Twój dostęp nie jest aktywny. Skorzystaj z oferty i zapewnij sobie dostęp do wszystkich treści.


Czytaj i słuchaj bez ograniczeń. Zaloguj się lub skorzystaj z naszej oferty

Z Pismem u...

Timothy Snyder. Historyk zaangażowany

Czy Timothy Snyder to wciąż jeden z czołowych badaczy europejskich totalitaryzmów, czy uwikłany w polityczny konflikt ideolog?
rysunek Rafał Piekarski
POSŁUCHAJ

Gdyby umawianie się na wywiady z intelektualistami ze światowej pierwszej ligi porównać do chodzenia po górach, zdobycie kilkudziesięciu minut czasu Timothy’ego Snydera byłoby ośmiotysięcznikiem. Jesienią zeszłego roku amerykański historyk zamknął się w wiedeńskim Instytucie Nauk o Człowieku – założonej przez polskiego filozofa Krzysztofa Michalskiego pod patronatem Jana Pawła II i George’a Sorosa instytucji umożliwiającej naukowcom, pisarzom i dziennikarzom intensywne, studyjne wizyty. Pracuje tam nad nową książką; wyłączył telefon, odciął się od mediów społecznościowych, nawet od e-maila. Kontakt jest możliwy tylko za pośrednictwem asystentki, która umawia rozmowy. Gdy w końcu na początku lutego udaje mi się do Wiednia dodzwonić (wcześniej recepcjoniści Instytutu, na ogół w takich wypadkach życzliwi, odmawiali poproszenia Snydera do telefonu), mam pół godziny. Niewiele jak na liczącą pół tysiąca stron Drogę do niewolności, która właśnie ukazuje się w Polsce (Fragmenty Drogi do niewolności i O tyranii Timothy’ego Snydera podaję w przekładzie Bartłomieja Pietrzyka, Braci Karamazow Fiodora Dostojewskiego – Aleksandra Wata, Drugiego przyjścia Williama Butlera Yeatsa – Stanisława Barańczaka.).

–––––––––––––––––––

* W tym historycznym momencie dokładamy wszelkich starań, aby pomóc Wam zorientować się w tej złożonej sytuacji. Sięgamy w tym celu do naszego archiwum – materiały wokół Ukrainy udostępniamy za darmo.

–––––––––––––––––––

Dla Snydera, obecnie permanent fellow (stałego współpracownika i jednej z medialnych twarzy) Instytutu Nauk o Człowieku, to nie pierwszy pobyt w Wiedniu. Odwiedził go już w połowie lat 90. jako dwudziestoparolatek i przebył długą drogę, by ponownie znaleźć się w stolicy Austrii. Wychowany w niewielkim Centerville w stanie Ohio (szybka wycieczka za pomocą Google Street View ukazuje obraz miasteczka jak z horrorów Stephena Kinga: ratusz, liceum, tania restauracja i identyczne domki jednorodzinne), najpierw zdobył licencjat z historii na Uniwersytecie Browna. Później nadszedł czas na stypendium Marshalla na Oksfordzie, paryskie Centre National de la Recherche Scientifique, po Wiedniu (gdzie w latach 90. przebywał jako jeden z wielu stypendystów) z kolei na Harvard i Wydział Historii Uniwersytetu Yale’a, gdzie wykłada do dziś.

Zainteresowanie Europą Środkową i Wschodnią, z którego wynikły takie prace jak m.in. Skrwawione ziemie, narodziło się u niego już podczas studiów na Uniwersytecie Browna. – Byłem sztubakiem, w dodatku: naiwnym sztubakiem. Sądziłem, że Europa Środkowa i Wschodnia to ostatnie miejsce, w którym idea może się stać punktem zapalnym, powodującym przemianę organizmu politycznego – mówi mi podczas rozmowy przez Skype’a. Włada znakomitą polszczyzną; oprócz niej biegle posługuje się pięcioma innymi językami, a czyta jeszcze w dwunastu. Czas studiów Snydera przypadł na okres, kiedy na Zachodzie takie znaczenie idei negowano. To wtedy pewien niepozorny chicagowski politolog ogłosił na łamach „Foreign Affairs” esej, którego tytuł wkrótce miał stać się chętnie powtarzanym szlagwortem. Esej nazywał się Koniec historii, politolog zaś – Francis Fukuyama. Zainspirowany Condorcetem i Kojèveʼem, Fukuyama stwierdził, że liberalna demokracja i wolnorynkowy kapitalizm to połączenie najlepsze z możliwych i dlatego niedługo zapanuje na całym globie. Naturalną konsekwencją jego tezy była rezygnacja z zajmowania się ideami politycznymi innymi niż liberalizm – bo i po co, skoro urzeczywistnia on powszechne szczęście? Co więcej: po co szukać dla niego alternatywy, skoro ludzkość odkryła już, co dla niej najlepsze?

