Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Przeczytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Studium

Czy powinniśmy wznosić nowe budynki?

Ślad ekologiczny architektury zmusi nas do ograniczenia liczby wznoszonych budynków. To zachwieje karierami wielu architektów i architektek. I już dziś doprowadza ich do furii.
ilustracja JAKUB SZCZĘSNY
POSŁUCHAJ

A mnie kazali zrezygnować z wszystkiego! – powiedział do idącej z nim dziewczyny i obojętnie minął mnie wraz z moją wyciągniętą na pożegnanie dłonią. – Może jedzenie też niech przestaną podgrzewać! – usłyszałem jeszcze, a potem Przemo Łukasik, współtwórca renomowanej śląskiej pracowni Medusa Group i projektant słynnego bytomskiego Bolko Loftu, zniknął za szklanymi drzwiami. FBył 22 maja ubiegłego roku i w łódzkiej Fabryce Sztuki przy ulicy Tymienieckiego zakończył się właśnie Archiblok – debata o architekturze organizowana w ramach Łódź Design Festival, jednego z najważniejszych polskich festiwali poświęconych projektowaniu. Od kilku lat prowadzę te debaty. Dlatego chciałem pożegnać się z Łukasikiem.

Tamtego roku oprócz niego w dyskusji brały udział trzy panelistki: Dorota Leśniak-Rychlak, redaktorka naczelna krakowskiego „Autoportretu”, oraz projektantki Jo Jurga i Małgorzata Kuciewicz. Mówiły o głębokim wpływie architektury na środowisko.

Przypomnijmy: wznoszenie, użytkowanie i rozbiórka budynków (najczęściej po to, by w ich miejscu postawić nowe) to według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (International Energy Agency, IEA) źródło 40 procent światowych emisji gazów cieplarnianych (dane za 2022 rok). Produkcja cementu oraz systemy HVAC (heating, ventilation, air conditioning – ogrzewanie, wentylacja, klimatyzacja), służące do utrzymywania sztucznego klimatu wewnątrz budynków, odpowiadają za 20 procent światowych ­emisji. A samo tylko wytwarzanie cementu, generujące ­­1­1­ proce­nt emisji, obciąża środowisko bardziej niż transport lotniczy i morski razem wzięte.

Z wszystkich trzech wystąpień wynikało, że oto jesteśmy w momencie, w którym zmienia się podstawowe pytanie architektury. Do tej pory brzmiało ono: „Jak projektować?”. I tak od wieków kształci się zastępy architektów i architektek, by umieli na nie odpowiedzieć. Jednak ślad, jaki budowle odciskają na planecie, każe się zastanowić nad czymś innym. Czy powinniśmy jeszcze w ogóle wznosić nowe budynki?

Dostęp online
Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Kup

Zgodnie z rekomendacjami Międzyrządowego Zespołu do spraw Zmian Klimatu (Intergovernmental Panel on Climate Change, IPCC) do 2030 roku należy zredukować globalne emisje o 45 procent, a do 2050 roku do zera. To wprawdzie nie uchroni nas przed katastrofą klimatyczną, ale zwiększy nasze szanse na uniknięcie najczarniejszych scenariuszy. Jednak globalne emisje wciąż rosną i marne to pocieszenie, że wzrost ten jest mniejszy niż kilka lat temu.

Zmienia się podstawowe pytanie architektury. Czy powinniśmy jeszcze w ogóle wznosić nowe budynki?

W maju Światowa Organizacja Meteorologiczna (World Meteorological Organization, WMO) opublikowała raport, z którego wynika, że już między 2023 a 2027 rokiem temperatura Ziemi może się podnieść o 1,5 stopnia Celsjusza. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza eksperci i ekspertki z WMO oszacowali na 66 procent. Warto dodać, że wcześniejsze raporty IPCC zakładały, iż stanie się to dopiero między 2030 a 2055 rokiem. Skala redukcji emisji, jakich musimy dokonać, i obecny udział architektury w tych emisjach oznaczają, że musimy budować mniej.

Więcej budynków, więcej emisji

Pod koniec ubiegłego roku Warszawę odwiedził Daniel A. Barber – badacz architektury i autor książki Modern Architecture and Climate: Design Before Air Conditioning (Nowoczesna architektura i klimat: projekt przed klimatyzacją) poświęconej właśnie wpływowi architektury na planetę.

– Cały czas wzrasta energetyczna efektywność budynków – mówił mi Barber. – Nowe obiekty są pod tym kątem lepiej zaprojektowane: nie tracimy w nich tak dużo ciepła jak kiedyś, nie trzeba też ich już tak mocno chłodzić. Często korzystają również z odnawialnych źródeł energii, takich jak słońce czy geotermia. To jest teoretycznie dobra wiadomość. Kłopot w tym, że równolegle ciągle rosną emisje z architektury. Co to znaczy? Że wciąż budujemy więcej i więcej. Rozwiązanie tego problemu jest jedno: musimy przestać to robić, żeby w przyszłości ten bilans zaczął się spinać.

Tłumacząc z fachowego na ludzki, Barber zauważa, że nie da się zredukować emisji z architektury, wybierając mniejsze i bardziej szczelne okna, robiąc zielone dachy, montując pompy ciepła i wieszając na ścianach kolejne certyfikaty energooszczędności. – Nie ma innej drogi – mówi. – Trzeba przestać stawiać zbędne budynki.

Zbędne, czyli jakie? Oto pytanie, które potrafi zamienić każdą dyskusję o architekturze w kibolską ustawkę. – To pytanie o potrzebę i zbędność staje się tak naprawdę dość proste, gdy przyjrzymy się podmiotowi pytającemu – wyjaśnia Daniel A. Barber. – Jeśli jest nim uśredniony użytkownik miasta w kraju globalnej Północy, jasne się staje, że potrzebujemy wielu budynków, które to miasto tworzą. Musimy gdzieś jeść, spać, pracować. Nikt tego nie kwestionuje.

