Wersja audio
Kiedy nasz syn po raz pierwszy założył konto na Instagramie, próbowałam sprawdzać każdą osobę z jego znajomych. Dziś nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć – przyznaje Monica, mająca z mężem Simonem dwójkę dzieci: nastoletnią Ruby i dwudziestoparoletniego Ethana [ich imiona zostały zmienione – przyp. red.]. Rodzina mieszka w Perth, ponaddwumilionowej metropolii położonej w zachodniej Australii, na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. – Na początku, gdy miał ich około 100, było to możliwe, ale potem powiedziałam do Simona: „Jest ich już 300, a mnie zajmuje co najmniej godzinę, żeby codziennie sprawdzić, czy nikt go nie nęka, nie naciąga, czy nie pada ofiarą groomingu [uwodzenia nieletnich przez internet – przyp. red.]”. Odpuściliśmy, gdy zbliżał się do 1000 znajomych.
Simon wspomina rozmowę z synem: „Masz takich z Rosji i Afryki? Przecież ty ich nie znasz”. Ethan przyznał, że to wynik presji, by uzbierać jak najwięcej lajków i serduszek. Jeśli nie ma się kilku tysięcy obserwujących na Insta, jest się nikim.
– Rząd w Canberze od lat zwracał się do Mety (właściciela Instagrama) i pozostałych firm, do których należą inne media społecznościowe, by wzięły odpowiedzialność za swoje treści, które mogą wpływać na bezpieczeństwo Australijczyków, szczególnie dzieci – mówi mi doktorka Belinda Barnet, badaczka mediów społecznościowych ze Swinburne University of Technology w Melbourne. – Nie przyniosło to efektów, więc władze wprowadziły zakaz.
Rankiem 10 grudnia 2025 roku australijskie dzieci i nastolatki, które nie ukończyły 16 lat, obudziły się w nowym świecie: ich konta w mediach społecznościowych zostały zablokowane. Nie mogły też założyć nowych. To wynik przegłosowanej rok wcześniej nowelizacji do Ustawy o bezpieczeństwie w sieci (Online Safety Act), według sondażu YouGov cieszącej się poparciem 77 procent Australijczyków. Jeśli Ruby weszła tego dnia na Instagram, zobaczyła komunikat: „Z powodu przepisów obowiązujących w Australii osoby poniżej 16. roku życia nie mogą korzystać z mediów społecznościowych. Będziesz mogła korzystać ze swojego konta od 28 października 2026 roku [to dzień, w którym osiągnie wiek wymagany prawem – przyp. red.]. (…) Do tego czasu twój profil nie będzie widoczny dla ciebie ani dla innych użytkowników. Kiedy skończysz 16 lat, poinformujemy cię, że możesz ponownie korzystać z Instagrama, a twój profil, posty, wiadomości i aktywność zostaną przywrócone”.
To pierwszy na świecie taki zakaz i władze kraju wydają się być świadome doniosłości tego faktu. „Będzie to jedna z największych zmian społeczno-kulturowych, przed jakimi stanął nasz naród, głęboka reforma, która w nadchodzących latach stanie się powodem do naszej dumy. (…) Zakaz korzystania z mediów społecznościowych przez dzieci sprawi, że australijscy rodzice będą mieć większy spokój ducha, a australijskie dzieci – dzieciństwo” – czytamy w manifeście Protecting Australian kids from social media harm (Chroniąc australijskie dzieci przed krzywdą ze strony mediów społecznościowych). Na trzy dni przed wejściem nowego prawa w życie pojawił się on na oficjalnej stronie premiera Anthony’ego Albanese.
Odpowiedzialność za egzekwowanie ograniczeń spoczęła nie na dzieciach czy ich rodzicach, ale na właścicielach platform. Serwisy – takie jak Facebook, Instagram, TikTok, Snapchat, X, Reddit czy YouTube – będą musiały wykrywać i usuwać bądź dezaktywować konta nieletnich oraz blokować im możliwość rejestracji. W przypadku braku podjęcia działań firmy mogą zostać ukarane grzywną w wysokości do 49,5 miliona dolarów australijskich (około 120 milionów złotych).
Pełniąca funkcję komisarz ds. bezpieczeństwa w internecie (eSafety Commissioner, eSC) Julie Inman Grant precyzuje, że limit wieku 16 lat obejmuje platformy społecznościowe nastawione na publiczną interakcję między użytkownikami i udostępnianie treści. Z tego powodu nie dotyczy to komunikatorów, takich jak Messenger czy WhatsApp [o tym, jak niebezpieczny dla najmłodszych może być ten ostatni, pisała Maja Hawranek, „Pismo” nr 12/2025 – przyp. red.], ani gier online. Dzieci wciąż będą też mogły przeglądać publiczne treści, które nie wymagają logowania.
Australijski rząd uspokaja: „Nie każdy będzie weryfikowany”. Jeśli ktoś zarejestrował się w serwisie społecznościowym, podając wiek 16 lub więcej lat, nie musi się obawiać dodatkowych kontroli. W ramach przeprowadzania weryfikacji wieku swoich użytkowników i użytkowniczek portale nie mogą pod groźbą grzywny (również 49,5 miliona dolarów australijskich) wymagać okazywania dowodu tożsamości. „Dane zebrane w celu weryfikacji wieku nie mogą być użyte do marketingu ani innych celów bez twojej zgody” – zapewnia na swojej stronie eSC.
Przeczytaj też: Christian Davies: Nie potrzebujemy social media
Jednocześnie australijska administracja twierdzi, że osoby korzystające z portali, które są objęte limitem wieku, nie mają szans na jego fałszowanie. Platformy mają sprawdzać wszystko – od czasu istnienia konta, przez interakcje z młodszymi użytkownikami i użytkowniczkami, członkostwo w grupach, język i styl wpisów, udostępniane zdjęcia i filmy, aż po rytm aktywności (czy nie jest przypadkiem zgodny ze szkolnym harmonogramem). „Wiemy, że wiele firm już korzysta z zaawansowanych wskaźników, takich jak dane behawioralne czy analiza języka naturalnego, aby oszacować wiek swoich użytkowników – powiedziała Inman Grant. – Oczekuję więc, że platformy będą wykorzystywać je w celach bezpieczeństwa, w sposób chroniący prywatność młodszych użytkowników”.