Timothy David Snyder (ur. 1969), historyk, profesor Uniwersytetu Yale. Specjalizuje się w dziejach Europy Środkowej i Wschodniej. Autor licznych książek, m.in. Rekonstrukcja narodów. Polska, Ukraina, Litwa, Białoruś 1569–1999, Czerwony książę, O tyranii. Dwadzieścia lekcji z dwudziestego wieku.

Młody Snyder nie zgadzał się z takim podejściem, uważając, że Europa Środkowa i Wschodnia są gruntem, na którym może udowodnić, że jest inaczej. – Ponadto byłem sentymentalny i uznawałem Europę Wschodnią za miejsce, które nie zostało dotąd przez Zachód zrozumiane. Kierowała mną ambicja, by zostać pierwszym amerykańskim naukowcem, który to uczyni. – Podczas trwającej dwie dekady kariery ambicja poskutkowała kilkoma książkami na temat totalitaryzmów, które w XX wieku naznaczyły kraje rozciągające się między Renem a Wołgą: Skrwawionymi ziemiami (o polityce eksterminacyjnej Hitlera i Stalina), Czarną ziemią (o Holocauście jako projekcie gospodarczym Hitlera) czy Czerwonym księciem (biografią Wilhelma Habsburga, zagorzałego nazisty i amerykańskiego agenta, który zmarł w sowieckim więzieniu). Prace owe były na tyle szczególne, że i w USA, i w Polsce przebiły się poza naukową bańkę, czyniąc Snydera nie tylko historykiem, lecz także zapraszanym do mediów komentatorem, publicznym intelektualistą, którego chętnie słuchają i widzowie CNN, i Netfliksa (w wyprodukowanym niedawno przez Leonarda DiCaprio dla tej platformy filmie o Stanisławie Szukalskim opowiada, w jakich ideologiach zakorzeniona była twórczość polskiego rzeźbiarza). 

W najnowszej swojej książce – Drodze do niewolności, która właśnie ukazała się w Polsce – Snyder łączy pasję politycznego komentatora z zacięciem historyka. Opisał w niej bowiem dzieje najnowsze: czas rosyjskiej inwazji na Ukrainę i wyboru Donalda Trumpa na prezydenta USA, starając się przekonać czytelnika, że wszelkie zmiany, jakie zaszły w światowej polityce w ostatnich latach, mają źródło w ideach – i to bardzo konkretnych. Pisząc o ostatnim pięcioleciu nie jako historyk, lecz jako człowiek zmianom tym niechętny, autor Czerwonego księcia postawił jednak pod znakiem zapytania swój warsztat badacza, dla wielu stając się liberalnym ideologiem, który jedynie zakłada od czasu do czasu kostium akademika. Chcę, by w rozmowie wyraźnie przyznał, że tak jest – lub temu zaprzeczył. 


historyk idei dariusz gawin stwierdził podczas debaty z Tomaszem Sawczukiem zorganizowanej w listopadzie ubiegłego roku przez Klub Jagielloński, że absurdem jest traktować kraje Europy Środkowej i Wschodniej jako peryferyjne. Stały się one według niego centrum politycznego wszechświata, bowiem to właśnie w nich jako pierwsze zaszły procesy, które dopiero kilka lat później wybuchły na Zachodzie (przykładowo: tak zdecydowane opowiadanie się koncernów medialnych po jednej albo drugiej stronie publicznej debaty). Snyder mógłby się pod tym stwierdzeniem podpisać. – Komentując sprawy zachodnie, mam tę przewagę, że to, co na Zachodzie dopiero się dokonuje, na Wschodzie przybrało już pełny kształt – mówi mi. Drogę do niewolności otwiera osobistym (co jak na Snydera –nieopowiadającego za wiele o swojej prywatności, rodzinie, czy związku z historyczką Marci Shore – jest ewenementem) wspomnieniem z 2010 roku: urodził się wówczas jego syn. E-maile z tą informacją, które natychmiast rozesłał znajomym, zyskały następnego ranka tragiczny akompaniament: oto tupolew z ówczesnym prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie rozbił się w smoleńskim lesie. To, co nastąpiło potem – wykorzystanie tragedii poprzez zbudowanie wokół niej analogii do Katynia – w Drodze do niewolności Snyder traktuje jako jeden z pierwszych przykładów tego modelu myślenia o polityce, który kilka lat później, wraz z jaskrawymi krawatami, workowatymi garniturami i twitterowym nieokrzesaniem Donalda Trumpa, wdarł się do zachodniego dyskursu. „W kwietniu 2010 roku albo około tej daty – pisze w Drodze do niewolności– ludzki charakter uległ zmianie” . 