Zdaniem Barbera kłopot tkwi w tym, że budynków potrzebują też politycy, by udowadniać swoją sprawczość. Architektura od wieków im służy: jest manifestacją władzy, prestiżu i deklarowanych przez wspólnoty wartości. Drugą, może nawet ważniejszą grupą, której zależy, żeby ciągle budować, są inwestorzy. Architektura jest dziś potężnym narzędziem obrotu i kumulacji kapitału. A architekci i architektki często służą temu kapitałowi.

Przeczytaj też: Czego nie wiecie o miejskich chaszczach

– Nie trzeba być ekonomistą, by to rozumieć. Przerabiacie to właśnie w Polsce – tłumaczył mi Barber. – Nawet przy niższej inflacji jednym z najbardziej racjonalnych sposobów inwestowania pozostaje zakup mieszkania w dobrej lokalizacji. Albo postawienie biurowca, który tylko dlatego, że jest bardzo wysoki, zwielokrotnia powierzchnię działki. I nieważne, że to mieszkanie i ten biurowiec będą stać puste nawet kilka lat. W końcu się zwrócą. Fiskalnie ma to głęboki sens, to dobre inwestycje. Ekologicznie to katastrofa.

O tym wszystkim pisze również holenderski architekt Reinier de Graaf w znakomitej książce Cztery ściany i dach. Zwraca on uwagę, że w drugiej połowie XX wieku, wraz z rewolucją konserwatywną Ronalda Reagana, Margaret Thatcher i ekonomistów ze słynnej neoliberalnej szkoły chicagowskiej, obietnica akumulacji kapitału poprzez ciężką pracę straciła na aktualności. To właśnie wtedy zaczęło stawać się jasne, że najlepszym źródłem bogactwa jest kapitał. Który właściwie inwestowany generuje jeszcze więcej kapitału.

Obszary zabudowane, zwłaszcza zaś budownictwo mieszkaniowe, zmieniły swoją rolę. Zamiast zapewniać schronienie, stały się środkiem generującym zyski finansowe.

De Graaf, powołując się na słynny Kapitał i ideologię Thomasa Pikkety’ego, wskazuje, że właśnie w latach 70. i 80. zyski z pracy i produkcji stawały się mniej istotne niż zyski z kapitału. Oznaczało to, że mieszkańcy globalnej Północy ciągle się bogacili, ale już nie dzięki swojej pracy, tylko dzięki bogactwu, które zgromadzili wcześniej. Wtedy też, jak pisze de Graaf, „obszary zabudowane, zwłaszcza zaś budownictwo mieszkaniowe, zasadniczo zmieniły swoją rolę. Zamiast zapewniać schronienie, stały się środkiem generującym zyski finansowe. Budynek nie pełni już funkcji użytkowej, jest tylko czymś, co będzie się posiadać (w nadziei na stopniowy, następujący z upływem czasu wzrost jego wartości inwestycyjnej, nie zaś użytkowej)” (przeł. Grzegorz Piątek).

W efekcie rozpowszechnił się na pozór neutralny termin „rynek nieruchomości”. A to z kolei zasadniczo zmieniło definicję zawodu architekta – stał się on, zdaniem de Graafa, po prostu ekonomistą. „Jest to również moment, w którym architektura staje się niemożliwa do objaśnienia (przynajmniej według kryteriów, których architekci zwykle używają do tłumaczenia architektury). Logika budynku już nie odzwierciedla w pierwszej kolejności jego zamierzonego sposobu użytkowania, ale służy głównie promocji »globalnych« pragnień ujmowanych w kategoriach ekonomicznych” – pisze de Graaf.

Łukasik nie odmawia

Tamtego dnia w Łodzi, po wysłuchaniu wystąpień trzech innych panelistek, Łukasik zaczął swój występ od żartu:
– Przypomina mi się taki dowcip, jak to architekt przychodzi na przyjęcie, staje w kolejce po drinka i ktoś go pyta: „A pan czym się zajmuje?”. „Jestem architektem” – pada odpowiedź. „O, i co pan dzisiaj spieprzył?”

Potem było już mniej śmiesznie.

Najpierw Łukasik pokazał zdjęcie lotnicze swojego rodzinnego Bytomia. Z lewej strony hałda węgla, z prawej duży trawnik.
– Wszyscy byśmy chcieli, aby granica między nimi była przesunięta możliwie najbardziej w lewo – mówił. – Aby hałdy było jak najmniej. Żeby przyrody było więcej.

Mimochodem dodał, że ten trawnik to pole golfowe.

Później na ekranie pojawiły się zdjęcia nowojorskiego Times Square.

– Pamiętam swoją pierwszą wizytę na Times Square kilkanaście lat temu. Była okupiona wielkim ryzykiem: pośród nielicznych przejść dla pieszych otoczony byłem zawsze gigantyczną liczbą ludzi, ale przede wszystkim dużą liczbą żółtych taksówek – usłyszeliśmy. – Wielkim szokiem było dla mnie to, jak to miejsce się przeobraziło. Oddano je mieszkańcom, co jest wyraźnym sygnałem, że coś się w tym świecie zmienia. I może zmienia się na lepsze.

Chyba mniej więcej wtedy zacząłem przecierać oczy ze zdumienia.

