Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Reportaż

Gdzie kończy się Przemyśl, a zaczyna Ukraina

rysunki Dominik Nawrocki
Słucham kolejnych opowieści i próbuję zrozumieć tę wręcz organiczną potrzebę powrotu do miejsca, z którego zostało się wyrzuconym, w którym zabroniono nam być.
POSŁUCHAJ

Wybiła druga w nocy, a my jesteśmy w połowie drogi. Kamienie chrzęszczą pod nogami, droga pnie się i zakręca. Gdzie to może być? Beskid Niski? Bieszczady? – Zazdroszczę im – Kasia wskazuje na Omelana i Olgę. – Mają w sobie taki spokój, nie muszą wybierać, gdzie jest ich miejsce. Dochodzimy do niewielkiego wzniesienia. Jest tu cmentarz, palą się świeczki. Jest też mała cerkiew. Kasia rozsiada się na jej wąskich stopniach. Zaczyna nucić piosenkę, dołącza do niej Olga, na końcu Omelan. – Ukraińcy śpiewają wszędzie. Czasem ktoś na nas nakrzyczy lub wezwie policję, a czasem bije brawo. Tu przynajmniej nikt nas nie zaczepia – tłumaczy Kasia.

Strategie „zaczepiania” są różne. Może to być oplucie szyb budynku, w którym pracujesz. To doświadczenie Kasi. Może być porysowanie samochodu z narodowym symbolem na bagażniku. To doświadczenie Pawła. Albo założenie koszulki z napisem „Pomścimy Wołyń” przez sąsiada z domu obok. Tego doświadczyła Tania. Wszyscy oni, „zaczepiani”, podobnie jak ich rodzice, są polskimi obywatelami narodowości ukraińskiej. Urodzili się w północnej lub zachodniej Polsce, skończyli polskie szkoły i uniwersytety. A potem przeprowadzili się do Przemyśla. Wszyscy swój przyjazd nazywają „powrotem w rodzinne strony”. Tu, w mieście liczącym sześćdziesiąt jeden tysięcy mieszkańców, położonym piętnaście kilometrów od granicy z Ukrainą, tworzą ukraińską mniejszość.


z kasią i jankiem siedzę w kuchni ich domu na Kruhelu Małym. To obrzeża Przemyśla. Na podwórku leży jeszcze świeży piach, numer domu wypisany jest na koszu na śmieci. Budowa skończyła się niedawno. Wewnątrz, na podłodze wyłożonej hiszpańskimi płytkami, stoją dopiero co poskręcane meble z Ikei. Jest przestronnie, nowocześnie, nie ma firanek.

– Przemyśl nie nastrajał mnie pozytywnie – rozpoczyna swoją opowieść Janek. – Odwiedziłem to miasto jako student. Byliśmy zakwaterowani w bursie. Nocą ktoś chciał podpalić drzwi, co skończyło się interwencją policji. Pierwszy raz spotkałem się z sytuacją, w której coś mi zagraża tylko dlatego, że jestem Ukraińcem. Pochodzę z Pomorza Zachodniego. Gdy rozpocząłem studia, zamieszkałem w Gdańsku, gdzie prężnie działa środowisko ukraińskie, a miasto prowadzi politykę wielokulturowości. W połowie jestem Łemkiem, ale nie muszę mieszkać w Przemyślu. Po co pchać się tam, gdzie nas nie chcą? – pyta mnie, ale zaraz tłumaczy sam. – Mieszka tu brat Kasi. Jej rodzice mieli obok niego działkę. Często przyjeżdżaliśmy tu na święta i rodzinne spotkania. Nawet polubiłem to miasto. Na świat przyszedł Hrycu, potem Stefek, i okazało się, że życie wielkomiejskie przy dwójce dzieci nie jest dla nas, a za cenę mieszkania w Gdańsku można mieć dom w Przemyślu. W końcu zaczęliśmy budowę, ale to rodzice Kasi mieli się tu przeprowadzić – zaznacza. – To była wersja dla mojego taty i męża. Do tej pory obaj w nią wierzą – śmieje się Kasia. 

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

Rodzice na przeprowadzkę się jednak nie zdecydowali. Tata Kasi tłumaczył, że jest za mocno zżyty z jeziorami, ze swoim Tucznem. Dopiero później Kasia doda, że jako mały chłopiec, mieszkaniec przygranicznej wioski, tata widział, jak polscy żołnierze palą jego dom i zabijają mu ojca. – Oboje z Jankiem jesteśmy dziećmi przesiedleńców – wyjaśnia Kasia. – Jego rodziców przesiedlono z wiosek w głębokich Bieszczadach do nadmorskiego Trzebiatowa, a moich z Nowego Lublińca pod Cieszanowem do Tuczna w zachodniopomorskim. U mnie w domu rozmawiało się po ukraińsku. Często mówiło się, że jak mieć małżonka, to najlepiej swojego, czyli pochodzenia ukraińskiego. Swój do swojego po swoje. – Czemu to takie ważne? – pytam. Kasia zaczyna opowiadać o tym, że oboje z Jankiem mieli podobne doświadczenia. Chodzili do Międzyszkolnego Punktu Nauczania Języka Ukraińskiego, a Kasia później jeszcze do ukraińskiego liceum w Białym Borze. Potem brali udział w studenckich rajdach po Karpatach organizowanych szlakiem miejscowości, z których wysiedlono ich rodziny. Chodzili od cerkwi do cerkwi, nocowali w lesie, remizie lub u miejscowych. Poznawali swoje historie. Siadali wieczorami przy ognisku i śpiewali po ukraińsku. Każdy znał ze sto pięćdziesiąt takich piosenek na pamięć, tyle, ile było w śpiewniku. Trzech braci Kasi poznało na takich rajdach swoje przyszłe żony. 

– Ale jest coś jeszcze – mówi. – To taki dźwięk: stuk, stuk, stuk, stuk. Dźwięk kół pociągu uderzających o szyny. Większość osób go nie słyszy, ale u mnie w głowie dudni głośno – tłumaczy Kasia. – Jest taka piosenka: „I tylko ten stuk, stuk, starych wagonów huk / Co wiozą, ale nie powracają / Nocami i dniami, góry dolinami / Marzenia tęsknotami zmieniają” [autorka tekstu: Katarzyna Komar-Macyńska – przyp. red.]. Każdy z nas zna nazwę wioski, z której wysiedlono jego rodzinę. W moim pokoleniu, jak cię w środku nocy zapytają, to od razu odpowiesz: Kniażyce, Gorajec, Balnica, Tyrawa lub Siemuszowa. Jakbyśmy miały więcej czasu, to zabrałabym cię do mojej, do Lublińca.


ta wycieczka mogłaby wyglądać tak: pojechałybyśmy twoim samochodem, Kasiu, a prowadzisz go jak zawodowiec, choć mam w pamięci opowieść pani Tani, która swojego dziadka zabrała do jego wioski autobusem. Miał Alzheimera i nic już nie mówił, ale jak tylko dojechali, wszystko do niego wróciło. Opowiadał, gdzie czyje gospodarstwo stało, gdzie czyja studnia. Cały dzień wędrował po swojej wiosce sprzed wojny. Jego żona nigdy nie odważyła się tam pojechać. Pamiętała to przeczucie, żeby sprzątnąć konopie, które suszą się pod nowo położonym dachem, bo wezmą i podpalą. Zajęły się bardzo szybko.

Nasza podróż autem trwałaby około dwóch godzin. Wystarczyłoby więc czasu na przykład na tę opowieść o wycieczce w klasie maturalnej, kiedy z okazji rocznicy akcji „Wisła” pojechaliście w Bieszczady. Szłaś przez wieś, a tam za strumykiem cerkiew, co wygląda już bardziej jak kościół, i dalej niby cmentarz, choć właściwie pokrzywy, z jednym metalowym krzyżem, bo reszta była drewniana, więc już ich nie ma. A u ciebie, w Nowym Lublińcu, była bruśnieńska szkoła kamieniarska i całe cmentarze w piaskowcu się zachowały. Teraz już jednak wiesz, że w tych powrotach nie o piaskowe krzyże chodzi, ale bardziej o ślad tego, czego już nie ma.

Zaproponowałabyś, że włączysz ukraińską muzykę, może coś z etno-chaosu. I słuchałybyśmy zespołu DakhaBrakha, a łzy same ciekłyby po policzku.

Na miejscu poszłybyśmy do cerkwi, w której jako ostatnia była chrzczona twoja mama, a ty brałaś ślub. Zapaliłybyśmy znicz na cmentarzu, może pokazałabyś mi też szkołę, w której często się zatrzymywaliście, przyjeżdżając tu w sierpniu. Może opowiedziałabyś mi to samo, co mówili ci rodzice – jak się tu żyło, gdzie się bawili albo w którym lesie stały czyje wojska. A wracając, spieszyłybyśmy się bardzo, żeby odebrać twoje dzieci z ukraińskiego, jedynego takiego w Polsce przedszkola, bo Stefek jeszcze na adaptacji i trzeba zdążyć na piętnastą.


zasadniczą część akcji „Wisła” przeprowadzono wiosną i latem 1947 roku, choć ostatnie wywózki odnotowano jeszcze w 1950 roku. Według narracji historycznej Polskiej Republiki Ludowej była to metoda walki z ukraińskim podziemiem, polegająca na odcięciu partyzantów UPA od źródeł zaopatrzenia. Szacuje się, że w ciągu trzech miesięcy przesiedlono sto czterdzieści tysięcy osób (Ukraińców, Bojków, Łemków, Dolinian i rodziny ukraińsko-polskie) z obszarów na wschód od Rzeszowa i Lublina na tak zwane Ziemie Zachodnie lub Ziemie Północne, przyznane Polsce po drugiej wojnie światowej.

– Mieliśmy dwie godziny na spakowanie gospodarstwa – opowiada pan Jan. – Co wziąłem? Konika drewnianego, jedyną zabawkę, jaką miałem, i kurtkę z owczej wełny. Wsadzili nas do jednego wagonu towarowego, trzy duże rodziny, po dziesięcioro dzieci i zwierzęta. Jechaliśmy dwa albo trzy tygodnie. Wywieziono nas do wsi Ogardy, sto kilometrów na południe od Szczecina. Tu nie ma rzeki, niemożliwe, żebyśmy tutaj żyli – wspomina pan Jan. – Bo ja w Krempnej nad Wisłokiem się urodziłem i całe lato żeśmy siedzieli w tej wodzie. W połowie lat 80. wyruszyłem w samotną podróż przez Polskę syreną. Miała kolor beżowy jak ta ściana – opowiada dalej. – Najpierw do Krynicy, potem do Sanoka. Tam też mi się podobało, rzeka piękna. Potem do Przemyśla. Przeważyło to, że odbierają tu ukraińskie radio i telewizję. Dostałem pracę, wywalczyłem mieszkanie i wróciłem na stałe w 1988 roku. Ale żona nie chciała się przenieść. Była Polką, jak syna brałem do cerkwi, to zawsze mówiła: „Po co go tam ciągniesz? Będzie miał jeszcze przez to problemy”. Czy kąpałem się ostatnio w Sanie? Od kliku lat już nie, ale dobrze mi się tu żyje, mam mieszkanie z widokiem na Przemyśl. Nie jestem sam.


nie ma danych ukazujących, jaka część przemyskiej społeczności ukraińskiej to potomkowie przesiedleńców. Dzwonię w tej sprawie do prezydenta Przemyśla. Pod jego nieobecność oddzwania do mnie jego zastępca. Mówi, że nie słyszał o żadnych powrotach, raczej kojarzy, że z Przemyśla ludzie wyjeżdżają. Odsyła mnie do historyka, profesora Stanisława Stępnia, który poleca mi swoją książkę Tradycja a tożsamość. Wywiady wśród mniejszości ukraińskiej w Przemyślu [napisaną wraz z Christopherem Hannem – przyp. red.], w której czytam:

Zaproponowałabyś, że włączysz ukraińską muzykę, może coś z etno-chaosu. I słuchałybyśmy zespołu DakhaBrakha, a łzy same ciekłyby po policzku.

Wysiedlona na Ziemie Północne w ramach akcji „Wisła” ludność ukraińska czuła się tam obco. Nie remontowano przejętych budynków, nie budowano nowych, przez wiele lat uważano, że zmiana miejsca zamieszkania jest tylko czasowa i wcześniej czy później uda się wrócić w rodzinne strony. Prawnie było to możliwe dopiero po 1956 roku. Dlatego też wysiedleni dochodzili do wniosku, że należy za wszelką cenę kształcić dzieci, aby one, zdobywając wyższe wykształcenie, uwalniały się od prawa do ziemi, aby uzyskiwały możliwość migracji. (…) Pierwsze powroty do Przemyśla i na dawne tereny zamieszkania ludności ukraińskiej związane były z zapotrzebowaniem na wykwalifikowanych fachowców i przedstawicieli zawodów inteligenckich. 

Takim fachowcem jest mąż Halinki, weterynarz Stefan. Całą rodziną sprowadzili się do Przemyśla dwadzieścia cztery lata temu, ale Halinka zaczęła marzyć o tym miejscu dużo wcześniej. – Przemyśl to było centrum kulturalne, religijne, to była nasza stolica – tłumaczy Halinka, której rodzice zostali wysiedleni z Roztocza w 1947 roku. – Czytaliśmy „Nasze Słowo”, a tam co jakiś czas pisali, że życie ukraińskie w Przemyślu prężnie się rozwija. Dawało nam to siłę. Ale mąż świeżo po studiach dostał przydział na mieszkanie we wsi pod Ostródą. Co robić? Nikogo tam nie znałam i nie chciałam poznać. Pozostawały mi tylko marzenia – wzdycha.

Pracując za granicą i odkładając każdy grosz, w końcu kupili działkę z małym domem na Zielonce – tam, gdzie kończy się Przemyśl, a zaczyna las. Nie od razu zdecydowali się jednak na przeprowadzkę. – Dzicz, pokrzywy, taka zapyziała, galicyjska chałupinka – opowiada Halina. Przyjeżdżali tam raz w roku, zawsze w sierpniu, i wydawali pieniądze zarobione ze sprzedaży miodu na pobiałkowanie ścian, wymianę okien, kaloryfery. Przy każdym przyjeździe dom musieli wietrzyć trzy dni. Gdy położyli parkiet, nie przetrwał zimy. Wtedy Halina zawyrokowała: „Stefan, albo się tu sprowadzamy, albo sprzedajemy”. Stefan poszedł do zakładu weterynarii w Przemyślu szukać pracy. Padło wtedy najważniejsze pytanie: „Proszę pana, a z którego boku Sanu ma pan tę chałupę?”. – Bok jest ważny – tłumaczy mi Halina. – Jego prawa strona była zawsze ukraińska, a lewa polska. Pracy nie dostał, ale decyzja o przeprowadzce zapadła. W dwa dni się uwinęliśmy. Pierwsze na miejsce przyjechały pszczoły. Jechały ciężarówką, ul się rozszczelnił i zaczęły się roić, prawie je straciliśmy. A my z mężem i dwójką dzieci jechaliśmy tym czerwonym maluchem, co tu pod oknem stoi. Pieniądze szybko się skończyły, ale ja, technik żywności, po raz pierwszy od urodzenia dzieci znalazłam pracę w ukraińskiej szkole. I tu odetchnęłam.


mówią: „inaczej się tu oddycha” albo „Nie ma miejsca na ziemi, gdzie słońce świeci w taki sposób” – kiwa głową Roma. Dotarłyśmy do niej piechotą z domu Kasi, która w trakcie drogi wyliczała: – Tu mieszka Irena, tam Oksana, tam mój brat. – Jesteśmy tu blisko siebie, często ktoś wpadnie na kawę, możemy na siebie liczyć – mówi Roma.

darowizna na rzecz fundacji pismo

U Romy siedzimy w salonie przy piecu zbudowanym z butelkowozielonych kafli. Wszędzie leżą polskie i ukraińskie książki, w gablocie stoi kolekcja pisanek, w szafie wiszą wyszywanki. – Ci, co wracali, wracali już jako Ukraińcy. Ja nie wróciłam, ja się tu urodziłam, i tylko obserwowałam, jak ludzie przyjeżdżają – zaznacza Roma. – Mieszkańcy miasta nie byli przesiedlani, ale z grupy przemyskich Ukraińców po drugiej wojnie światowej zostało niewielu. Większość po prostu zniknęła: wyjechała albo się spolonizowała. Ci, którzy nadal definiowali siebie jako członków mniejszości, wyuczyli się zasad ukrywania swojej tożsamości we wczesnym dzieciństwie. Aby przetrwać, trzeba było spełnić kilka warunków – ożywia się.

– Po pierwsze: dobre stosunki z sąsiadami. Nasze mieszkanie w kamienicy miało z sąsiadami wspólny korytarz – opowiada Roma. – Byłyśmy od nich całkowicie zależne. Musiałyśmy ich prosić za każdym razem, gdy potrzebowałyśmy wody. U nas nie było bieżącej. Ale żeby było jasne! To były bardzo dobre stosunki. No, prawie że przyjaciele. Po drugie: nie drażnij. Mama zabraniała mi mówić w domu po ukraińsku, bo im się to nie podobało. Bała się. Ukraińcom, którzy wracali, trudno było kupić mieszkanie, dużo łatwiej było nabyć kawałek ziemi lub dom do remontu. Wtedy nie musieli się już obawiać sąsiadów.

– Ja zupełnie się tym nie przejmuję, gdy chodzę po przemyskich ulicach. Krzyczę po ukraińsku do dzieci, rozmawiam przez telefon – opowiada Kasia. – Pamiętam, że jak się tu sprowadziłam, to znałam tylko Ukraińców i było mi z tym dziwnie, ale w wielu branżach pracują przedstawiciele mniejszości. Na przykład ta sieć sklepów, w której dziś byłyśmy – jej właścicielem jest Ukrainiec. Widomo, że wszystkie domy dla Ukraińców projektuje Lewosiuk, a buduje Chomik lub inna firma budowlana, której właścicielem jest Ukrainiec. Wśród lekarzy właściwie każdej specjalności można trafić na Ukraińca. – A mechanika? – pytam. – Mechanik to jest pierwszy Polak, którego tu poznałam – odpowiada Kasia. Społeczność ukraińska w Przemyślu liczy około trzech tysięcy osób, czyli czterech i pół procent wszystkich mieszkańców. W książce profesora Stępnia czytam: „Odsetek osób z wyższym wykształceniem jest wśród Ukraińców dwukrotnie wyższy niż średnia krajowa. Według wstępnie przeprowadzonych szacunków w Przemyślu jest on jeszcze wyższy”. 

Z grupy przemyskich Ukraińców po wojnie zostało niewielu. Ci, którzy nadal definiowali siebie jako członków mniejszości, wyuczyli się zasad ukrywania swojej tożsamości we wczesnym dzieciństwie.

– Nie mogę być sobie o tak, po prostu – tłumaczy Roma. – Staram się za wszelką cenę udowodnić, że ten Ukrainiec, który często jest wyzwiskiem, nie jest wcale gorszy od innych. Chociaż jestem polskojęzyczna, do swoich dzieci mówię po ukraińsku. Czytam literaturę ukraińską, jeżdżę do teatru we Lwowie albo na ukraińskie koncerty, na przykład jutro do Krakowa na DakhęBrakhę. Gdy wracam do Polski, zawsze staram się przywieźć coś innego niż te przeklęte papierosy, choćby po to, aby celników zaskoczyć: obraz jakiś kupię, kolczyki, wyszywankę. I stoję taka dumna z tymi swoimi wartościami ukraińskimi na granicy z polskim paszportem w ręku i mam dwie kolejki do wyboru: z paszportem Unii Europejskiej i bez. Którą wybieram? Pewnym krokiem tę polską, szybszą. I co się dziwić tym wszystkim Ukraińcom, którzy przyjeżdżają do Polski do pracy – dla nich bycie Polakiem nobilituje.


czasami chciałbym się pochwalić, że mój kraj się rozwija, że ma stabilną sytuację ekonomiczną – mówi mi Michał, który do Przemyśla sprowadził się z oddalonego o dziewięć godzin jazdy autem Stargardu. Z zawodu jest kardiologiem. Korzeniami ukraińskimi zainteresował go tata, który był dzieckiem przesiedleńców z okolic Sanoka. Często na wakacje zabierał rodzinę do Siemuszowej, wsi, z której pochodzili jego rodzice, ale nie chciał tam wracać na stałe. – Tam po prostu nie było już społeczności – tłumaczy.

Dwadzieścia lat temu tata Michała kupił w Przemyślu stary domek. Remontował go przez piętnaście lat na odległość, materiały początkowo woził pociągiem. – Rodzice żyli na dwa domy. Tata w zasadzie nigdy nie podjął decyzji o wyprowadzce. Do końca swoich dni kursował między Przemyślem a Stargardem. Może zna pani tę historię? – pyta pan Michał. – Była wałkowana w gazetach. Pociąg, którym jeździł, bardzo często już na starcie ma opóźnienie. Tego feralnego dnia czekał w Przemyślu na pociąg do Szczecina, bo był tam umówiony z potencjalnym kupcem domu. Gdy dotarł na stację, ogłoszono, że pociąg ma dwugodzinne opóźnienie. A potem nagle go zapowiedziano. Tata zerwał się zbyt gwałtownie, co było najpewniej przyczyną zawału. Niestety, tego nie przeżył. Stresował się tą ostateczną decyzją o wyprowadzce – wzdycha. Pytam Michała, co w takim razie go tutaj przyciągnęło. – Wszyscy lekarze ciągną na zachód, a ja tu. Dziwne, prawda? Chyba to duchy przodków – odpowiada. – No bo jak to inaczej wyjaśnić? Jak wdrapuję się na stary cmentarz w Siemuszowej, to mam takie wrażenie, że nie ma piękniejszego miejsca na pochówek niż tam. Widać stamtąd położoną troszkę niżej cerkiew. I widać dolinę, w której jest rozłożona wieś. Widać wszystkie wierzchołki otaczających ją szczytów. Takie urokliwe miejsce, że można się zakochać. 

Słucham kolejnych opowieści i próbuję zrozumieć tę wręcz organiczną potrzebę powrotu do miejsca, z którego zostało się wyrzuconym, w którym zabroniono nam być. Olga Solarz, etnolożka i ukrainoznawczyni zajmująca się traumą wysiedleń, próbuje mi to wyjaśnić: – To jest jak z foremką, która zawiera stałe, powtarzalne elementy, ale skład piasku, z którego lepi się babkę, może być różny – tłumaczy. – Mieszkałam sześć lat w Ukrainie i tam nasyciłam się swoją ukraińskością. Po dwunastu latach w Przemyślu zrozumiałam, że tutaj ukraińska tożsamość jest konstruktem, matrycą zapełniającą się opowieściami.

Mam dwie kolejki do wyboru: z paszportem Unii Europejskiej i bez. Którą wybieram? Pewnym krokiem tę polską, szybszą. I co się dziwić tym wszystkim Ukraińcom, którzy przyjeżdżają do Polski do pracy – dla nich bycie Polakiem nobilituje.

– Przede wszystkim silnie obecny jest tu mit raju utraconego, w którym funkcjonują w zasadzie wszyscy, którzy wrócili – opowiada Olga. – Opisując wioskę, bardzo często podkreślają więź z przyrodą, jej piękno. Z nią powiązane jest poczucie, że tam nie było głodu i chłodu, podobnie jak w raju. Ważnym elementem, spajającym wszystkie pozostałe, jest kalendarz świąt ukraińskich. Potrzebny był nowy fundament cyklu obrzędowego wyznaczający momenty, w których można się symbolicznie zatrzymać i spotkać. Zatem nowy, bo stworzony już po wysiedleniu, kalendarz obrzędowy zaczyna się od święta Małanki, czyli sylwestra wschodniego, którego nazwa pochodzi od imienia Melania, bo to jej imieniny hucznie świętuje się nocą z 13 na 14 stycznia. Kolejnym ważnym momentem jest święto  Tarasa Szewczenki, który urodził się 9 marca, a zmarł dziesiątego. Szewczenko jest wieszczem, który podniósł rangę języka ukraińskiego i ustanowił nowy ład w świadomości narodowej. Później mamy święta wielkanocne i okres wakacyjnych Watr, czyli plenerowych festiwali kultury ukraińskiej, na przykład w Udorpiu koło Bytowa, w Głębocku czy Michałowie. Są jak święto, dlatego Watra w Zdyni jest trzydniowa i nie było to dla mnie dziwne, gdy zobaczyłam, że w trakcie jej trwania odprawiane są śluby przy krzyżu na górze. Ludzie po prostu czują, że to jest axis mundi [łac. oś świata – przyp. red.], miejsce, w którym następuje zatrzymanie momentu. Niektórzy mówią: „Stworzyliśmy sobie taką wioskę jak przed wysiedleniem i przez te trzy dni znowu jesteśmy u siebie”. Kolejnym świętem w nowym kalendarzu obrzędowym Ukraińców w Polsce jest rocznica Wielkiego Głodu w Ukrainie. Cześć ofiarom oddaje się w trzecią sobotę i niedzielę listopada. A na koniec roku święta Bożego Narodzenia i krąg zostaje zamknięty. Świat ma powtarzalną, cykliczną formułę.


innym ważnym elementem w biografii wielu osób, z którymi rozmawiałam, jest konieczność ukrywania swojej tożsamości, a co za tym idzie – traktowanie domu jako przestrzeni oswojonej – mówi Olga. – Dlatego w wielu domach mówi się po ukraińsku, a poza jego progiem po polsku. Znam takie rodziny, które już po otwarciu drzwi mówią po polsku. Dlatego też dla całej społeczności tak ważny jest Narodnyj Dim, czyli Dom Ukraiński, w którym właśnie jesteśmy.

Do Domu Ukraińskiego (zwanego też Narodnym Domem) wprowadza mnie Kasia. Budynek mieści się w samym sercu miasta, kilka kroków od przemyskiego rynku głównego. Wszystko jest tu pod ręką. Gdyby prezydent miasta chciał odwiedzić Ukraińców, to ma tutaj z Urzędu Miejskiego dokładnie dwieście sześćdziesiąt kroków. Gdyby oni dostali zaproszenie na wydarzenie w Muzeum Ziemi Przemyskiej, to mają tych kroków do zrobienia sześćset. Niecałe dwieście kroków stąd są sklepy, kawiarnie i restauracje (później dowiem się, że nie ma żadnej ukraińskiej), a o dziewięćset kroków oddalona jest cerkiew greckokatolicka. Narożną, trzykondygnacyjną kamienicę Domu Ukraińskiego z zewnątrz pokrywa mozaika z białych, mocno przykurzonych płytek. – Kiedyś je umyjemy, tak że będą błyszczeć z oddali – powie mi na spacerze Igor Horkiw, szef przemyskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce, będącego właścicielem budynku.

xyz

Kamienica jest w remoncie od piwnic po strych. Związek Ukraińców odkupił ją od miasta w 2011 roku za jeden procent wartości. Była w bardzo złym stanie. Fakt, że budynek ponownie stał się własnością Związku, był bardzo ważny dla mniejszości, bo kamienica została zbudowana na początku XX wieku za datki Ukraińców przemyskich. Starania o jej odzyskanie trwały sześćdziesiąt lat. Duże, przeszklone witryny na parterze są dziś jednak przysłonięte. Ale na pierwszym piętrze widać już efekty remontu: polakierowane parkiety i geometryczne freski na sufitach. – Dobrjy den. Laskawo prosimo – dobiega nas głos Igora z ostatniego pokoju. 

Igor Horkiw ma trzydzieści cztery lata, lekko przygarbione plecy i krótkie, ciemne włosy. Jest szefem przemyskiego oddziału Związku Ukraińców w Polsce od 2014 roku. Do Przemyśla przeprowadził się dwa lata wcześniej, ale przyjeżdżał tu już przedtem, szukając materiałów do pracy naukowej w ramach studiów z ukrainistyki w Warszawie. Zakochał się w Asi, która była stąd. – Poza tym Przemyśl, który poznałem, to było otwarte miasto, współtworzone przez Ukraińców. Na Pomorzu, z którego pochodzę, pokutuje podejście, aby się nie rozpychać – tłumaczy, gdy siedzimy razem z Kasią podczas obiadu w jednej z przemyskich restauracji. Igor namawia mnie na proziaka, który okazuje się regionalnym przysmakiem. – To taka bułeczka sodowa. Kasia na pewno nie chce, bo ona kupuje chleb z piekarni rzemieślniczej Olgi Hryńkiw, z dostawą do domu – śmieje się i zaraz poważnieje. – Z Pomorza wyniosłem przekonanie, że najlepiej żyć gdzieś na uboczu i stworzyć sobie alternatywny światek, gdzie jest cerkiew, domiwka [świetlica, w której można się spotkać z Ukraińcami – przyp. J.M.], od czasu do czasu jakiś koncert. 

Alternatywny w tym przypadku znaczy też bezpieczny. Bo z dzieciństwa Igor pamięta specyficzny rodzaj strachu. Ma szarobrunatny kolor i wywołuje odruch panicznego rozglądania się za kimś, kto stanąłby w jego obronie. Do tej pory ma bliznę na głowie po uderzeniu kamieniem, którym dostał tylko dlatego, że to głowa ukraińska, a kamień był „wytoczony z polskiej ręki”. Gdy ktoś przegrywał w piłkę, to nie dlatego, że zasady były głupie, ale dlatego, że „ukraińskie”. Marzył o świecie bezwarunkowym. I o czymś stałym, bo ten pomorski Człuchów był tylko na chwilę, na jakiś czas. „Skąd mamy wiedzieć, czy nas znowu nie wyrzucą?” – to pytanie często powracało w wieczornych rozmowach rodziców. W ramach akcji „Wisła” jedną babcię wysiedlili z przysiółka Mołynie pod Piskorowicami, a drugą z wioski Makowisko, czterdzieści kilometrów od Piskorowic. Obie miejscowości są położone o godzinę jazdy samochodem z Przemyśla. – Bycie blisko tych ziem dziadków miało dla mnie duże znacznie przy decyzji o przeprowadzce. Jeździmy tam kilka razy w roku. Mam poczucie, że jestem u siebie – przyznaje Igor. 


w przemyślu zbliża się weekend, a Narodnyj Dim zaprasza mieszkańców na sobotnie koncerty polskich, ukraińskich i łemkowskich zespołów. Plakaty wiszą już na mieście, a Kasia w każdej wolnej chwili omawia szczegóły całego wydarzenia z wykonawcami przez telefon. – Mój kolega kiedyś mówił, że to raptem trzy stówki za wieczór, chyba tyle uzbieramy – odzywa się Andrzej. – Tylko trzy stówki? Niemożliwe. Dawajcie, to nawet z własnych kieszeni dołożymy – cieszy się Roma. I wtedy zapada krępująca cisza. Członkowie przemyskiego Związku Ukraińców w Polsce siedzą w restauracji i zastanawiają się, jak spiąć to, co się spiąć nie chce. – No dobra, to robimy tę ochronę czy nie? – kontynuuje Andrzej. – Pamiętacie, co się wydarzyło w Gdańsku? – Właśnie, tam nawet ochrona nie pomogła – wtrąca Igor. – Bo musimy mieć dobrą. A ona kosztuje. Bez ochrony nie ryzykowałabym – stwierdza Roma. Jedni siorbią herbatę, inni wodę. – Przyjdzie takich dwóch czy trzech, zaczną coś wykrzykiwać i jak sobie z nimi poradzimy? Kto ich wyprowadzi? Ty, Igor? Policję będziemy wzywać?

Skoro trzymam chorągiew cerkiewną, a obok siebie mam policjanta, to liczę, że on coś zrobi. Ale w pewnym momencie nikt nie reagował poza synem, który próbował uratować z napaści swojego ojca.

Igor mówi, że zmianę sytuacji w Przemyślu obserwuje od rekonstrukcji rzezi wołyńskiej zorganizowanej w 2013 roku w miejscowości Radymno, dwadzieścia kilometrów od Przemyśla. – To widowisko zgromadziło kilkanaście tysięcy ludzi i rozbudziło dużo emocji. Przyczyn na pewno jest więcej, ale od tego momentu odczuwalne stało się załamanie relacji polsko-ukraińskich – komentuje. Dlatego od kilku lat stosują w Domu Ukraińskim politykę otwartości i priorytetem w działaniach kulturalnych stowarzyszenia jest docieranie do wszystkich mieszkańców. Pierwszy raz otworzyli się w 2016 roku, na Noc Muzeów. W ciągu dwóch godzin przyszło sto dwadzieścia osób, sami Polacy. – Niektórzy mówili potem, że gdyby nie Noc Muzeów, to by nie weszli, a tak pod osłoną ciemności jakoś łatwiej – mówi Igor. – Z drugiej strony, nie wiem, czy to miało duże znaczenie. Zaledwie miesiąc później miała miejsce napaść na procesję greckokatolicką i pamiętam, że choć mały nie jestem, to zacząłem się wtedy bać chodzić po ulicach. Jak usłyszysz za plecami od większych od siebie mężczyzn „To ten, co był na procesji”, to odruchowo przyspieszasz  kroku i skręcasz w boczną uliczkę. Jeśli jest gdzie skręcić.


było to 26 czerwca 2016 roku. Ciepła, słoneczna niedziela. Wszyscy wyletnieni, w okularach, kapeluszach i jasnych spodniach. Kobiety, mężczyźni, dzieci i przedstawiciele kościoła greckokatolickiego szli powoli główną ulicą Przemyśla na Ukraiński Cmentarz Wojenny. Zajmowali jeden pas drogi. W procesji powiewały polskie i ukraińskie flagi. Tak wyglądała jedna strona ulicy. Po drugiej stały grupki młodych, głośno skandujących mężczyzn: „Przemyśl zawsze polski”. „Znajdzie się kij na banderowski ryj”. Czekali na nich. Pomiędzy pojedynczy policjanci.

W pewnym momencie kilku krzyczących przeszło na stronę idących w procesji. Policja nie zareagowała. Dołączyli do nich kolejni. Okrzyki robiły się coraz głośniejsze. Wreszcie doszło do szarpaniny, wszystko działo się bardzo szybko. Jeden z mężczyzn ubrany w ukraińską wyszywankę upadł na ziemię. – Nie wiedzieliśmy, jak się zachować. Liczyliśmy na pomoc policji, która stała obok – komentuje Omelan. – Skoro trzymam chorągiew cerkiewną, a obok siebie mam policjanta, to liczę, że on coś zrobi. Ale w pewnym momencie nikt nie reagował poza synem, który próbował uratować z napaści swojego ojca – tłumaczy.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Zatrzymano dwudziestu mężczyzn, którzy trafili na ławę oskarżonych. Po prawie trzech latach procesu, w kwietniu 2019 roku, Sąd Rejonowy w Przemyślu wydał wyrok: skazano ich na prace społeczne. – Biorąc pod uwagę przepisy polskiej Konstytucji, nie ma możliwości zakazywania innym obrządkom dokonywania aktów kultu religijnego – mówiła sędzia Edyta Kołacz. – Sąd rozumie motywy oskarżonych, którzy powoływali się na kwestie historyczne, ale przedmiotem oceny sądu nie jest historia, a zachowanie sprawców. W trakcie procesu tylko jeden z oskarżonych przyznał się do winy i przeprosił. Inni próbowali udowadniać, że nie doszło do żadnego ataku na tle narodowościowym oraz że nie była to procesja religijna, ale wiec polityczny, na którym powiewały ukraińskie flagi.

– Jak ktoś krzyczy „Ty banderowcu”, to mimo że jestem obywatelką Polski, która tu się urodziła, wychowała i poszła do szkoły, ale narodowości jest ukraińskiej, to biorę to do siebie – mówi Kasia. – To jest do nas, bo jest wykrzyczane w tym miejscu i w tym czasie. Mimo że się z tym nie identyfikujemy – podkreśla Igor. – I tu pytanie: Czy jak nazwiesz uczciwego człowieka złodziejem, to on się powinien obrazić, czy nie? Skoro nie jest złodziejem, to nie powinien – taka jest logika oskarżonych w procesie.


wróciłam do domu i powiedziałam do rodziny: Nie boimi się – opowiada Roma. Dopiero później dodała, że było dla niej ważne, jak zareagują na te zdarzenia sąsiedzi Polacy. Wśród nich jest Lilka Kalinowska, która chwilę po tym, jak stowarzyszenie odwołało Noc Kupały (władze miasta w oficjalnym piśmie ogłosiły, że ze względu na obecne w internecie pogróżki nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa podczas tej imprezy), opublikowała na Facebooku tekst Modelowa tolerancja. Wcześniej zadzwoniła do Marijki Striłki, wtedy jedynej Ukrainki z Przemyśla, którą bliżej znała, i powiedziała, że jest jej bardzo przykro. Lilka pisze między innymi: „Kibice zabierają głos w imieniu nie tylko własnym, ale, jak rozumiem, Narodu Polskiego. (…) Czuję złość i bezsilność. I strach, że eskalująca agresja wymyka się spod kontroli. (…) Chciałabym całemu światu wykrzyczeć, że Przemyśl nie jest wyłącznie polski. Przemyśl od zawsze był wspólny!”.

Członkowie mniejszości ukraińskiej drukują ten tekst, pokazują sobie nawzajem i mimo że kilka dni po procesji niektórzy z nich decydują się ubezpieczyć swoje domy, czują wreszcie, że nie są sami. – Nie przerzuca się odpowiedzialności na ofiarę. Wina zawsze leży po stronie silniejszego, bo widocznie to on coś zaniedbał – komentuje swój tekst Lila. – Rok po ataku wielu moich polskich znajomych wzięło udział w kolejnej procesji. Uważam to za swój obowiązek. Ukraińcy nie mogą zostać sami z tym, co się stało. 

xyz

Anna Dąbrowska, szefowa lubelskiej organizacji Homo Faber, zajmującej się prawami człowieka, pierwszy raz o napaści na procesję i sytuacji mniejszości ukraińskiej w Przemyślu usłyszała dopiero po pół roku. – Siedziałam obok Piotra Tymy, szefa Związku Ukraińców w Polsce, na lubelskim Kongresie Inicjatyw Europy Wschodniej, podczas panelu dotyczącego wzrostu nastrojów nacjonalistycznych i ich zagrożeń dla mniejszości w Polsce. Po tej rozmowie bardzo chciałam pojechać do Przemyśla, bo miałam poczucie, że Ukraińcy są tam pozostawieni sami sobie – tłumaczy Anna. Pojechała i została na dziesięć lat – na tyle ma zaplanowaną współpracę. – Jedno działanie nie zmieni całej narracji historycznej, w której Polacy czują się jak oblężona twierdza i bronią swojej heroicznej historii. Przemyśl jest specyficzny, ponieważ mniejszość ukraińska jest tu od lat świadoma swojej tożsamości i realizuje wiele wartościowych działań, ale w wyniku ostatnich wydarzeń była już zapędzona w kozi róg i tylko odpierała ataki. Problem polega też na tym, że pomiędzy Polakami a Ukraińcami prawie nie ma kontaktu. A dopiero on może rozbroić fantazmaty, którymi karmi się polska strona. 


w czwartek, 8 listopada 2018 roku, było słonecznie, choć chłodno. Przemyśl, podobnie jak inne miasta w całej Polsce, świętował tego dnia stulecie odzyskania niepodległości. Z tej okazji wieczorem na Zamku Kazimierzowskim odbywał się koncert pod tytułem Marsz, marsz POLONIA! Głos wspomnień. Tymczasem piętnaście minut spacerem od zamku na jednym z przystanków autobusowych przy ulicy Słowackiego usiadła Anna Dąbrowska. Nie zajęła miejsca potencjalnym pasażerom, przyszła z drewnianym, pomalowanym na ciemnobordowy kolor krzesłem. Usiadła i zaczęła zszywać czerwoną nicią podartą czarno-czerwoną koszulę o tradycyjnym, ukraińskim kroju. Bez transparentów, wyjaśnień, haseł. Jakiś chłopiec podszedł i wręczył jej białą różę. Jakaś kobieta pogratulowała akcji. Jeden z mężczyzn na przystanku twierdził, że to prowokacja. Inny, że już lepiej, aby zszyła polską flagę z ukraińską. Ania była jednak skupiona na własnej robocie i nie miała pokusy, by wchodzić w dyskusje. Przygotowywała się do tego kilka miesięcy. Aby nie tłumaczyć, tylko przeżyć. Swój dwugodzinny performans zatytułowała Materiał dowodowy i wykonała go później również na cmentarzach w Mołodyczu i Werchracie oraz w Lublinie przed Urzędem Wojewódzkim.

Nie przerzuca się odpowiedzialności na ofiarę. Wina zawsze leży po stronie silniejszego. Rok po ataku wielu moich polskich znajomych wzięło udział w kolejnej procesji. Ukraińcy nie mogą zostać sami z tym, co się stało.

– W Przemyślu było o tyle trudno, że wszyscy, którzy jakkolwiek biorą udział w życiu społecznym, wiedzieli, co trzymam w rękach – opowiada Anna. – Moja akcja dotyczyła zresztą bezpośrednio incydentu z napaścią na procesję. Specjalnie też nie szukałam innych kolorów koszuli. Jeśli zaczniemy rozważać, które kolory ukraińskich koszul są dozwolone, to zapędzimy się sami w kozi róg, gdzie będą nas pacyfikować polscy narodowcy. Powiedzmy to dobitnie: czerwono-czarne koszule nie są pomysłem Stefana Bandery. Ludzie potrzebują kogoś, kto im pokaże, że wyjście i działanie w przestrzeni publicznej jest możliwe i że na zewnątrz nie czekają wyłącznie inni gotowi do bicia. Do zrobienia jest dużo. Głębsze problemy to odziedziczone poczucie winy i strach. Widać to choćby na przykładzie wsi w okolicach Przemyśla lub nadbużańskich, które były wielokulturowe. Pamięć o historii tej części Polski nie przetrwała w powszechnej narracji. Ukraińcy przekazują ją sobie nadal ściszonym głosem. Polacy też. Zniekształcona służy dziś bowiem budowaniu narodowych mitów oraz cementowaniu podziałów.


wysyłam pierwszą wersję tekstu Kasi, która w odpowiedzi pisze: „Zastanów się, czy chcesz uderzać w nuty strachu… Szczerze mówiąc, już sporo takich tekstów było, ileż można o tym, że Ukraińcy się boją. Zwłaszcza że to nie jest takie proste. Jeśli strach jest, to incydentalny, raptowny jak pierwsza reakcja. A na co dzień jest normalne życie, bez jakichś lęków i dramatów”. Czytam to i przypominam sobie o proziakach, które jedliśmy w kawiarni z Kasią i Igorem… I chciałabym móc napisać tylko o tym. 

Od redakcji:  Więcej historii powrotów Ukraińców do Przemyśla można znaleźć na stronie http://powernennia.pl powstałej w ramach projektu Archiwum POWERnenia realizowanego przez Związek Ukraińców w Polsce, koło w Przemyślu, inkubowanego przez Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę” w ramach programu „Seniorzy w akcji”, dofinansowanego przez Polsko-Amerykańską Fundację Wolności.

Reportaż ukazał się w lutowym numerze miesięcznika "Pismo. Magazyn opinii" (02/2020) pod tytułem Prawie że raj.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00