Snyder: Jeżeli wszyscy mielibyśmy być pragmatykami, to nie byłoby żadnej różnicy między mną, panem a Władimirem Putinem: każdy z nas działa wszak w celu spełnienia tego, na czym mu zależy.

Model ten Snyder określa mianem polityki wieczności i kontrastuje z innym modelem: polityką nieuchronności. Obydwa są według niego niebezpieczne, ponieważ negują znaczenie idei dla życia publicznego. Polityka nieuchronności, panująca w świecie Zachodu od początku lat 90., ze swym sednem wyrażonym przez Fukuyamę – przekonaniem, że na całym świecie po prostu musi niedługo zapanować liberalizm – sprawy publiczne uznaje za miejsce realizacji interesów, a ludzi za pragmatyków, motywowanych wyłącznie własnym dobrem. – Problem w tym – mówi mi Snyder – że jeżeli wszyscy mielibyśmy być pragmatykami, to nie byłoby żadnej różnicy między mną, panem a Władimirem Putinem: każdy z nas działa wszak w celu spełnienia tego, na czym mu zależy. Nie można o polityce myśleć wyłącznie przez pryzmat interesów – dodaje. Nie należy jednak o nich zapominać, jak robią to politycy wieczności właśnie, traktujący je z równie wielką jak idee dezynwolturą. – Polityk wieczności – wykłada sedno swojej koncepcji Snyder – twierdzi, że cała historia cyklicznie się powtarza. Jednym słowem: ktoś, kto był naszym wrogiem politycznym, etycznym czy nawet seksualnym przed wiekami, jest nim wciąż, a my ciągle jesteśmy jego ofiarami – mówi. Zarówno polityka wieczności, jak i nieuchronności są odporne na fakty: liczy się przetwarzająca je narracja, a tej obojętne jest, czy w 2008 roku wybucha kryzys finansowy, a w 2012 roku na plac Bołotny w Moskwie wychodzą tłumy protestujących. Pierwszego przypadku polityk nieuchronności nie zauważa lub interpretuje go jako wypadek przy pracy, drugi zaś polityk wieczności tłumaczy jako zainspirowany przez Hillary Clinton – przedstawicielkę państwa, które jest odwiecznym wrogiem Rosji. 

Polityka wieczności postronnemu obserwatorowi może zdawać się absurdalna, czasami nawet zabawna. Trudno wszak się nie roześmiać, usłyszawszy stwierdzenie „ulubionego mnicha Władimira Putina”, Tichona Szewkunowa, wedle którego skoro historia składa się z powtarzalnych cykli, obecny prezydent Rosji jest wcieleniem ruskiego kniazia Włodzimierza, który w X stuleciu panował nad Nowogrodem. Śmiech cichnie jednak, kiedy przypomnimy sobie, że to nie tylko pomysł mnicha starającego się przypodobać włodarzowi Kremla, lecz także myśl, którą Putin przedstawił w przemówieniu przed Dumą w 2012 roku, stwierdziwszy, że to za sprawą Włodzimierza Ruś i Ukraina są ze sobą nierozłącznie związane. Ten sam Putin w wywiadzie telewizyjnym po aneksji Krymu oznajmił, że powodem, dla którego półwysep musiał stać się częścią Rosji, było to, że właśnie tam ochrzcił się Włodzimierz. Przejęcie go, zdaniem Putina, było wypełnieniem historycznego cyklu, za którego inną inkarnację miał odbicie Krymu Turkom przez carycę Katarzynę i określenie go współcześnie brzmiącą „Noworosją”. Za inny taki cykl uważa Snyder fikcyjne rosyjskie wybory, które nijak nie zmieniają politycznego układu sił: „Rosjanie wierzą w nie jako w rytuał – mówił w rozmowie z Johnem Connellym na łamach portalu Public Books po ukazaniu się swej ostatniej pracy – nie mechanizm sukcesji”. 

Dziełem ostatnich lat – twierdzi Snyder w Drodze do niewolności – jest to, że polityka wieczności, wcześniej będąca domeną wschodnią, przedostała się na Zachód, podminowując liberalne demokracje, czego ludzie Zachodu nie zauważyli. „Rosja? To dla Amerykanów jedna wielka tajemnica z liderem na czele” – mówił Snyder parę lat temu podczas spotkania w praskiej Fundacji Václava Havla prowadzonego przez czeską dziennikarkę Lenkę Kabrhelovą. W Drodze do niewolności pragnie tę tajemnicę rozwikłać. 