Czy australijski zakaz to ochrona prywatności czy jej naruszenie? Będzie skuteczny czy łatwy do obejścia? I czy nie stłamsi aktywności młodzieży w sieci?
Po co nastolatkom social media?
Z 13-letnim Kaiem spotykam się w listopadzie 2025 roku na przedmieściach Melbourne. Jest powściągliwy, jego głos co chwilę przeskakuje z niskiego w wysoki, jak to bywa podczas mutacji. W telefonie korzysta jeszcze wówczas z Instagrama. Przewija rolki i ogląda filmiki o rzeźbieniu w drewnie oraz brainrot, dosłownie: zgniliznę mózgu. To zbiorcze określenie na krążące w internecie absurdalne ilustracje bądź wideo, które tworzą strumień pozornie bezsensownych treści, jednak dla osób intensywnie uczestniczących w ich produkcji i konsumpcji układają się w luźno powiązany ekosystem rozpoznawalnych postaci, żartów, odniesień i słownictwa.
Kai używa Instagrama również do urbexu (od urban exploration, czyli eksploracji miejskiej) – wrzuca zdjęcia ze swoich wypraw do opuszczonych domów, fabryk i tuneli. Poznał w ten sposób wielu urbexiarzy, jednak koledzy chłopca są aktywni przede wszystkim na Snapchacie, gdzie komunikują się na czatach. Zdarzyło mu spotkać się na nich z cyberprzemocą.
Czy zakaz będzie dla niego trudny? – I tak nic na ten ban nie poradzę. A gdy wejdzie blokada, przeniesiemy się z gadkami na dozwolone platformy: WhatsAppa lub Messengera – chłopiec się śmieje. – Niektórzy kumple to dopiero będą mieli problem… Są uzależnieni, skrolują rolki i oglądają filmiki po pięć godzin dziennie!
Następna rozmówczyni, Katie, ma długie włosy i delikatny makijaż, nosi prostą bluzę, jeansy i trampki. Wypowiada się jasno i dojrzale, jakby udzieliła wywiadu już niejednemu dziennikarzowi. Jej chłopak to Josh, z szopą jak u Boba Dylana; sypie mu się pierwszy wąs. Marzy o karierze muzyka, ma talent, mówi basem, krótko, od niechcenia. Poznali się na Instagramie i dopiero po dwóch latach zorganizowali spotkanie twarzą w twarz. Opowiadają mi, że wiele par rozmawia na Snapchacie i nigdy nie realizuje związku w prawdziwym życiu.
Mają po 17 lat i kończą szkołę średnią, którą tutaj w Oz – jak zwana jest Australia – zaczyna się w klasie siódmej, w wieku 12 lat. Siedzimy przy ognisku na polanie lasu pod Melbourne. Otaczają nas ogromne eukaliptusy i drzewiaste paprocie. Szumi rzeka, Josh plumka na gitarze.
– Odinstalowałam TikTok. Zaburzał mi życie. Tam są algorytmy stworzone po to, żeby cię wciągać, śledzą twoje komentarze, ile czasu spędzasz, jakie profile przeglądasz, mogą przewidywać twoje ruchy. Brainrot na TikToku napływa ciągłym strumieniem, który oglądasz bez limitu. Te filmiki są szybkie, co skraca uwagę. W efekcie my, młodzi, nie potrafimy długo się koncentrować – przyznaje Katie i wylicza:
– Wykluczanie, hejt, znęcanie się? Tak, zdecydowanie! Nastolatki zakładają konta, żeby trollować innych, naśmiewać się, zastraszać. Łatwo jest otworzyć anonimowy profil, na przykład Nienawidzę Anny. Mam koleżankę. Kiedy miała 11 lat, ktoś założył wymierzone w nią konto. Pisali tam, żeby się zabiła. Przypadkiem dowiedziała się, kto to był, ale często potrzebna jest policja. Niektóre dzieci nie mają jednak odwagi, by się zgłosić, i mogą być zastraszane: „Jeśli pójdziesz na policję, opublikujemy kompromitujące cię nagrania”.
Problemy z mediami społecznościowymi nie kończą się na różnych formach cyberprzemocy. – Rośnie liczba osób, które zamiast marzyć o dobrym zawodzie, chcą zostać influencerami – kontynuuje Katie. W jej klasie są uczennice, które przed kamerą tworzą wizerunek kogoś, kim nie są. Skrolują bez końca, mamią ich paczki z kosmetykami, które dostają vlogerki. Ciągle muszą robić zdjęcia, coś publikować, stale porównują się z innymi. Używają tego samego slangu, przesadnie akcentują słowa, jakby wiecznie miały o coś pretensję, kupują podobne, skąpe ubrania, tak samo gestykulują rozczapierzonymi palcami z wymalowanymi paznokciami.
– Są też ludzie na socialach, którzy mogliby zrobić coś dobrego, sprzeciwić się popkulturowym kanonom ciała, ale nigdy nie dotrą do takiej publiczności jak kontent związany z pielęgnacją skóry, włosów czy z dietami. Media społecznościowe zabijają radość życia! – wkurza się Katie. Do rozmowy włącza się Josh: – Zazdroszczę moim rodzicom, generacji X, która nie dorastała online. Ludzie byli bliżej siebie. Teraz na czatach trudno znaleźć autentyczność.
Pytam, czy słyszał o coraz popularniejszym trendzie bycia offline.
– Wśród moich znajomych nie widzę trendu polegającego na rezygnacji z mediów społecznościowych. Bo jeśli z nich znikasz, to jak niby miałbyś dać o tym znać? Dawniej mody pojawiały się na przykład w magazynach, które trzeba było prenumerować. Dzisiejsze trendy mają możliwość zaistnienia jedynie w socialach. To mikromody, które trwają najdłużej miesiąc. Wszystko jest chwilowe i ulotne.