W tę zmianę na lepsze mają wpisywać się budynki i wnętrza projektowane przez pracownię Łukasika. Urządzony w starej lampiarni Bolko Loft, czyli własny dom architekta, kilka wnętrz klubów muzycznych i dwa domy jednorodzinne. Na jednej z wizualizacji Łukasik pokazał budynek stojący na skraju mokradeł w Kampinosie. Kontrapunktem dla nowoczesnej bryły jest czapla, rozkładająca skrzydła w oparach porannej mgły.

Łukasik pokazał budynek stojący na skraju mokradeł w Kampinosie. Kontrapunktem dla nowoczesnej bryły jest czapla, rozkładająca skrzydła w oparach porannej mgły.

– Często zlecenia polegają na tym, że inwestor zaciąga nas w swoje ulubione miejsce i mówi: „Kupuję tę działkę, chcę tę działkę dla tego widoku” – opowiadał. – Tak jak tutaj, w Kampinosie, na granicy parku narodowego, to koncept domu. Skoncentrowaliśmy się tam (…), żeby ten dom jak najmniej dotykał gleby. A to jest obszar podmokły, bagnisty, po którym chodzą czaple i łosie. Staraliśmy się zrobić jak najmniej interwencji i pozwolić temu terenowi namakać, nasiąkać, oddychać. A jednocześnie wynieść naszego inwestora na pewną wysokość, żeby tak jak z ambony mógł obserwować i fotografować to, co się tam dzieje.

W tym momencie po widowni przeszedł pierwszy, wyraźnie słyszalny szmer.

– Drugi projekt został zrealizowany w Bieszczadach. Inwestor chciał mieć widok na swój ukochany Otryt, więc architekci tak ustawili budynek, by nawet z okien łazienek roztaczała się ulubiona panorama klienta. – Ważne było dla nas, by momenty przyjazdu do tego wakacyjnego domu i wyjazdu z niego były symboliczne: zjeżdżanie samochodem, światła reflektorów. Kadr na Otryt i bieszczadzkie połoniny. Ten letni dom ma 352 metry kwadratowe powierzchni.

Na koniec obejrzeliśmy biurowiec i osiedle w Katowicach. Omawiając to drugie, Łukasik zauważył, że mieszkania są tam wyposażone w rolety chroniące przed nadmiernym nagrzewaniem. Nie wspomniał, że na tym osiedlu wielkopłaszczyznowe okna wymuszą montaż klimatyzacji. Niemal wszystkie lokale mieszkalne zostały do tego przygotowane, a najdroższe apartamenty, na najwyższych piętrach, są już w nią wyposażone.

Po krótkiej przerwie zaplanowano dyskusję. Na pytania o zasadność projektowania drogich jednorodzinnych domów na terenach cennych przyrodniczo Łukasik odpowiadał, że przecież każdy musi gdzieś mieszkać.

– Nie zamierzam dzielić ludzi na lepszych i gorszych tylko dlatego, że jedni mają więcej pieniędzy, a drudzy mniej – wyjaśniał. – Nie znam biednych, którzy przychodziliby do architekta po projekt. Bo architektura to droga rzecz. Nawet postawienie budynku z mieszkaniami socjalnymi kosztuje i ktoś musi na to wyłożyć pieniądze. Pokazałem, gdzie mieszkam, mógłbym was zapytać, gdzie wy mieszkacie, czy wietrzycie, czy macie klimatyzację? – pytał.

Za każdym razem słyszałem, że „wszyscy musimy gdzieś mieszkać” i że „jeśli my tego nie zrobimy, to na pewno znajdzie się ktoś gorszy od nas, kto nie będzie miał żadnych oporów”.

Co ważne, Łukasik uosabia postawę dominującą w polskim środowisku architektonicznym. To, co mówił w czasie tamtej debaty, nie było wyjątkowe. Wypowiadał wręcz poglądy, które słyszałem dziesiątki razy, także z tamtej łódzkiej sceny. To na niej profesorka Ewa Kuryłowicz kilka lat wcześniej tłumaczyła, że jeśli ona nie zaprojektuje jakiegoś budynku, to z pewnością zrobi to za nią ktoś inny. I to tam Jerzy Szczepanik-Dzikowski z pracowni JEMS Architekci wyznawał, że mając dużą pracownię na utrzymaniu, nie może sobie za bardzo pozwolić na projektowanie budynków zeroemisyjnych. A Tomasz Konior dodawał, że „nawoływaniem, żeby ludzie z czegoś rezygnowali, wiele nie zmienimy”.

Od kilku lat z upodobaniem zadaję czołowym polskim architektom i architektkom pytanie, czy wyobrażają sobie, że odmawiają zaprojektowania jakiegoś budynku, ponieważ z różnych powodów jest on zbędny albo szkodliwy. Zrobiłem to kilkadziesiąt razy i niemal za każdym razem słyszałem, że „wszyscy musimy gdzieś mieszkać” i że „jeśli my tego nie zrobimy, to na pewno znajdzie się ktoś gorszy od nas, kto nie będzie miał żadnych oporów”. To właśnie dlatego Łukasik wyjeżdżał z Łodzi tak wkurzony. Też został tam skonfrontowany z tym pytaniem.

– Mówimy o architekturze, pytacie, z czego tu rezygnować. To może zapomnijmy także, że odkryliśmy ogień, przestańmy podgrzewać mięso, nie przygotowujmy niczego. Na ile każdy z was jest na to gotowy? – rzucił ze sceny.

Rozpoczęta na Archibloku dyskusja przeniosła się na chwilę do mediów społecznościowych. W komentarzach pod kilkoma postami odbyła się rytualna walka plemion (sam brałem w niej udział). Jedno z nich dostrzega konieczność rewizji podstawowych pytań związanych z architekturą i widzi sens w kwestionowaniu zasadności powstawania niektórych budynków. Drugie nie przyjmuje takiego scenariusza do wiadomości.