rozróżnienie polityki wieczności i polityki nieuchronności nie pojawiło się po raz pierwszy w Drodze do niewolności. Snyder, który stwierdzenie o upadku znaczenia idei dla myślenia politycznego zapożyczył od swojego mistrza Tony’ego Judta (brytyjskiego historyka, autora monumentalnego Powojnia, który pod koniec życia opublikował zaangażowane politycznie Źle ma się kraj), wprowadził je już w 2017 roku w pamfletowej broszurze O tyranii. Broszura wzięła się z facebookowego wpisu, który autor Skrawionych ziem opublikował niedługo po zwycięstwie Donalda Trumpa. Udostępniony na portalu parę tysięcy razy post zawierał kilkanaście zasad, którymi winien kierować się obywatel w państwie rządzonym przez lidera zdradzającego ciągoty autorytarne. „Napisałem ją w pięć dni” – mówił o broszurze Snyder w rozmowie z Kabrhelovą. Podobnie szybko, jak została napisana, książka zaczęła cieszyć się popularnością; dość powiedzieć, że na spotkania zorganizowane ze Snyderem w Polsce latem 2017 roku uderzyły tłumy, a rok później nie dało się wejść do żadnej szanującej się księgarni w Nowym Jorku czy Chicago, by nie zostać zaatakowanym widokiem kremowej oprawy z czerwonymi i czarnymi literami na grzbiecie. 

O tyranii jednak, acz uczyniła Snydera popularnym wśród tych, którzy nieczęsto sięgają po prace historyczne, sprawiła także, że jej autor stał się obiektem krytyki ze strony środowisk inteligenckich, szczególnie młodszych i nastawionych bardziej lewicowo. 

– Wychowałam się we Francji, więc tradycja publicznych intelektualistów jest mi znakomicie znana – mówi mi profesor Marlène Laruelle, dyrektorka programu studiów euroazjatyckich na Uniwersytecie George’a Waszyngtona. – Sądzę jednak, że Snyder nagiął zasady sprawowania tej funkcji. Widzi samego siebie jako proroka rozgłaszającego narrację o tym, jak powinno się żyć. Co więcej, inaczej niż wielu publicznych intelektualistów nie pragnie angażować się w konstruktywny dialog ze swymi oponentami. Zachowuje się raczej jak samozwańczy kaznodzieja, dla którego mityczny i nieuchwytny liberalny porządek świata jest religią, w którą każdy powinien uwierzyć – dodaje. O ile nie zgadzam się z Laruelle w ocenie całego dorobku Snydera, o tyle sądzę, że w przypadku O tyranii jej uwagi są zasadne: broszura może sprawiać wrażenie, że oto czytelnik dostał do rąk pracę nie kogoś w rodzaju Tony’ego Judta, lecz Jordana Petersona (kanadyjskiego psychologa, guru alt-prawicy) – tyle że z drugiej strony ideologicznej barykady. Snyder przedstawił w swej broszurze dwadzieścia przykazań, których prostota na pierwszy rzut oka denerwuje. Podane w formie rozkazów kolejne rozdziały O tyranii domagają się, by człowiek, który pamflet przeczyta, „nie był z góry posłuszny”, „bronił instytucji”, „strzegł się państwa jednopartyjnego”, „nawiązywał kontakt wzrokowy i prowadził niezobowiązujące konwersacje” – to kilka haseł, które odnajdzie ktoś, kto zerknie na spis treści.

Kto postanowi poza spis treści wyjść, może zdenerwować się jeszcze bardziej. Korzystając ze swojego warsztatu historyka, Snyder przeprowadził w broszurze kilkanaście analogii między czasami nam współczesnymi a tymi, które czytelnicy znają z jego prac dotyczących totalitaryzmów pierwszych dekad XX stulecia. Już we wcześniejszych latach kładł duży nacisk na wpływ historii na współczesność: „Europejczycy potrzebują dziś Holocaustu, żeby cały czas sprawdzać siebie” – twierdził w 2015 roku w rozmowie z izraelskim „Haaretz”, a dwa lata później, w wywiadzie przeprowadzonym przez Marka Gustaferrę dla „The Yale Historical Review”, krytykował Amerykanów za to, że historię lekceważą: „Nie sądzą, że cokolwiek dla nas znaczy i uważają, że są wyjątkowi” – mówił. W O tyranii idzie jednak dalej, przykładowo opisując język, jakiego używa Donald Trump (co ciekawe, ani razu nie wymieniony z nazwiska; w rozmowie z Amy Goodman z zeszłego roku, dla programu Democracy Now! w National Public Radio, Snyder twierdził, że to dlatego, iż wątpi, by jego książka mogła zmienić charakter prezydenta), zwraca uwagę na wiele znaczeń, jakie prezydent USA nadaje słowu „naród”. Od razu zestawia Trumpową metodę z badaniami Victora Klemperera, niemieckiego językoznawcy pochodzenia żydowskiego, nad popisami retorycznymi Adolfa Hitlera. Podobnie zapowiedź Trumpa z czasów kampanii wyborczej dotyczącą wprowadzenia przepisów uniemożliwiających krytykę prezydenta uważa za tak samo ograniczającą wolność słowa, jak niektóre prawa w nazistowskich Niemczech. Złożoną przez prezydenta obietnicę walki z międzynarodowym terroryzmem u boku Rosji ma za wyciągnięcie przez (domniemanego) tyrana lekcji z pożaru Reichstagu w 1933 roku, w myśl której – pisze w O tyranii – „chwilowy wstrząs umożliwia wieczne podporządkowanie”. Na koniec rozdziału-przykazania, by zachowywać spokój, gdy nadchodzi „niewyobrażalne” – takie jak wspomniany pożar, atak na teatr na Dubrowce czy natarcie na Budionnowsk – cytuje fragment eseju Hannah Arendt o reżimach totalitarnych: „Przestałam sądzić, że można po prostu być obserwatorem”. Arendt, pospołu z Václavem Havlem, jest zresztą według Snydera jednym z patronów jego intelektualnej metody. „Mogłem napisać O tyranii tak szybko – mówił w rozmowie z Kabrhelovą – gdyż wiedziałem, co działo się w Trzeciej Rzeszy, w faszystowskich Włoszech, w Związku Radzieckim. Ale też dlatego, że tacy ludzie jak Havel byli moimi nauczycielami”.