Przeczytaj też: O osobliwych skutkach urlopu od mediów społecznościowych
Za to Josh zaobserwował inne zjawisko: zbiorowe pragnienie powrotu do życia wśród natury. Wyraża się ono w rozmaitych trendach na TikToku i Instagramie – od cottagecore (idealizowanie niespiesznego życia na wsi, ogrodnictwa, pieczenia, rękodzieła), przez off-grid (dokumentowanie samowystarczalnego życia, bez dostępu do sieci energetycznej i reszty infrastruktury miejskiej), bushcraft (pokazywanie praktycznych umiejętności przetrwania w terenie) i paleo (próba odtworzenia diety z czasów jaskiniowych), aż po caveman skincare czy caveman storytime, których propagatorzy rezygnują odpowiednio: z kosmetyków (włącznie ze środkami myjącymi) i gramatyki (specjalnie komunikując się prymitywnym językiem w rodzaju: „ja być”, „ja iść”). Tagowane tymi hasłami rolki wydają się wynikać z poczucia przebodźcowania nieustannym strumieniem treści w mediach społecznościowych – i paradoksalnie tylko się do niego dokładają.
Co moi rozmówcy myślą o zakazie?
Kai: – Będziemy więcej wychodzić na dwór.
Josh: – Czasem sociale są pomocne, na przykład w świecie muzyki. Możesz poznać ludzi z odległych miejsc, na przykład gdzieś w Brazylii, którzy bez nich do końca życia graliby tylko w swoim miasteczku. Gdy będę gotowy, wrzucę swoje nagrania na Insta, może na TikTok, zobaczymy…
Katie: – Szkoda, że to prawo nie weszło, gdy byłam młodsza, bo zmusiłoby mnie do odłożenia telefonu. Decyzja władz daje większe efekty niż siła woli.
Dopaminowy kop
Także do Australii dotarła książka Niespokojne pokolenie. Jak wielkie przeprogramowanie dzieciństwa spowodowało epidemię chorób psychicznych amerykańskiego psychologa społecznego Jonathana Haidta. Autor dowodzi w niej, że smartfony, platformy społecznościowe, brak swobodnej, nienadzorowanej przez rodziców zabawy i nadopiekuńczy styl wychowania gruntownie zmieniły dzieciństwo, doprowadzając od przełomu XX i XXI wieku do wzrostu problemów ze zdrowiem psychicznym najmłodszych.
Smartfony, platformy społecznościowe, brak swobodnej, nienadzorowanej przez rodziców zabawy i nadopiekuńczy styl wychowania gruntownie zmieniły dzieciństwo, doprowadzając od przełomu XX i XXI wieku do wzrostu problemów ze zdrowiem psychicznym najmłodszych.
Do podobnych wniosków doszedł doktor Michael Carr-Gregg, jeden z czołowych australijskich psychologów dziecięcych. W webinarze Needs & Challenges Growing up in the 21st Century (Potrzeby i wyzwania związane z dorastaniem w XXI wieku), opublikowanym na youtube’owym kanale Monah University z Melbourne w lipcu 2025 roku, zwraca on uwagę na czynniki, które wpływają na zdrowie psychiczne młodych ludzi: rosnące ceny i problemy z osiągnięciem niezależności finansowej, izolacja społeczna, leki i używki, lęk klimatyczny oraz spadek zaufania do instytucji. Do tego dochodzą platformy społecznościowe, które powodują ciągłe poszukiwanie aprobaty i potwierdzenia własnej wartości oraz przyczyniają się do niedoboru snu – i katastrofa gotowa! Carr-Gregg podkreśla, że nigdy wcześniej nie spotkał się z tak poważną skalą tego zjawiska.
„Badania pokazują, że spędzanie przez nastolatki ponad trzech godzin dziennie w mediach społecznościowych wiąże się z gorszym zdrowiem psychicznym – mówi psycholog podczas webinaru – A przecież muszą mieć w sobie jakąś iskrę, która sprawia, że rano wstają. Ta iskra robi ogromną różnicę, szczególnie jeśli rodzice podzielają entuzjazm dziecka i wspierają jego pasje”. Taką iskrą nie są platformy społecznościowe, które skutkują podwyższonym stresem, gorszą koncentracją i obniżoną produktywnością. To jak fast food na śniadanie – dopaminowy kop, którego efekty szybko gasną, pozostawiając głód.
Jak młodzi obchodzą zakaz Instagrama
Monica i Simon z Perth mówią mi, że ich córka używa platform społecznościowych cały czas: – Do kontaktu z przyjaciółmi, opowiadania o zabawnych rzeczach, a nawet do śledzenia koleżanek – wyliczają. – Snapchat ma funkcję, która pozwala zobaczyć, która koleżanka gdzie jest – tłumaczy Simon. – Jeśli masz z kimś konflikt, może stać się to bronią, elementem wykluczania. Ruby już tego doświadczyła: „Och, Emily, Sarah, Lucy i Emma są w galerii handlowej. Jestem blisko z tymi dziewczynami, a mnie nie zaprosiły”.
Rodzice martwią się, bo córka ciągle przewija filmiki o kotach. Kiedyś to chociaż piłkę nożną skrolowała. Albo wchodzi na YouTube’a i ogląda Anglików grających w gry komputerowe, ich interakcje i komentarze – to ją bawi. Odrabia lekcje, a YouTube gada i gada. Ruby rządowy zakaz nazywa balonem: jak naciskasz w jednym miejscu, to napompuje się w innym. Trochę jak prohibicja w Ameryce, o której właśnie uczy się w szkole. Uważa, że pojawią się inne problemy, inne sposoby, żeby kogoś dręczyć. Dzieci zostaną czegoś pozbawione. Będą smutne i wykluczone. Monica i Simon obawiają się, że młodzi i tak znajdą sposoby, żeby obejść zakaz. Będą korzystać z telefonów rodziców albo rodzeństwa, starsi uczniowie będą sprzedawać dostęp młodszym, pojawią się piraci, którzy zrobią na tym interes.