Koszty ekologiczne architektury zmuszają nas jednak do przemyślenia, czy obrót kapitałem jest wystarczającym uzasadnieniem powstawania nowych budynków. Najlepiej (i najdelikatniej) ujęła to Małgorzata Kuciewicz, która w czasie tej łódzkiej dyskusji powiedziała: – Dla mnie największym zaskoczeniem ostatnich kilku lat jest to, jak szybko stało się oczywiste, że działanie na podstawie starych protokołów przestało być możliwe.

Nie można traktować architektury jako narzędzia inwestycyjnego, jeśli chcemy zdobyć zdolność diagnozy, których budynków naprawdę potrzebujemy.

I miała na myśli nie tyle rzeczywistość architektoniczną, w jakiej żyjemy, ile tę, w jakiej powinniśmy się znaleźć, jeśli chcemy konstruktywnie odnieść się do kryzysu ekologicznego. Nie da się już myśleć o projektowaniu budynków w taki sposób, w jaki myślano przez cały XX wiek. Nie można też traktować architektury jako narzędzia inwestycyjnego, jeśli chcemy zdobyć jakąkolwiek zdolność diagnozy, których budynków naprawdę potrzebujemy. Ale na tym właśnie polega dramat tego, co w dyskusjach klimatycznych określa się angielskim terminem business as usual. Do części mieszkańców planety dotarło już, że tak jak dotychczas nie da się dalej funkcjonować – przynajmniej jeśli zakładamy funkcjonowanie tego świata dłuższe niż kilkadziesiąt lat.

Dla planety tylko fantazje

Czołowi polscy architekci i czołowe architektki wypierają konieczność tej zmiany ze świadomości. We wrześniu 2022 roku w warszawskim Zodiaku została otwarta wystawa Antropocen przygotowana przez zespół Narodowego Instytutu Architektury i Urbanistyki.

„W przyszłość architektury i jej rolę w każdej z kategorii pułapu ekologicznego zaglądamy poprzez instalacje zaproszonych projektantów i projektantek – pisali kuratorzy wystawy Kacper Kępiński i Adrian Krężlik. – Szukali oni sposobów takiego projektowania i funkcjonowania architektury, które nie tylko nie szkodziłyby planecie, lecz także miałyby potencjał regenerujący dla środowiska. Te koncepcje udowadniają, że inna architektura jest możliwa”.

Przeczytaj też: Architektura wobec kryzysu klimatycznego

Gdy jednak wczytać się w listę pracowni biorących udział w ekspozycji, próżno tam szukać najlepszych, największych i najbardziej renomowanych biur. A to przecież one mają zaplecze, zasoby, fachowców i pieniądze, by pozwolić sobie na odrobinę fantazjowania o architekturze, która nie niszczy świata, ale go ratuje. Małe biura zakładane przez młodych muszą przecież walczyć o byt na brutalnym rynku. Te duże, uznane i prestiżowe powinny wziąć na siebie ciężar odpowiedzialności, być liderami zmiany. Wiele wskazuje jednak na to, że wolą postępować wręcz odwrotnie.

Jeszcze w czasie trwania wystawy w Zodiaku dowiedzieliśmy się, że jedna z najbardziej utytułowanych pracowni w Polsce – Kuryłowicz & Associates – razem z międzynarodowym gigantem Foster + Partners zaprojektuje terminal Centralnego Portu Komunikacyjnego. Trudno chyba o bardziej wyrazisty symbol negatywnego wpływu architektury na planetę, jak budowa monstrualnego, przeskalowanego i zdaniem wielu ekspertów kompletnie zbędnego lotniska. No, ale za sam projekt tego molocha opracowujące go biura zgarną 856 milionów złotych.

Francuzi dają przykład

Jeśli chcemy poszukać we współczesnej architekturze kogoś, kto próbuje dokonać realnej zmiany na lepsze, bez wątpienia powinniśmy spoglądać w stronę Francji. W 2021 roku najbardziej prestiżowa nagroda architektoniczna na świecie – Nagroda Pritzkera – została przyznana paryskiej pracowni Lacaton & Vassal, założonej w 1987 roku przez dwoje architektów: Anne Lacaton i Jean-Philippe’a Vassala.

Stawianie pierwszych architektonicznych kroków właśnie w Afryce nauczyło ich pracy ze skrajnie ograniczonymi zasobami i korzystania z tego, co już jest na miejscu.

Pritzker jest przyznawany zawsze za dorobek. I już rzut oka na portfolio laureatów powoduje pewnego rodzaju dysonans. Ich pierwszy projekt to niepozorna „chata z trzciny” zaprojektowana w Niamey w Nigrze, dokąd Vassal wyjechał w latach 80., by rozpocząć praktykę. Lacaton odwiedzała go tam wielokrotnie. Po latach oboje podkreślali, że stawianie pierwszych architektonicznych kroków właśnie w Afryce nauczyło ich pracy ze skrajnie ograniczonymi zasobami i korzystania z tego, co już jest na miejscu.

W dorobku ich biura próżno więc szukać architektury spektakularnej i uwodzicielskiej wizualnie. Wśród zdjęć prasowych udostępnionych przez biuro Pritzkera dużo jest budynków pokrytych blachą falistą albo takich, do których doczepiono niezbyt piękne konstrukcje szklarniowe. Niektóre z tych obiektów wyglądają jak niedokończone, inne to po prostu zwykłe, odświeżone nieco bloki. Nie jest to architektura ikoniczna, manifestująca swoją obecność, taka, która „zgarnia nagrody”.