Nie będąc obserwatorem w rozumieniu Arendt, Snyder nie jest także zaangażowany po jednej ze stron politycznego konfliktu w rozumieniu czysto partyjnym. Woli raczej zwalczać drugą – i w żaden sposób tego nie ukrywa. Kiedy, starając się zachować ostrożność, pytam go, w jaki sposób warsztat historyka tępi się w spotkaniu ze współczesnością, od razu tłumaczy moje słowa na to, czym były pod woalem uprzejmości: – Pyta pan o zaangażowanie – mówi, a ton jego głosu zdradza, że jest na to pytanie przygotowany. – Owszem. – Uważam zatem – stwierdza Snyder – że są takie momenty w naszej historii, kiedy zaangażować się po prostu trzeba. – W jaki sposób? – Ja angażuję się jako historyk. Gdybym był lekarzem, prawnikiem czy filozofem, angażowałbym się inaczej. W Stanach Zjednoczonych mam wielu przyjaciół wykonujących te zawody, którzy angażując się, korzystają z tego, co mają. I to, jak uczy historia, jest dobre. Weźmy lata 30. ubiegłego wieku: w Europie wówczas wszyscy, nie tylko intelektualiści, albo nie angażowali się w ogóle, albo angażowali się po niewłaściwej stronie.

Właśnie to, że Snyder angażuje się jako historyk, sprawia mi największy problem zarówno z O tyranii, jak i Drogą do niewolności. Jedna z głównych metod używanych przezeń do opisywania współczesnej nam epoki – historyczna analogia – zdaje się bowiem wywodzić z tego, co Snyder krytykuje, czyli polityki wieczności, która uniemożliwia obiektywne spojrzenie na opisywany problem. Podobnie jak ujmujący Smoleńsk jako nowy Katyń Antoni Macierewicz (uznany w Drodze za jednego ze zręczniejszych przedstawicieli polityki wieczności) Snyder opisuje zdarzenia z ubiegłego pięciolecia jako w swojej strukturze podobne do tych, które miały miejsce wiek temu albo wcześniej; zwraca także uwagę na symbole, budując dla przykładu kontinuum między krymską Noworosją a amerykańskimi konfederatami (ze względu na podobną flagę). „Niektórzy mają taki problem ze zrozumieniem naszych czasów – mówił Snyder w rozmowie z Goodman – gdyż uważają, że są całkiem nowe. To, co staram się powiedzieć, to odwrotność tego twierdzenia: sądzę, że większość tego już widzieliśmy”.

darowizna na rzecz fundacji pismo

Według autora Skrawionych ziem o ile taka metoda w dyskursie politycznym jest niebezpieczna, o tyle w dyskursie intelektualnym – już nie. – Jeżeli twierdzę, że pewne procesy, które oglądamy dzisiaj, są podobne do wydarzeń historycznych, nie dowodzę, że te ostatnie się powtarzają – mówi, gdy dopytuję o paralelę między jego metodą a polityką wieczności. Uznaje raczej taką sytuację za okazję, by wyciągać ze zdarzeń historycznych lekcję. – Właśnie z powodu owych podobieństw wiemy, że powinniśmy znów czytać takiego Václava Havla, Hannah Arendt czy Adama Michnika. Możemy mieć z nich korzyść. Myślę, że ludzie, którzy przeżyli podobne momenty dawno temu, pisali właśnie dla nas, żebyśmy z ich pism korzystali. O tym właśnie jest O tyranii: by pamiętać, jak było, i z tego czerpać, wiedząc, jak nasi poprzednicy przeżyli podobne momenty dziejowe. 