Przeczytaj też: Zombifikacja dzieci. O pladze smartfonów
Simon często zastanawia się nad coraz mniejszą umiejętnością koncentracji u młodych. Jak z nimi rozmawiać, jak przekazywać informacje, jakie tworzyć materiały edukacyjne dla pracowników? Trzydziestosekundowe filmiki? „To dla mnie za dużo”, „To za długie”, „Nie jestem w stanie więcej przyswoić” – często narzeka ich córka. Niedawno skończyła 16 lat, więc zakaz jej nie obejmie. Może w jej wypadku to jednak dobrze? Simon pracuje na platformach wiertniczych i przez połowę życia Ruby jest nieobecny. Daleko od lądu szwankuje łączność telefoniczna, internet też bywa powolny. Tata wysyła córce śmieszne rolki, filmiki o kotach, w ten sposób pokazując, że myśli o niej, tak utrzymuje więź. – A przecież w stanie Australia Zachodnia wielu ojców pracuje daleko, w kopalniach [co dziesiąty mężczyzna z tego stanu był w zeszłym roku zatrudniony w górnictwie – przyp. red.] – stwierdza Monica. – Wiele rodzin jest w podobnej sytuacji, więc przez ten zakaz może ucierpieć relacja rodzic–dziecko.
Edukacja cyfrowa w australijskich szkołach
Mark z Melbourne ma synów mających 13 i 23 lata. Młodszy używa Snapchata do kontaktów z kolegami. Wysyłają sobie streaks, czyli nieprzerwane ciągi zdjęć lub filmików, tak długo, jak się da, nawet setki dni. Każda doba jest nagradzana kolejnym emoji przy nicku użytkownika, z którym łączy nas streak, co motywuje do nieustannego zaangażowania. – Młodszy jeszcze potrafi się opanować – mówi Mark – ale starszy jest poza kontrolą.
Skąd ta różnica?
– Wychowanie. Mają różne matki. Młodszy ma bardziej rygorystyczną, jeśli chodzi o czas spędzany online. Ma ustalone reguły i jeśli się do nich stosuje, jest nagradzany, a jeśli nie, ponosi konsekwencje. W przypadku starszego ja i moja poprzednia partnerka nie ustaliliśmy żadnych zasad.
Gdy jednak obaj synowie siedzą z nosami w telefonach, tracą świadomość tego, co dzieje się wokół. Wyłączają się z rozmowy. Kiedy ojciec próbuje zwrócić na siebie ich uwagę, stają się rozdrażnieni, potrafią ostro odpowiedzieć.
– Starszy miał tik, mrugał i wykrzywiał twarz. Wiązało się to z hormonami i z czasem minęło, ale w tamtym okresie bardzo go to dotknęło, miało dla niego reperkusje szczególnie w mediach społecznościowych. Młodszy jest nieco pulchniejszy i zmaga się ze złym postrzeganiem własnego ciała. Słyszę, jak sam o tym mówi. Często nie chodzi o bezpośrednie obrażanie przez innych, lecz o porównywanie się z nimi i poczucie, że własne ciało odstaje od ideału kreowanego na ekranach.
Co dzieci Marka myślą o zakazie?
– Starszy powiedział, żebym dał mu spokój, uważa, że jest dorosły. Z 13-latkiem mamy szczęście, bo chodzi do dobrej, prywatnej szkoły, gdzie rozmawiają o bezpieczeństwie w sieci i zarządzaniu mediami społecznościowymi.
Jak wynika z raportu australijskiej komisarz ds. bezpieczeństwa w internecie, 74 procent dzieci w jej kraju spotkało się ze szkodliwymi treściami online; w przypadku 63 procent miało to miejsce w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Recepta? Edukacja cyfrowa.
Jedną z organizacji zajmujących się nią jest ySafe. Jej programy, realizowane przez psychologów dziecięcych i klinicznych, byłych funkcjonariuszy policji oraz nauczycieli specjalizujących się w bezpieczeństwie cyfrowym, dotarły już do ponad pół miliona uczniów w całym kraju – od zerówki po klasy maturalne. Obejmują takie kwestie, jak konflikty online, wykluczenie społeczne, presja rówieśnicza, długoterminowy wpływ cyfrowego śladu, deepfaki, catfishing (oszustwo polegające na tworzeniu fałszywych tożsamości w sieci) czy sexting (przesyłanie intymnych wiadomości, zdjęć i filmów).
Jak wynika z raportu australijskiej komisarz ds. bezpieczeństwa w internecie, 74 procent dzieci w jej kraju spotkało się ze szkodliwymi treściami online; w przypadku 63 procent miało to miejsce w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Recepta? Edukacja cyfrowa.
Eksperci ySafe uczą rodziców i nauczycieli, jak mądrze nadzorować dzieci online („zarządzaj dostępem, ustal granice, komunikuj się otwarcie”), zalecają unikanie ekranów w sypialniach i podczas posiłków oraz niekorzystanie z urządzeń mobilnych w słuchawkach. Podkreślają, że sprzęt należy do rodziców („to nie twoje urządzenie, masz do niego tylko czasowy dostęp”). Przestrzegają przed narracją typu: „Za naszych czasów po prostu się spotykaliśmy, idź pobaw się z przyjaciółmi”, zamiast tego proponując skupianie się na doświadczeniach młodego człowieka, okazywanie zainteresowania. Zajęcia ySafe nie demonizują technologii – wprowadzają przystępniejszy dla młodych ludzi język. Nie „cyberprzemoc”, a „niewłaściwe zachowania”, nie „zakaz”, tylko „odroczenie” platform społecznościowych.
– Negatywne komunikaty mogą powodować, że młodzi stają się bardziej skryci w swoim zachowaniu online – tłumaczy mi Patrick Thomas, dyrektor ySafe do spraw edukacji i zaangażowania w kwestii bezpieczeństwa online. – Gdyby wszystko, co mówimy o technologii, było tylko negatywne, dzieci pomyślałyby, że ich nie rozumiemy. Zaczęliśmy więc kształtować język rozmów o bezpieczeństwie w sieci w 2013 roku, gdy tego typu zajęcia dopiero pojawiały się w australijskich szkołach.