Jakby tego było mało, w uzasadnieniu decyzji z 2021 roku członkowie jury wskazywali także na historię jednego z miejskich placów w Bordeaux. Lacaton i Vassal dostali zlecenie na jego modernizację. Przyjrzeli się jednak temu miejscu dokładnie i uznali, że ich interwencja architektoniczna nie jest tam niezbędna. W rekomendacjach napisali, że wystarczy ten plac trochę częściej sprzątać oraz bardziej zadbać o drzewa. I wszystko będzie z nim w porządku.

– Dokonałem obliczeń i wyszło mi, że w tym czasie Lacaton i Vassal byli po czterdziestce – zachwycał się podczas ceremonii wręczenia nagrody Alejandro Aravena, przewodniczący jury. – To czas, kiedy chciałbyś dodać jak najwięcej projektów do swojego portfolio. Jednak ich postawa polegała na byciu fair w stosunku do dobra wspólnego rozumianego w szerszym kontekście.

„To, co istniało wcześniej, ma wartość, jeśli poświęcisz czas i wysiłek, aby przyjrzeć się temu uważnie – mówiła Lacaton w jednym z nielicznych wywiadów, jakich zgodziła się udzielić. – W rzeczywistości jest to kwestia obserwacji, podejścia do miejsca ze świeżym spojrzeniem, uwagą i precyzją… Aby zrozumieć zalety i wady oraz zobaczyć, jak możemy zmienić sytuację, zachowując wszystkie atuty tego, co już tam jest” (przeł. F.S.). Vassal zaś dodawał, że to także kwestia zwykłej ludzkiej życzliwości.

Właśnie dlatego niemal nigdy nie budują od zera. Projekty, które polegają na zabudowie pustej działki, po prostu ich nie interesują. Tym bardziej że ta pustka najczęściej powstaje w wyniku wyburzenia czegoś, co stało tam wcześniej, albo zajęcia terenu, który był niezabudowany. W obu sytuacjach stawianie tam czegokolwiek jest w rozumieniu Lacaton i Vassala aktem przemocy. „Transformacja to możliwość robienia więcej i lepiej z tym, co już istnieje. Wyburzenie jest decyzją łatwą i krótkoterminową. To strata wielu rzeczy – energii, materiałów i historii. Ponadto ma bardzo negatywny wpływ społeczny” – tłumaczą. Architektura to więc dla nich przede wszystkim dodawanie wartości temu, co jest.

W taki sposób podeszli na przykład do rozbudowy domu jednorodzinnego we Floirac we Francji, zrealizowanej w 1993 roku. Aby powiększyć jego powierzchnię, dobudowali do niego szklarniowy ogród letni, do którego mieszkańcy mogli przenieść część swoich codziennych aktywności. W 2017 roku, pracując na ponurym blokowisku Grand Parc wybudowanym w Bordeaux w latach 60., Lacaton i Vassal (wraz z Frédérikiem Druotem i Christophe’em Hutinem) zrezygnowali z rekomendowanego wyburzenia trzech bloków i zaproponowali powiększenie 530 lokali o obszerne tarasy – ogrody letnie, którymi „opakowali” istniejące budynki. Mieszkańcy zyskali dodatkową przestrzeń, metraże i funkcjonalność lokali znacząco się poprawiły. Prace prowadzono w taki sposób, by nikt nie musiał wyprowadzać się ze swoich mieszkań na czas remontu.

Gdyby szukać jakiegoś wizualnego znaku rozpoznawczego ich działalności, to z pewnością właśnie szklarnia mogłaby być jednym z nich. „Od początku badaliśmy szklarnie w ogrodach botanicznych z ich imponującymi delikatnymi roślinami, pięknym światłem i przezroczystością oraz możliwością prostej zmiany klimatu wewnątrz – tłumaczyła Anne Lacaton. – Byliśmy zainteresowani wprowadzeniem tej delikatności do architektury”.

W 2006 roku zostali poproszeni o zaprojektowanie pięćdziesięciu trzech mieszkań komunalnych na dość ciasnej działce w Saint-Nazaire. Zaproponowali budowę wspartej na prostych filarach betonowej płyty, pod którą umieścili mieszkania. Na niej zaś wznieśli trzytraktową szklarnię podzieloną na przestrzenie przynależne poszczególnym mieszkaniom. W ten sposób każde z nich zyskało dodatkową przestrzeń – mieszkańcy mogli ją zaaranżować, jak chcieli. Jedni zrobili na górze salon, inni miejsce do czytania albo pracy, jeszcze inni pokój dziecięcy.

W wywiadach Lacaton i Vassal podkreślają, że czynnik ekonomiczny ma dla nich istotne znaczenie w procesie projektowym – chcą tworzyć budynki tak tanie, jak to tylko możliwe.

Budynek zarówno na górze, jak i na dole jest wentylowany naturalnie – służą do tego staromodne przeciągi oraz różnego rodzaju blendy, żagle i inne przesłony ograniczające dostęp słońca. Całość miała kosztować nie więcej niż 5 milionów euro, żeby zgodnie z wytycznymi inwestora spełniać kryterium taniego budownictwa. Na swojej stronie Lacaton i Vassal pokazują zdjęcia poszczególnych, zaaranżowanych już przez mieszkańców lokali, a obok przykładowe ceny ich najmu. W wywiadach podkreślają, że czynnik ekonomiczny ma dla nich istotne znaczenie w procesie projektowym – chcą tworzyć budynki tak tanie, jak to tylko możliwe, zarówno na etapie budowy, jak i późniejszej eksploatacji.

„W przypadku Grand Parc rozbiórka i odbudowa została oszacowana na 160 tysięcy euro za mieszkanie, my natomiast wydaliśmy 52 tysiące euro” (przeł. Piotr Lewicki, Kazimierz Łatak) – wyliczała Lacaton w 2019 roku w wywiadzie opublikowanym na łamach „Architektury-Muratora”.