intelektualna metoda Timothy’ego Snydera – mówi mi profesor Laurelle – jest zbudowana na bazie łatwych oskarżeń: zachowuje się on jak ideolog, propagandysta, a nie uczony. Używa zniekształceń, jest niedokładny, selektywnie dobiera informacje i interpretacje, aby uzasadnić swój punkt widzenia. Nie bierze pod uwagę tych faktów, które jego wykładni przeczą – dodaje. Podobnie pisze na łamach „The Nation” Sophie Pinkham z Uniwersytetu Columbia, która nazywa wizję Snydera z Drogi do niewolności manichejską. Według nowojorskiej badaczki autor Skrwawionych ziem posługuje się zbyt łatwymi antagonizmami: Rosję przeciwstawia Zachodowi, tyranię zaś wolności, nie dostrzegając odcieni szarości. Przykładowo, opowiadając o protestach na kijowskim Majdanie z 2014 roku, nie pisze ani słowa o tym, jak wydarzenia te doprowadziły do wzrostu ultranacjonalistycznych nastrojów na Ukrainie. Chociaż jego zwolennicy twierdzą, że – jak ujął to w rozmowie z „Rzeczpospolitą” Sławomir Sierakowski – „Tim Snyder może być najbardziej bezstronny”, to według krytyków, pisząc historię, Snyder uprawia politykę. 

Młodzi lewicowi myśliciele i myślicielki nie są jedynymi, którzy zgłaszają zastrzeżenia do metodologii autora Skrwawionych ziem. Także jego starsze prace – choć przecież po częstokroć nagradzane, między innymi Carnegie Fellowship, VIZE 97, Leipzig Book Fair Prize czy Hannah Arendt Prize for Political Thought (jeśli z nagrodą wiązały się pieniądze, mówił Snyder w rozmowie z Gustaferrą, zawsze połowę oddaje tłumaczowi na język, w którego kraju praca została nagrodzona) – niejednokrotnie budziły sprzeciw. W 2010 roku, niedługo po publikacji Skrwawionych ziem, na łamach „Haaretz” w polemikę z amerykańskim historykiem wszedł jego kolega po fachu, Efraim Zuroff – urodzony w Nowym Jorku Izraelczyk, dyrektor jerozolimskiego Centrum Szymona Wiesenthala, który odegrał kluczową rolę w doprowadzeniu przed sąd w Zagrzebiu w 1999 roku hitlerowskiego zbrodniarza Dinka Šakicia. Zuroff zarzucił Snyderowi, że kierując się pobudkami politycznymi ważnymi dla czasów sobie współczesnych, nie zaś opisywanych, zrzuca odpowiedzialność za wybuch drugiej wojny światowej na Związek Radziecki, tym samym zrównując intencje Stalina (dla Zuroffa czysto polityczne, czego przykładem jest, że ZSRR paktował i z Trzecią Rzeszą, i z Wielką Brytanią) z intencjami Hitlera (kierującego się zbrodniczym instynktem, którego usprawiedliwieniem było pragnienie zdobycia dla rasy aryjskiej geograficznej dominacji w Europie). „Snyder lekceważy mordercze inklinacje nazistowskiego reżimu – pisał Zuroff – motywowaną ideologicznie, fanatyczną determinację, aby zniszczyć naród żydowski. Stalin, w istocie, był krwawym dyktatorem, lecz nie takim jak Hitler, a Związek Radziecki nie był Trzecią Rzeszą”. Uważać inaczej – argumentował – oznacza posługiwać się historią instrumentalnie.

Historyk zajmujący się jakimkolwiek okresem ma swoje ograniczenia. Ten, kto bierze na warsztat dzieje sprzed pięciu wieków, również obiektywny nie będzie, podobnie jak inni, którzy wgłębiają się w historię najnowszą.

„Nie zrównuję Hitlera ze Stalinem, przywołując ich pakt [Ribbentrop-Mołotow – przyp. W.E.] – odpowiadał Snyder Zuroffowi na łamach „The Guardiana”. – Obawiam się raczej, że pójście ścieżką rozumowania, którą Zuroff proponuje, oznacza przyjęcie metody polemiki, wedle której uprawianie intelektualnego namysłu jest z gruntu polityczne, polityka zaś jest nieodmiennie związana z opowiadaniem się po tej albo innej stronie. Wówczas to, co pozostaje z naszej pracy, niestety, to nie to, co mieliśmy na myśli, ale imputowane nam ideologiczne zobowiązania i polityczne agendy”. 

Gdy Snyder podejmował polemikę z izraelskim historykiem, był 2010 rok; choć ludzki charakter zdążył się już zmienić, rządzony przez Baracka Obamę, Angelę Merkel i Nicolasa Sarkozy’ego świat wciąż wyglądał tak, jakby to właśnie polityka nieuchronności miała w nim niedługo potwierdzić swój tryumf. Gdy rozmawiając ze Snyderem w 2019 roku, stawiam mu zarzut niepatrzenia na opisywane przez niego problemy obiektywnie, autor Skrwawionych ziem jest już ostrożniejszy. Twierdzi, że w jego warsztacie nie zaszła zmiana i jest on taki sam, jak wówczas, gdy pisał o totalitaryzmie lat 30. i 40. – Droga do niewolności to książka konserwatywna, oferująca czytelnikowi interpretację – twierdzi – ale taką, która jest zbudowana na chronologii i bezpośrednim badaniu źródeł. Historyk zajmujący się jakimkolwiek okresem ma swoje ograniczenia. Ten, kto bierze na warsztat dzieje sprzed pięciu wieków, również obiektywny nie będzie, podobnie jak inni, którzy wgłębiają się w historię najnowszą. W każdej nowej książce – dodaje – staram się zrobić coś, czego nie uczyniłem w poprzedniej; dlatego po Drodze do niewolności pragnąłbym zająć się etapem dziejów, który nie miał wpływu na współczesność. Niestety, jeszcze nie nadszedł na to czas. 

Chociaż zgadzam się ze stwierdzeniem o ograniczeniach wpisanych w przystępowanie do jakiegokolwiek namysłu, nie mogę nie dostrzec, że w przypadku Drogi do niewolności przyjmują one wymiar, którego w poprzednich pracach Snydera nie było – a przynajmniej nie w tak radykalnym stopniu. Podobnie uważa profesor Peter J. Verovšek z Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu w Sheffield, który wdał się w polemikę ze Snyderem na łamach portalu Eurozine. Gdy rozmawiamy w lutym, swoje zdanie podtrzymuje. – Jakkolwiek uważam, że praca ta jest pomocna w mapowaniu współczesnej sceny intelektualnej w Rosji – mówi mi Verovšek – sądzę, że ton, który z Drogi do niewolności pobrzmiewa, jest nazbyt polemiczny. Chcąc zdobyć bardziej szeroko pojętego czytelnika, Snyder używa argumentacji, która upraszcza skomplikowane idee. 

By być polemistą, trzeba mieć jasno zdefiniowanego przeciwnika; Snyder go w Drodze do niewolności ma. Przeciwnik ten nazywa się Iwan Aleksandrowicz Iljin.


ten czytelnik, który uznał ostatnie trzy słowa za błędnie zapisane nazwisko bohatera noweli Tołstoja o umieraniu, może się uspokoić: chodzi o kogoś innego, zachodniemu odbiorcy zupełnie nieznanego. Acz myśl Iljina wskazuje na jego bliskie pokrewieństwo z Carlem Schmittem (popularnym w ostatnich dwóch dekadach, także w Polsce, niemieckim teoretykiem polityki i filozofem prawa, który krótko należał do NSDAP; od tego czasu niesprawiedliwie ciąży nad nim czarna legenda „koronnego jurysty Trzeciej Rzeszy”), to nawet najbardziej obszerne anglosaskie kompendia myśli Niemca o Iljinie zapominają. – Tak, to prawda – konkluduje sarkastycznie Snyder, gdy pytam go o zachodnie milczenie na tema Iljina. – Jeżeli polega się na źródłach anglosaskich, trudno dostrzec znaczenie Iljina dla współczesnej Rosji i polityki Putina. Ja mam tę przewagę, że przeczytałem go po rosyjsku. 

Wstukany w Google Iljin na zdjęciu sprawia wrażenie Mefistofelesa z powieści Dostojewskiego: „rosyjski dżentelmen, już niemłody, qui frisait la cinquantaine, jak mówią Francuzi, z niezbyt widoczną siwizną w ciemnych włosach i w bródce ostrzyżonej w klin”. Tak naprawdę był rosyjskim szlachcicem, któremu w okolicach czterdziestki zawalił się świat: oto bowiem zdarzył się bolszewicki przewrót. Iljin opowiedział się wówczas po stronie kontrrewolucjonistów. Nie walczył jednak pod dowództwem Kołczaka ani Wrangla, lecz udał się na emigrację do Niemiec, następnie zaś do Szwajcarii, by tam opublikować kilka politycznych broszur, które zaraz po jego śmierci w 1954 roku zostały zapomniane i odkryte dopiero pół wieku później przez reżysera Nikitę Michałkowa, który z kolei podsunął je Putinowi. Iljin identyfikował się z włoskim faszyzmem (żałując nawet, że to Mussolini, a nie któryś z białych generałów wynalazł taką ideologię polityczną) i starał się dokonać jego translacji na grunt rosyjski, doprawiając irracjonalizmem i nacjonalizmem (uznawał przykładowo, że to Rosja jest przyszłym chrześcijańskim zbawieniem świata i dlatego nie należy postrzegać jej jako komunistycznego zagrożenia). 