Posłuchaj: Szkoły kontra smartfony – troska o młodych czy hipokryzja dorosłych? [PREMIERA PISMA]
Od budżetu danej placówki edukacyjnej zależy, jak często organizowane są lekcje bezpieczeństwa w internecie. Gdy brakuje środków, komitet rodzicielski organizuje zbiórkę albo kilka placówek łączy się, by dzielić koszty. Najbardziej zaangażowane instytucje zapraszają ySafe nawet raz w miesiącu – to bogate, prywatne szkoły z dużych miast, gdzie czesne kosztuje majątek. Thomas wyjaśnia, że każdy stan Australii ma swoją politykę dotyczącą telefonów w szkołach publicznych. W podstawowych jest z tym łatwiej niż w średnich. Nie zna jednak żadnej placówki, która nie miałaby problemów z zachowaniem uczniów w sieci.
Co Thomas myśli o odroczeniu możliwości korzystania z platform społecznościowych do 16. roku życia?
– Rząd blokuje media społecznościowe, ale nie robi nic ze stronami internetowymi, na których nie ma weryfikacji wieku! Dzieci mogą więc nadal trafić na pornografię. To, co jednak podoba mi się w ustawie, to przerzucenie odpowiedzialności na wielkie firmy technologiczne, żeby w końcu znalazły rozwiązanie. To ogromny krok naprzód.
Skutki nadmiernego korzystania z platform społecznościowych
Melanie z Melbourne jest optometrystką. Obserwuje, jak szybko rozpowszechnia się u dzieci krótkowzroczność, a u tych, które już ją miały, wada znacznie się pogłębia. – Korzystają z małych ekranów, trzymanych około 30 centymetrów od twarzy, a często nawet bliżej, co powoduje wydłużanie się gałki ocznej na osi przód–tył i jest bezpośrednią przyczyną krótkowzroczności. Każda dodatkowa godzina dziennego korzystania z urządzeń ekranowych zwiększa ryzyko jej wystąpienia o 21 procent! – mówi.
Zmiany ewolucyjne zachodzą w ciągu wielu pokoleń, natomiast to, co obserwujemy w przypadku krótkowzroczności, dzieje się w obrębie jednego. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła nawet ostrzeżenie epidemiczne i prognozuje, że do 2050 roku połowa światowej populacji będzie krótkowzroczna (w 2000 roku było to 22 procent).
Sue pracuje jako pedagożka w szkole dla dziewcząt w Sydney i mocno popiera nową ustawę. Jest mamą dwóch nastolatek. – Codziennie siadamy z nimi do obiadu bez ekranów i rozmawiamy bez oceniania. Pytamy o posty, które wrzucają w mediach społecznościowych: „Jaki jest przekaz tego, co opublikowałaś?”. Tłumaczymy, że wszystko to może zobaczyć ich przyszły pracodawca. Moje córki dorabiają jako nauczycielki pływania i często opowiadają, jakie to smutne, gdy dzieci chcą się popisać swoimi postępami przed rodzicami, a ci są ciągle wpatrzeni w telefony – opowiada.
W szkole, w której pracuje, Sue obserwuje, z jak wieloma problemami borykają się dzieci wystawione na działanie platform społecznościowych. Najczęściej uczennice przychodzą do niej z powodu subtelnego nękania, wykluczania, ignorowania. A także zaburzeń odżywiania czy obsesyjnych ćwiczeń, czyli chęci osiągnięcia idealnego wyglądu wykreowanego przez treści na Facebooku, TikToku i Instagramie. Całe swoje poczucie wartości uzależniają od liczby polubień. Sue przeraża ich potrzeba natychmiastowej gratyfikacji.
Zmiany ewolucyjne zachodzą w ciągu wielu pokoleń, natomiast to, co obserwujemy w przypadku krótkowzroczności, dzieje się w obrębie jednego. Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła nawet ostrzeżenie epidemiczne i prognozuje, że do 2050 roku połowa światowej populacji będzie krótkowzroczna.
– Mamy kryzys lęku. Co drugie dziecko dostaje diagnozę zaburzeń lękowych, bo wychowanie polega dziś na tym, że rodzice chcą wszystko naprawiać, nie pozwalając swoim pociechom odczuć smutku, rozczarowania, złości. Dlatego młodzi nie rozwijają umiejętności radzenia sobie z odrzuceniem, nie mają zdrowej samooceny – mówi. Regularnie słyszy w szkolnym gabinecie: „To mnie triggeruje”, „Tamto mnie uruchamia”, „Nie mogę, bo to wywołuje mój lęk”. – Tłumaczymy, że nerwy przed testem są normalne, że samo poczucie strachu nie oznacza, że nie można siedzieć z innymi w tej samej klasie. Staramy się współpracować z rodzicami – podkreśla Sue. – Na przykład jeśli uczennica dostała karę za nieodpowiedni strój, dzwonimy do matki i ojca, którym mówimy: „To odpowiedzialność twojego dziecka, aby mundurek był gotowy na następny dzień”. Pozwalamy dzieciom odczuwać dyskomfort, uczymy technik uważności i pokazujemy, że nieprzyjemne emocje nie są nienormalne.
Profesorka Elizabeth Westrupp, psycholożka kliniczna z Deakin University w Melbourne, z zadowoleniem przyjęła decyzję rządu, jednak kwestia zakazu nie jest dla niej czarno-biała. – Oczywiście korzystanie z mediów społecznościowych wiąże się ze zwiększonym ryzykiem zaburzeń zdrowia psychicznego – mówi mi badaczka. – Szczególnie narażone są osoby ze społeczności LGBT+, neuroatypowe czy z niepełnosprawnościami. Z innej strony internet zapewnia im przestrzeń, w której mogą otrzymać bardzo ważne wsparcie.
Młode osoby queer są bardzo zaniepokojone zakazem
Biloela znajduje się w stanie Queensland w północno-wschodniej części kontynentu. Liczy niespełna 6 tysięcy mieszkańców, jest w nim gorąco i sucho. Mieszczą się tu siedziba urzędu miejskiego, komenda straży pożarnej, pogotowie ratunkowe, biblioteka, protestancki kościół oraz setki śladów dinozaurów na skałach. Co roku organizowane są zawody wędkarskie na zaporze wodnej i festiwal farmerski z muzyką country. Do najbliższej metropolii – Brisbane – jest 6,5 godziny jazdy samochodem.
