wiersza Charlesʼa Baudelaire’a Do przechodzącej w najbardziej skondensowany sposób przedstawia tę sytuację. Poznanie poetyckie – czy w ogóle poznanie przez sztukę – może być jednak jedynie początkiem rozumienia. Dopełnia je analiza łącząca dociekania socjologiczne, filozoficzne, kulturoznawcze, ale też te, które są ukryte w traktatach medycznych bądź rozważaniach ekonomistów. W mikrohistorii, a więc historii codziennych wydarzeń, pojawia się paradoksalny termin „normalny wyjątek” zaproponowany przez włoskiego badacza Edoarda Grendiego, gdy poprzez historię jednostki niezwykłej, często marginalizowanej, możemy badać relacje społeczne – jak przy użyciu szkła powiększającego. Jeżeli nawet tymi wszystkimi sposobami nie dojdziemy do źródeł lęku nowoczesnego, to być może uda się stworzyć katalog jego przejawów.

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl