Reportaż

Żyły się przede mną chowały, mamo

rysunki JAKUB KAMIŃSKI
Żadna tabelka nie pomieści kosztów społecznych schizofrenii, która w Polsce jest leczona anachronicznie, po taniości, za szpitalnymi murami.

Od dwóch lat sąsiaduję z jej krzykiem i nie wiem, co z nim zrobić. Dzieli nas ściana nośna ochockiego bloku. Po mojej stronie pomalowana na kolor ecru, starannie wybrany z długiej listy różnych odcieni śmietanki, zaprezentowanych w sklepowym katalogu. Do ściany przylega regał z książkami w kolorze sosnowego drewna, komoda ozdobiona sznurem świateł, między meblami błyszczy plakat zamówiony z zagranicy. Po jej stronie zielonkawa ściana ozdobiona sznurami liter. Od czasu do czasu skrobie je uparcie, kiedyś byłam pewna, że to myszy, ale nie, to po prostu skrzek ołówka wbijanego w ścianę. Skrobie je także w swoim przedpokoju, zobaczyłam to kątem oka, skradając się obok jej otwartych na oścież drzwi do mieszkania. Żeby dostać się do moich, prześlizguję się cichuteńko obok jej pieczary, bojąc się, że mnie dopadnie, spojrzy groźnie, wymamrocze coś o dziwce z NKWD, którą w jej opinii czasem bywam. Wtedy zrozumiałam, że do ściennej opowieści dopisała już kolejne akapity.

Do marca 2021 roku do jej ściany przylegała też sfatygowana szafa pozbawiona drzwi. Przez rok walczy z nią, na przemian wyciągając ją na korytarz i później targając z powrotem do mieszkania. Status szafy jest niejasny. Jest jej wrogiem? Sojuszniczką? Towarzyszką? Chyba jednak wrogiem, i to śmiertelnym, bo w marcu postanawia zataszczyć ją na dół schodów i wyrzucić na śmietnik. Ja i Ł., sąsiad z naprzeciwka, wybiegamy ze swoich mieszkań. – Pani Wiesiu, co pani z tą szafą znowu wyrabia? – pyta Ł. – Muszę ją wynieść! Ta szafa straszliwie skrzywdziła moją mamusię! – mówi pani Wiesia tonem jak zwykle powolnym, dystyngowanym, nadmiernie akcentując poszczególne wyrazy. Ł. zdecydowanym gestem chwyta szafę od dołu, ja przytrzymuję jej górną część i ruszamy w dół po kręconych schodach starego warszawskiego bloku. Pani Wiesia truchta za nami, trochę lamentując, trochę dziękując. Ł. żartuje, ale w jego głosie słychać ostrzeżenie: – Niech no tylko pani już nie zmienia zdania, bo z powrotem na górę taszczyć jej nie będę!

Pani Wiesia zapewnia, że to się na pewno nigdy nie wydarzy. Tylko że z panią Wiesią nic od dawna nie jest pewne.

Przez lata Wiesia dorobiła się statusu osiedlowej dziwaczki (dla większości pozostaje wówczas przezroczysta), potem lekko uciążliwej sąsiadki (bywa wtedy zauważalna, choć zazwyczaj kątem oka), wreszcie sąsiadki uciążliwej wysoce i zauważalnie, a na końcu – wroga świętego spokoju i słodko śpiących dzieci; obecnie Wiesia to już źródło „potencjalnego zagrożenia” i oczywiście, jak pospiesznie dodają wysoki, przystojny Ł. oraz jego atrakcyjna żona, architektka, towarzysze mojej niedoli i zaniepokojenia z tego samego piętra ochockiego bloku, jest to oczywiście przede wszystkim osoba chora, nieszczęśliwa, osoba potrzebująca pilnej pomocy, bo przecież nad sobą nie panuje, więc trzeba coś wymyślić, trzeba coś z nią zrobić,pardon, coś zrobić dla niej!

Nie winię Ł. za nieludzkie wtręty o konieczności „zrobienia z tym czegoś”, bo sama nie zrobiłam dla Wiesi zbyt wiele. Kiedyś chętnie przystawałam na sąsiedzkie pogawędki, teraz od dłuższego czasu staram się jej schodzić z oczu. Bo Wiesia od dwóch lat na przemian recytuje swoje pamiętniki i krzyczy. Na mnie także. Im głośniej Wiesia krzyczy, tym dotkliwiej milczą: ośrodek pomocy społecznej, jej brat (podobno mieszka w Krakowie; u Wiesi bywa raz do roku), psychiatra w poradni, szpital i sąd.

Dostęp online
Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.Skorzystaj z oferty

Usprawiedliwiam się wiedzą o tym, że Wiesia funkcjonuje nie najgorzej. Co miesiąc peroruje w obecności listonosza, który przynosi jej rentę. Codziennie wychodzi na zakupy spożywcze i z nimi wraca, ergo: je i pije. Gdyby stało się coś poważnego, zareagujemy. Jeśli cisza zapadnie po jej stronie ściany na dłużej niż trzy dni, zapukamy. Nie jesteśmy przecież potworami, biernymi świadkami z telewizyjnych interwencji, którzy „wiedzą i nie reagują”, w czasie gdy trup starszej pani za ścianą gnije i wsiąka w podłogę. Gdy pani Wiesia nagle zamilknie, wyważymy drzwi do jej świata. Bardzo chcemy, żeby zamilkła. Bardzo się boimy, że kiedyś zamilknie. W końcu obchodzi tylko nas. Przeszkadza tylko nam. To wielka odpowiedzialność.

Nikt inny się do tej odpowiedzialności nie kwapi.

Piąta nad ranem, dziewiąta wieczorem, czwarta nad ranem, północ: Wiesia krzyczy. Ł. puka, żeby spytać, czy a nuż czegoś nie potrzebuje. Później wstrząśnięty opowiada, że w mieszkaniu nie ma telefonu ani radia. Może załatwimy jej mały telewizor? Nic nie załatwimy, bo Wiesia już nikomu z nas później nie otworzy. Wpuści na chwilę pracownicę socjalną, panią Basię z pobliskiego ośrodka pomocy społecznej (OPS). To jednak pułapka, bo już po paru sekundach Basia z krzykiem ucieknie przed pięściami Wiesi. Po tym incydencie Basia wyrokuje: „Wiesława odstawiła leki. Trzeba jej załatwić wizytę u psychiatry”. Kiedy? Nie wiadomo, jest pandemia, przychodnia oferuje wyłącznie teleporady. Zresztą czy Wiesia zgodziłaby się porozmawiać z psychiatrą?

Każdy cierpi po swojej stronie ściany. Ł. nie może spać. Ja nie mogę spać ani pracować. Wiesia walczy …

Chcesz przeczytać do końca? Wykup dostęp online

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Wykup dostęp online

Niektóre imiona bohaterów oraz szczegóły z ich życia zostały zmienione. Dane statystyczne zaczerpnęłam z raportów: Schizofrenia – analiza kosztów ekonomicznych i społecznych, Schizofrenia – kluczowe aspekty organizacyjne i finansowe (publikacje Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego), Schizofrenia. Rola opiekunów w kreowaniu współpracy (publikacja Janssen-Cilag Polska Sp. z o.o.), Schizofrenia z objawami negatywnymi – obciążenie chorobą pacjentów i ich bliskich (raport pod patronatem Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego). Reportaż ukazał się w czerwcowym numerze miesięcznika „Pismo. Magazyn opinii” (6/2021).