W Biloeli mieszka 16-letnia transdziewczyna, Maggie Perry. – Życie w miasteczku? Bardzo powolne – uśmiecha się smutno. – Jesteśmy naprawdę daleko od wszystkiego i trudno jest gdziekolwiek się dostać. Brakuje obiektów kulturalnych, a te, które istnieją, są słabo finansowane. Jedynie internet daje swobodę i możliwość zabicia czasu.
Zwyczajny dzień Maggie wygląda tak: wstaje o godzinie 7:00, od 8:00 do 14:00 ma lekcje online (opuściła szkołę stacjonarną z obawy przed dyskryminacją ze względu na swoją tożsamość płciową), potem jeździ na rowerze, ale najczęściej ogląda YouTube’a, rozmawia z przyjaciółmi przez platformy społecznościowe, gra z nimi przez internet. Większość z nich mieszka w Sydney. Gdyby Maggie chciała zobaczyć się z nimi twarzą w twarz, musiałaby jechać tam autem tyle godzin, ile zajmuje trasa Warszawa–Bruksela.
– Bardzo dużo czasu spędzam przed ekranem. Przez Facebook, X i Discord komunikuję się z przyjaciółmi. Nie mam ich numerów telefonów, więc bez sociali byłabym sama. Kiedy uczę się matematyki, angielskiego czy innych przedmiotów, szukam filmików na YouTubie.
Maggie jest reporterką wyborczą prowadzonego przez nastolatków kanału informacyjnego 6 News. Cały czas korzysta z platform społecznościowych, aby komunikować się z innymi młodymi dziennikarzami. Platformy X używa jako forum do wyrażania opinii i dzielenia się analizą danych.
– Młode osoby queer są bardzo zaniepokojone zakazem. Niektórzy przyjaciele, nawet z tak dużych miast jak Sydney, wciąż nie mogą w pełni wyrażać swojej tożsamości w obecności rodziców czy w swoich szkołach. Boją się więc, że bez dostępu do sociali nie otrzymają wsparcia – mówi.
Młode osoby queer są bardzo zaniepokojone zakazem. Niektórzy przyjaciele, nawet z tak dużych miast jak Sydney, wciąż nie mogą w pełni wyrażać swojej tożsamości w obecności rodziców czy w swoich szkołach. Boją się więc, że bez dostępu do sociali nie otrzymają wsparcia.
A jakie opinie krążą wśród nastolatków cispłciowych z terenów wiejskich? – Jest różnie – ocenia Maggie. – Niektórzy wspierają zakaz, ponieważ uważają, że media społecznościowe mogą być szkodliwe. Często słuchają opinii starszych, którzy generalnie są za. Wielu się jednak martwi, że zostaną w tyle. Technologia to nasza przyszłość, powinniśmy nauczyć się ją wykorzystywać, zamiast próbować tłumić. Zamiast ogólnego zakazu rząd mógłby zastosować surowsze kary wobec osób rozpowszechniających niebezpieczne treści.
Maggie marzy o karierze polityczki, daleko w kosmopolitycznym Melbourne. Pracowałaby w parlamencie i miałaby swoją platformę, na której reprezentowałaby społeczność LGBT+. Bardzo się cieszy, że niedawno skończyła 16 lat. Na koniec rozmowy rzuca: – Daj znać swoim czytelnikom i czytelniczkom w Polsce, że mogą mnie śledzić na X.
Jak działa zakaz w społecznościach aborygeńskich
Outback to rozległe, suche, słabo zaludnione tereny Australii. Wielkie czerwone cielsko kontynentu, bez wody, sklepów i zasięgu telefonicznego. Aby działał internet, najlepiej mieć dostęp do systemu Starlink.
W Outbacku żyją społeczności aborygeńskie. Ich wioski składają się ze słabo skleconych, zupełnie niedostosowanych do upałów domków, które postawił rząd. Wałęsają się między nimi stada bezpańskich psów, zalegają stosy opon i samochodowych wraków. Gdy szkoły zamykają się na święta, dużo dzieci chodzi głodnych, bo w szkołach dostają posiłki. Powszechne są przemoc domowa, alkoholizm i uzależnienie od hazardu. Wszystko to dziedzictwo systematycznego i długotrwałego ludobójstwa, rasizmu, odbierania dzieci rodzicom i wywożenia ich daleko na chrześcijańskie misje. O Pierwszych Narodach kontynentu, czyli Aborygenach i Mieszkańcach Wysp Cieśniny Torresa, wciąż milczy konstytucja.
Dziś znajdują się oni wśród narodów świata, które są najbardziej nadreprezentowane w aresztach i więzieniach. W 2024 roku stanowili 36 procent osadzonych, podczas gdy ich udział w populacji kontynentu wynosi zaledwie 3,8 procent. Prawdopodobieństwo, że nastolatek w wieku 14–17 lat trafi do poprawczaka, wzrasta 26-krotnie w przypadku przedstawicieli Pierwszych Narodów w porównaniu z pozostałymi Australijczykami.
Michael Liddle, przedstawiciel ludu Alyawerre z Alice Springs w centralnej Australii, doświadczony pracownik społeczny, mówi mi: – Dzisiejsza młodzież jest skłonna popełniać przestępstwa znacznie wcześniej. Już nie w wieku 18, lecz gdy mają 10 lat.
O pustynnym miasteczku Alice Springs zrobiło się głośno w kwietniu 2024 roku ze względu na zamieszki i rozboje powodowane przez dzieciaki. Nagrania, w których dokumentowały własne przestępstwa, publikowały na TikToku, Facebooku i Instagramie. Widać na nich skradzione samochody, które prowadzą w zawrotnym tempie kierowcy tak mali, że ich głowy ledwie wystają znad kierownic, prowokując policję do pościgów. To posting and boasting, czyli przechwalanie się w portalach społecznościowych.
– To nie sociale są istotą problemu, a utrata więzi i kontaktów ze starszym pokoleniem – uważa Liddle. – Wujkowie, bracia, siostry kręcą się po mieście, szukając zabawy i możliwości zarobku. Wychowywanie młodych nie jest ich priorytetem, liczy się przetrwanie tu i teraz. Nie mają czasu ani możliwości, by zajmować się dziećmi. Tak dzieje się w całej Australii.
Problem jest tak poważny, że Liddle nie wierzy w skuteczność zakazu dotyczącego mediów społecznościowych. Poza tym w Outbacku są też rozsądne dzieci, które wciąż potrzebują takiej formy kontaktu z innymi. – Wszystko zaczyna się od edukacji – mówi Liddle. – Jeśli nie posyłasz dzieci do szkoły ani nie rozumiesz celu zachodniego szkolnictwa, nic się nie zmieni, bo trzeba wiedzieć, jak się poruszać w dzisiejszym świecie, w kwestiach mieszkalnictwa, nauki i pracy.
Także pracownicy Aunties Place, ośrodka położonego niedaleko miasta Darwin w północnej części kontynentu, wspierającego dzieci i nastolatków Pierwszych Narodów, nie są przekonani do zakazu. Dla wielu młodych osób platformy społecznościowe były jedynym sposobem kontaktu z organizacjami wsparcia i własną społecznością, zwłaszcza że nie mają telefonów stacjonarnych ani pieniędzy na doładowania kart typu pre-paid. Wprowadzenie zakazu może więc utrudnić dotarcie z pomocą do dzieci, które już teraz są wykluczone lub zagrożone marginalizacją.
Dla wielu młodych osób z Pierwszych Narodów platformy społecznościowe były jedynym sposobem kontaktu z organizacjami wsparcia i własną społecznością. Wprowadzenie zakazu może więc utrudnić dotarcie z pomocą do dzieci, które już teraz są wykluczone lub zagrożone marginalizacją.
Ale są i tacy Aborygeni, jak starszyzny narodów Barkindji i Ngiyampaa ze stepowego Outbacku w stanie Nowa Południowa Walia. Wujek Colin Clark („Wujkowie” i „Ciotki” – tak tytułuje się przedstawicieli aborygeńskiej starszyzny) cieszy się z zakazu, bo młodzi ludzie używają ekranów, zamiast uczyć się pradawnych Śnień, Ścieżek Śpiewów, języków i tradycji.
– Jak, do licha, możemy nawiązać tak istotną dla naszej kultury więź z ziemią i gwiazdami, skoro wciąż patrzymy w telefony? – oburza się wujek Clark. Jego wnuki są na TikToku i YouTubie, ale gdy przychodzą do dziadka, podczas posiłków muszą wyłączyć urządzenia. Kiedy uczy w szkołach podstawowych, jak malować tradycyjnymi metodami na drewnie, najpierw mówi: „Odłóżcie telefony. Jeśli nie będziecie słuchać, nie potrzebuję was tutaj. Ktoś inny może zająć wasze miejsce”.
– Dzieci w wieku poniżej 16 lat nie są wystarczająco dojrzałe, aby decydować, co opublikować w sieci – uważa wujek Clark. – Nie chcę, żeby korzystały z platform, na których mogą doświadczyć wrogości albo rozmawiać z niewłaściwymi osobami. Zgadzam się z zakazem.
Australia przeciera szlaki
Australia już wcześniej stawała na czele zmian, które później docierały gdzie indziej. W 1972 roku jako pierwsza wprowadziła obowiązkowe pasy bezpieczeństwa w samochodach – wkrótce podobne przepisy przyjęły inne państwa. Dziewięć lat później wystartowała kampania Slip, Slop, Slap!, jedna z pierwszych masowych akcji edukacyjnych przeciwko rakowi skóry, która także zainspirowała podobne działania na całym świecie. (Jej nazwa to mnemotechniczny slogan, oznaczający: „Załóż koszulkę, posmaruj się kremem, załóż czapkę”). W 1996 roku, po masakrze w Port Arthur (sprawca zastrzelił 35 osób), Australia przyjęła prawo kontroli broni. W 2012 roku – znów jako pierwsza na świecie – wprowadziła jednolite opakowania papierosów bez oznaczenia marki, za to z graficznymi ostrzeżeniami o zdrowotnych konsekwencjach palenia, co przyczyniło się do rekordowego spadku liczby palaczy.
Także w kwestii regulacji rynku cyfrowego Australijczycy przecierali szlaki. W 2021 roku przyjęli Australijski kodeks postępowania w kwestii dezinformacji i wprowadzania w błąd (Australian Code of Practice on Disinformation and Misinformation – dobrowolny zbiór dobrych praktyk, podpisany przez wszystkie znaczące platformy cyfrowe, deklarujące chęć ograniczania rozprzestrzeniania się fałszywych informacji) oraz Obowiązkowy kodeks negocjacyjny dla mediów informacyjnych i platform cyfrowych (News Media and Digital Platforms Mandatory Bargaining Code) – pozwalający wydawcom negocjować z platformami cyfrowymi wynagrodzenie za korzystanie z ich treści. Google i Meta zawarły umowy z australijskimi wydawcami, choć ta druga firma szantażowała australijskie władze, blokując na Facebooku wpierw miejscowe media, a następnie strony rządowe.
W kwestii praw Pierwszych Narodów czy osób uchodźczych Australia pozostaje nieprzejednana, co dowodzi, że odważne reformy są możliwe w sprawach, w których istnieje szeroki konsensus polityczny i presja ekspertów. W przypadku zakazu korzystania z platform społecznościowych przez dzieci i młodzież do 16. roku życia kluczowe było poparcie obu największych partii politycznych – socjaldemokratycznej Australijskiej Partii Pracy (obecnie u władzy) i centroprawicowej Liberalnej Partii Australii. Ta druga, w stałej koalicji z konserwatywną Narodową Partią Australii, zwykła blokować rozliczenia z trudną kolonialną przeszłością.