Oszczędność wpisana jest jednak w ich pracę nie po to, by dać inwestorowi wyższą stopę zwrotu z inwestycji. „Chcemy, by dzięki naszym projektom powstawały przestrzenie, na które będzie stać mniej zamożnych. Albo żeby w tym samym budżecie (cenie najmu) zmieścić większe, bardziej przestronne metraże”. Przykładowe ceny najmu na ich stronach mają zaś zapobiec spekulacji lokalami zaprojektowanymi przez architektów o światowej renomie.

Gdyby chcieć odnieść tę postawę do słów Łukasika, który tłumaczył nam w Łodzi, że biedni nie przychodzą do architektów i nawet wybudowanie mieszkań socjalnych dużo kosztuje, to trzeba by powiedzieć, że docelowymi klientami biura Lacaton i Vassal są zawsze użytkownicy ich budynków, a nie inwestorzy.

Nowa triada

Czasami myślę, że werdykt jury Nagrody Pritzkera z 2021 roku był dla polskiego środowiska architektonicznego czymś takim, jak wybór papieża Franciszka dla polskiego episkopatu. Oficjalnie trzeba było wyrazić uznanie i radość, ale nieoficjalnie można było zakładać, że nadciągają kłopotliwe zmiany.

Postanawiam porozmawiać o tym ze Zbigniewem Maćkowem, wrocławskim architektem. Kilka lat temu na łamach branżowego magazynu „Zawód: Architekt” Maćków zaproponował, by antyczną, świętą dla wszystkich architektów i architektek witruwiańską triadę „trwałość, użyteczność, piękno” zastąpić nową, która brzmi po prostu 3R. To dość powszechne w świecie projektowym pojęcie składające się z trzech nakazów: reduce (ogranicz), reuse (użyj ponownie), recycle (odzyskuj). W skrócie: musimy budować mniej i zamiast stawiać nowe obiekty, wykorzystywać twórczo te, które już mamy.

Budynki muszą być wielofunkcyjne i stwarzać możliwość rearanżacji, trzeba je wznosić z takich materiałów (a najlepiej prefabrykatów), żeby w przypadku koniecznej z jakichś względów rozbiórki można było skorzystać z nich ponownie. W swojej pracowni Maćków stworzył grupę Gęsto, której zadaniem jest właśnie wymyślanie takiej architektury na nowo. To architektoniczny think tank, w którym analizuje się różne sposoby realizacji zasady 3R w procesie projektowym i sprawdza, jak te sposoby mają się do twardych rynkowych reguł.

Odpowiedzialność spoczywa nie tylko na architektach i architektkach. W pierwszej kolejności zmiana podejścia musi nastąpić wśród inwestorów.

– Bo gdyby się głębiej nad tym zastanowić, to jest ogromne, niezwykle ciekawe wyzwanie projektowe – mówi mi Maćków.
Ta myśl nie daje mi spokoju. Konieczność rezygnacji z wznoszenia nowych budynków i ograniczenia ruchu budowlanego do naprawdę niezbędnych obiektów to dość oczywisty wniosek, płynący z wiedzy o zmianach klimatu i o udziale architektury w globalnych emisjach. W polskiej przestrzeni próżno szukać realizacji, które dowodziłyby, że ktokolwiek znaczący doszedł do takiego wniosku. I że środowisko architektoniczne dostrzega w tej sytuacji ciekawe wyzwania.

Odpowiedzialność spoczywa tu, rzecz jasna, nie tylko na architektach i architektkach. W pierwszej kolejności zmiana podejścia musi nastąpić wśród inwestorów. Ale dla projektantek i projektantów ten czas przynosi ogromną szansę. To oni i one mają w rękach wszystkie narzędzia, dzięki którym trzeba będzie zaprojektować ten nowy świat. Bo ograniczenie ruchu budowlanego wcale nie oznacza, że myślenie projektowe stanie się zbędne. Wręcz przeciwnie – będzie o wiele bardziej potrzebne i będzie wymagało większej pomysłowości i kreatywności.

– Architekci tworzący na przełomie XIX i XX wieku jeździli dorożkami i nosili zegarki na łańcuszku, a wymyślili, że w domu powinna być kanalizacja, dostęp do bieżącej wody i elektryczności – mówił Maćków na łódzkim Archibloku w 2019 roku. – Postulowali doświetlenie wnętrza, odważnie stosowali konstrukcje stalowe, eksperymentowali z materiałami i sposobami aranżacji przestrzeni. Krótko mówiąc, tworzyli awangardową architekturę, innowacyjne projekty, wybiegali myślą w przyszłość.

Przeczytaj też: Warszawa. Miejska wyspa ciepła

Dzisiaj my już w zasadzie rozmawiamy przez te zegarki, technologia zmieniła się niewyobrażalnie, a w większości przypadków mieszkamy w gorszych domach niż te zaprojektowane osiemdziesiąt lat temu. Nie o domy z futra chodzi, nie o domy ze śliny, nie o domy z mchu, tylko o architektoniczną odpowiedź na XXI wiek. To zarzut do nas, architektów, myśmy ten czas przespali.

Maćków dodał też, że w dobie wyzwań ekologicznych, jakie przed nami stoją, projektowanie i budowanie domów jednorodzinnych powinno być już właściwie zakazane. (Co w zamian? Zagęszczanie miast i istotne ograniczenie budowy nowych domów jednorodzinnych – o tym będę pisał w kolejnych odsłonach tego cyklu). – Kilku kolegów po tym występie odezwało się do mnie z mniej lub bardziej zawoalowanymi pretensjami – śmieje się w rozmowie ze mną.

– Dlaczego architekci nie chcą stać się częścią tej zmiany? Chyba lubią wyzwania? – pytam Maćkowa, mając w tyle głowy niezwykle pomysłowe projekty, za które Lacaton i Vassal zgarnęli najważniejszą nagrodę architektoniczną na świecie.

– To jest zawsze splot wielu okoliczności. Jako grupa zawodowa architekci całkowicie odkleili się od misyjności swojego zawodu
– odpowiada. – Tymczasem nadal są postrzegani jako zawód zaufania publicznego, mają to nawet wpisane w odpowiednie kodeksy.

Tak, znam to. Uwielbiam podczytywać wieczorami Kodeks etyki zawodowej architektów przyjęty przez Izbę Architektów w 2005 roku. Już w pierwszych zdaniach stoi w nim, że „architekci rezygnują z umowy o pracę, jeśli zakres obowiązków wymaga kompromisów zawodowych, grożących możliwością utraty zaufania publicznego” i „rezygnują z przyjęcia zlecenia, jeśli jego wykonanie wiązałoby się z naruszeniem postanowień niniejszego Kodeksu”.

Dalej jest o tym, że „szanują w swej twórczości wartości zastane, dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe i dbają o ich zachowanie i rozwój. Dążą do podnoszenia jakości życia i zamieszkiwania oraz jakości środowiska i otoczenia w sposób nienaruszający ich równowagi, działając z przekonaniem, że efekty ich pracy służą szeroko pojętym interesom wszystkich, którzy mogą oczekiwać pożytku i zadowolenia z nich”.

Już w pierwszych zdaniach Kodeksu etyki zawodowej architektów stoi, że „architekci rezygnują z umowy o pracę, jeśli zakres obowiązków wymaga kompromisów zawodowych, grożących możliwością utraty zaufania publicznego”

– Jesteśmy tak uwikłani w relacje z inwestorem, że możliwości ruchu są coraz bardziej ograniczone – tłumaczy mi Maćków. – Dla mnie ogromnym problemem jest na przykład to, że zwykle pracuję dla dewelopera: to on przychodzi z pomysłem, on go zrealizuje, a po kilku latach z tego wyjdzie. I to on, a nie docelowi użytkownicy, ma w rękach niemal wszelkie narzędzia perswazji. Nie jest to polska specyfika. Wymusza to rynek, ciągła konkurencja i imperatyw wiecznego wzrostu. Im większą jesteś pracownią, tym możliwości twojego oporu tak naprawdę maleją.

Maćków podkreśla, że jego pięćdziesięcioosobowy zespół od kilkunastu lat już się nie powiększa. Na stronie internetowej pracowni wisi informacja, że nie prowadzą rekrutacji.

– To świadomy wybór – tłumaczy. – Nie chcemy już rosnąć. Taka wielkość pozwala nam się utrzymać, zarabiać i jednocześnie nie zmusza nas do brania projektów, których nie chcemy robić. Dziś więcej propozycji odrzucamy, niż przyjmujemy. Ale daleki jestem od potępiania tych, którzy robią niemal wszystko, co przynoszą im duzi inwestorzy. Łatwo z perspektywy kogoś z zewnątrz mówić: dlaczego nie zrezygnowaliście z tego projektu? To przecież szklany biurowiec, lotnisko, centrum handlowe. A ty masz w tej pracowni sto osób, te osoby mają rodziny, kredyty, zobowiązania.

Pojawia się odpowiedzialność za pracowników, wiesz, że jak czegoś nie weźmiesz, to być może będziesz musiał kogoś zwolnić. Jeśli korzystając z momentów dobrej koniunktury urosłeś za bardzo, stajesz się więźniem tego wzrostu. I żeby było jasne, my jako pracownia też czasem robiliśmy i robimy takie rzeczy jak biurowiec. Rzeczywistość po prostu nie jest czarno-biała, warunki są trudne, wyzwania ogromne.

Głosem Rahma

Pod koniec marca 2023 roku w sopockim Grand Hotelu odbyła się Noc Idei. Wydarzenie pod tą nazwą od 2016 roku organizowane jest przez francuskie placówki dyplomatyczne na całym świecie. W tym roku takie debaty o największych wyzwaniach współczesnego świata odbyły się w 182 miastach. Hasłem było opatrzone znakiem zapytania słowo „Więcej?”. Zostałem zaproszony do dyskusji na ten temat w kontekście architektury razem z Grégorym Quenetem, historykiem środowiska naturalnego, i Philippe’em Rahmem, architektem i badaczem architektury.

Przeczytaj też: Sedes typu Hades, czyli modernizacja peryferyjna

Ucieszyłem się z tego zaproszenia, bo znam twórczość i teksty Rahma. Często jest on wymieniany jednym ciągiem z Anne Lacaton i Jean-Philippe’em Vassalem jako jeden z tych architektów, którzy próbują twórczo aplikować do swoich projektów refleksję nad antropocenem. Już w 2007 roku Rahm opublikował na łamach prestiżowego magazynu „Icon” manifest W stronę urbanistyki termodynamicznej, akcentując w nim rolę architektury w negatywnych przekształceniach klimatu Ziemi.

„Ocieplenie przestrzeni, podstawowa misja architektury, jest teraz zjawiskiem planetarnym – pisał Rahm w manifeście. – Dawna dychotomia architektoniczna między klimatem wewnętrznym, który jest sztuczny, a klimatem zewnętrznym, który był naturalny, przestaje istnieć” (przeł. F.S.). Ta zmiana ma jego zdaniem fundamentalny wpływ na nasze rozumienie tego, czym jest architektura w tych nowych warunkach.

Architektura musi generować nową naturę w tym sztucznym, globalnym środowisku. Architektura musi oddychać; musi stać się geografią i meteorologią.

„Jeśli atmosfera planety staje się sztuczna, czy sztuczny klimat budynku i miasta może stać się naturalny? Role się odwróciły! Architektura musi generować nową naturę w tym sztucznym, globalnym środowisku. Architektura musi oddychać; musi stać się geografią i meteorologią. Musimy zaangażować biologiczne, fizjologiczne, ekologiczne więzi między przestrzenią a ciałem, aby stworzyć miasto jako środowisko, budynek jako atmosferę, z ich zmianami temperatury, wilgotności i światła. Uciekając od funkcjonalności, architektura staje się otwartymi przestrzeniami, otwartymi klimatami, naturalnymi geografiami, oferującymi nieprzewidywalne sytuacje w czasie i przestrzeni, do swobodnej interpretacji przez swoich mieszkańców” – pisał Rahm.

Tamtego marcowego dnia zasiedliśmy więc w wygodnych fotelach na scenie sali balowej Grand Hotelu. Debatę poprzedziły krótkie wystąpienia prelegentów. Pech chciał, że tego dnia tłumaczenie konsekutywne, z którego mogliśmy skorzystać dzięki rozdawanym przy wejściu zestawom słuchawkowym, było bardzo słabe. Kto znał język prelegenta, mógł się dowiedzieć, o czym mówi. Kto, tak jak ja, nie władał francuskim, był skazany na oglądanie dość zawiłych diagramów i słuchanie zmagań tłumaczki z treścią wystąpienia.

Gdybym nie znał tekstów i prac Rahma oraz nie czytał wywiadów, których wcześniej udzielił, wyszedłbym z przekonaniem, że to, co miał do powiedzenia, było niespójne, naiwne i zanurzone w jakiejś alternatywnej rzeczywistości. Nic więc dziwnego, że pod koniec jego prelekcji w różnych punktach sali zaświeciły się ekrany telefonów tych, którzy stracili zainteresowanie tematem i postanowili jakoś przetrwać do części z poczęstunkiem.

Pomyślałem, że to właściwie dobra metafora współczesnej dyskusji o architekturze. Tylko wtajemniczeni zdają się rozumieć skalę wyzwań, jakie przed nią stoją. Reszta szybko traci zainteresowanie tematem i rozgląda się za czymś do jedzenia. Zwierzyłem się z tej analogii Rahmowi. Uśmiał się szczerze, a później powiedział:

– To jest czas przejściowy, nie unikniemy w nim frustracji. Ale kierunek jest jeden i w przyszłości będziemy oceniać architekturę i architektów właśnie pod kątem tego, czy wybrali właściwą drogę – zauważył.

W podobny sposób moje obawy rozwiewał Daniel A. Barber:

– Za dziesięć, dwadzieścia lat architekci i architektki będą zajęci głównie projektowaniem infrastruktury, która pozwoli nam przetrwać konsekwencje zmian klimatu. Dzisiaj odczuwamy je w mikroskali, ale one zaraz przybiorą na sile. Projekty trafiające w przyszłości do pracowni architektonicznych to na pewno nie będą szklane wieżowce czy luksusowe domy jednorodzinne gdzieś na przedmieściach. Raczej lokalne centra chłodzenia, budynki mieszkalne odporne na upały, przestrzenie miejskie gotowe przyjmować deszcze nawalne czy powodzie błyskawiczne. To będzie pasjonujące, ale zupełnie inne od tego, co jest teraz.

Szklane domy

W pociągu z Sopotu do Warszawy błąkałem się bez celu po internecie. Na jednym z portali poświęconych architekturze trafiłem na dyskusję dotyczącą wyburzenia kompleksu biurowego Atrium w centrum Warszawy. Pojawiło się w niej kilka głosów podnoszących, jak wielkim marnotrawstwem jest niszczenie całkiem dobrego budynku, który nieźle wpisał się w tkankę miasta i nadal dobrze pełni swoje funkcje. W jego miejscu stanie jednak wysoka, szklana wieża, która nawet przy uwzględnieniu kosztów rozbiórki da większy zwrot z inwestycji. Atrium już się zresztą pewnie zwróciło – z punktu widzenia ekonomii oderwanej od ekologii zajmuje więc tylko działkę, na której znów można zarobić. Ta nowa szklana wieża będzie się nazywała Upper One.

„To dokładnie tutaj, przy alei Jana Pawła II 23, w latach 90. kształtowała się kultura biznesowa stolicy. Stary biurowiec nie sprostał próbie czasu, a rozwoju gospodarczego miasta nie da się zatrzymać – tłumaczy Łukasz Ciesielski, dyrektor zarządzający spółki deweloperskiej Strabag Real Estate. – Rozpoczynamy zatem nowy etap w historii tej lokalizacji, który nazwaliśmy Upper One. Naszą ambicją jest, aby odpowiedzieć na niewykorzystany dotąd potencjał działki oraz rosnącą w Warszawie aktywność najemców. Wierzymy, że wysoki na 131,5 metra biurowiec, pierwszy w kraju wyposażony w system geotermii oraz wiele rozwiązań proekologicznych, zdefiniuje nowy standard miejsca pracy i wyznaczy trendy dla branży nieruchomości na kolejne lata”.

Nawet nie jestem jakoś specjalnie zdziwiony, że za projektem Upper One stoi pracownia Medusa Group Przema Łukasika.

Studium jest częścią cyklu Architektura 2.0.

Mecenasem cyklu Architektura 2.0 jest mLeasing.

Studium ukazało się w lipcowym numerze „Pisma” (07/2023) pod tytułem Zmiana najważniejszego pytania.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OSOBA OTRZYMA DOSTĘP DO MATERIAŁU PISMA.

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00