Czy australijski zakaz sprawdzi się w praktyce? Zobaczymy. Ale już teraz można zaobserwować efekt domina, jaki wywołał. Jeszcze w październiku 2025 roku Mette Frederiksen, premierka Danii, zapowiedziała podobne regulacje, z limitem wieku wynoszącym 15 lat. „Uwolniliśmy potwora – oceniła w wystąpieniu przed duńskim parlamentem. – Telefony i media społecznościowe kradną dzieciństwo naszym dzieciom”. Podobne deklaracje padły z ust polityków w Belgii, Francji, Grecji i Norwegii.Przeczytaj też
Czy nasz kraj pójdzie ich śladem? Nazajutrz po wejściu w życie zakazu w Australii do polskiego Senatu wpłynęła indywidualna petycja w sprawie nowelizacji Ustawy z dnia 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną, postulująca identyczne rozwiązanie. „Wiek 16 lat stanowi istotną granicę w rozwoju kory przedczołowej, odpowiedzialnej za podejmowanie racjonalnych decyzji, kontrolę impulsów i krytyczne myślenie – argumentuje autor petycji. – (…) Wprowadzenie limitu 16 lat daje rodzicom i opiekunom więcej czasu na edukację cyfrową dziecka i budowanie wzajemnego zaufania oraz zasad korzystania z sieci”.
Trzeciego stycznia 2026 roku wiceminister cyfryzacji Dariusz Standerski ujawnił na antenie Polsat News, że trwają już prace nad mechanizmem weryfikacji wieku. Wszystko wskazuje na to, że mogłaby się ona odbywać za pośrednictwem aplikacji mObywatel. „Uważam, że należy wprowadzić taki przepis. Nie przesądzam, od jakiego wieku. To powinno być poprzedzone ekspertyzą i (…) poważną dyskusją publiczną” – powiedział Standerski.
Temat trafił też na najwyższy szczebel unijnej polityki. Komisja Europejska (KE) zapowiedziała analizę możliwości wprowadzenia ograniczeń w dostępie do mediów społecznościowych dla dzieci poniżej 16. roku życia. „Kiedy dorastałam, społeczeństwo uczyło dzieci, że nie mogą palić, pić alkoholu ani oglądać treści dla dorosłych przed osiągnięciem odpowiedniego wieku. Teraz nadszedł czas, by wprowadzić podobne zasady w kontekście mediów społecznościowych” – powiedziała Ursula von der Leyen, przewodnicząca KE, we wrześniu 2025 roku podczas swojego orędzia o stanie Unii Europejskiej. Debata w Brukseli dopiero się zaczyna, ale jedno jest pewne: kwestia bezpieczeństwa dzieci w sieci przestała być lokalnym zagadnieniem.
„Nie damy się zastraszyć wielkim firmom technologicznym”
Kai, 13-latek, który korzystał z Instagrama do urbexu, nadal robi to samo, bo konto jest zarejestrowane na jego mamę.
Młodszy syn Marka z Melbourne, też w wieku 13 lat, który na Snapchacie wysyłał streaks kolegom, przeniósł się na WhatsAppa. A zamiast Reddita używa YouTube’a, na którym nie trzeba zakładać konta.
Ale Mark zna dzieci, na przykład swoich dwóch siostrzeńców, którzy „skaczą ze złości”, że zablokują im sociale. Na razie obeszli zakaz, podając fałszywy wiek, kiedy zakładali konta. „Od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę, że proces [egzekwowania nowego prawa – przyp. red.] nie będzie w 100 procentach idealny. Jednak przesłanie, jakie niesie ze sobą to prawo, jest w 100 procentach jasne – czytamy w przywoływanym już manifeście ze strony internetowej australijskiego premiera. – W Australii minimalny wiek uprawniający do spożycia alkoholu wynosi 18 lat, ponieważ dostrzegamy korzyści płynące z takiego podejścia zarówno dla jednostki, jak i społeczeństwa. Fakt, że nastolatkom od czasu do czasu udaje się napić, nie umniejsza znaczenia jasnego, ogólnokrajowego standardu”.
Przeczytaj też: O zakazie telefonów w szkołach i ekranowych inkwizytorach
Dwoje 15-latków, Noah Jones i Macy Neyland, wniosło sprawę do Najwyższego Sądu Australii, argumentując, że zakaz całkowicie ignoruje prawa dzieci. Pomaga im organizacja Digital Freedom Project, która twierdzi, że nowe przepisy ograniczają wolność wyrażania opinii w internecie. „Nie powinniśmy być uciszani – twierdzi cytowana przez BBC Macy. – Znaleźliśmy się w Roku 1984 Orwella i to mnie przeraża”. Wtóruje jej Noah: „Jesteśmy cyfrowymi tubylcami. Chcemy pozostać wykształceni, silni i obeznani z naszym cyfrowym światem”.
Australijska Komisja Praw Człowieka wskazuje natomiast, że zakaz może negatywnie wpłynąć na cały szereg praw: do wolności wypowiedzi i dostępu do informacji, do prywatności (weryfikacja wieku przez platformy), do swobodnego zrzeszania się i kontaktów społecznych, do uczestnictwa w życiu społecznym i kulturalnym, do edukacji (media społecznościowe umożliwiają edukację nieformalną), do zdrowia i dobrostanu. Rząd odpowiada na krytykę nowych regulacji, podkreślając, że wprowadzone ograniczenia zostały podyktowane bezpieczeństwem dzieci, nie są arbitralne ani nadmiernie ingerujące w inne prawa człowieka.
Anika Wells, australijska ministerka sportu i komunikacji, przed wejściem zakazu w życie sugerowała podczas wystąpienia w parlamencie, że za protestami kryją się niejasne intencje: „Mimo otrzymywania gróźb i skarg prawnych od osób o ukrytych motywach rząd Anthony’ego Albanese niezmiennie stoi po stronie rodziców, a nie platform. Nie damy się zastraszyć groźbom, nie damy się zastraszyć skargom prawnym, nie damy się zastraszyć wielkim firmom technologicznym. (…) Stoimy twardo na naszym stanowisku”.
25 marca 2026 roku dokonano zmiany: to nastoletnia Ruby zobaczyła komunikat o zablokowanym koncie na Instagramie, a nie jej dwudziestoparoletni brat Ethan.
Reportaż ukazał się w lutowym wydaniu „Pisma” (2/2026) pod tytułem Zakaz w krainie Oz.