„Łatwo jest Iljina lekceważyć – mówił Snyder w rozmowie z Eurozine – i twierdzić, że och, to idee, które mają sto lat. W archiwach CIA jest nawet profil Iljina, którego autor zlekceważył go, bo był złym pisarzem”. Tymczasem to silnie zakorzeniający myślenie polityczne w teologii Iljin, według Snydera, stał się wymarzonym myślicielem dla polityków wieczności, którzy korzystali z jego definicji polityki jako sztuki wskazywania i neutralizacji wroga, jak również żądania, by naród wybierał sobie przywódcę, któremu stawiał jedno wymaganie: miał być męski jak Benito Mussolini. Taki przywódca mógł zdaniem Iljina rządzić pomimo prawa, tym ostatnim czyniąc każdy swój kaprys. 

Brzmi znajomo? Z jednej strony: tak, i zapewne można przeprowadzić wywód, w ramach którego to z powodu Iljinowych rojeń o męskości (a nie dlatego, że kazali mu to uczynić PR-owcy) Władimir Putin wakacje spędza konno i z nagim torsem przemierza syberyjskie stepy. Można twierdzić, że to właśnie Iljin, zapomniany myśliciel z XX stulecia, odpowiada za rosyjski najazd na Ukrainę. Można uważać, że to
Iljinowskie (i – przy okazji – Gumilowskie) myślenie w kategoriach historycznych cykli zaprezentował Donald Trump, używając hasła pronazistowskiego amerykańskiego polityka i lotnika Charlesa Lindbergha, America first. Problem w tym, uważają krytycy Snydera, że obarczając w Drodze do niewolności Iljina winą za całe zło, którego Wschód i Zachód doświadczają w drugiej dekadzie XXI wieku, amerykański historyk nie pisze pracy naukowej, lecz fikcję. – Uprawia myślenie życzeniowe, które wynika z naiwnej wizji liberalizmu – twierdzi profesor Laurelle, która uważa, że absurdem jest wywodzenie współczesnej polityki z dzieła zapomnianego wszędzie poza Rosją filozofa. 

Snyder się z tym nie zgadza. Stawiać sprawę tak jak Laruelle, uważa, to przejawiać ukryty, zachodni kolonializm w podejściu do Europy Wschodniej, podczas gdy to właśnie ona, zwłaszcza Rosja, myśleniem w kategoriach polityki wieczności od kilku lat kolonizuje Zachód. – Na Zachodzie chcemy uznać, że Rosjanie to tacy ludzie jak my – wyjaśnia, gdy rozmawiamy. – Ja tymczasem twierdzę, że są zupełnie inni. Moim zadaniem w Drodze do niewolności było dostarczyć Zachodowi intelektualnego szoku i obudzić go ze snu, w którym polityka jest przestrzenią bezideowych interesów. Bo zachodnie przekonanie, że nie ma żadnej idei, także jest ideą.

Z całej Drogi do niewolności przebija przeświadczenie, że Zachód potrzebuje nowej idei politycznej – Snyder nie pisze jednak jakiej.


w eseju Jeż i lis z 1953 roku Izajasz Berlin stwierdza, że jakkolwiek historycy są nieźli we wskazywaniu scenariuszy politycznych, jakie mogą wyniknąć z danych wydarzeń, to kiepscy w wybieraniu tego, który zdarzy się na pewno. Snyder w Drodze do niewolności zdaje się podążać za jego wskazaniem: choć oskarżany o zachowywanie się jak liberalny kaznodzieja, nie pisze wprost, co w zachodnim myśleniu musi się zmienić, żeby mieszkańcy Europy i Ameryki nie byli tak podatni na proponowaną przez Putina i Trumpa politykę wieczności. Znajduję jednak w tej pracy wskazówkę, o którą pytam na sam koniec rozmowy: nacisk, jaki w finale Drogi kładzie na problem społecznych nierówności. 

Snyder przez dłuższą chwilę milczy. – Nierówność wynika właśnie z życia ideą, w myśl której żadne idee nie istnieją, a jeśli istnieją, to się nie liczą – mówi w końcu. – Konkretnie: nie istnieje żadna idea, która mogłaby być alternatywą dla amerykańskiej wersji kapitalizmu. To określa półwidoczne, a półukryte ramy naszego światopoglądu.

Światopogląd ów zdaniem amerykańskiego historyka zmienić się musi, gdyż nie przystaje do czasów, w których przyszło nam żyć. Określa je mianem niewolności dlatego, że nie mają wyraźnego odpowiednika w dotychczasowych dziejach globu. Kiedy Snyder to mówi, odczuwam ulgę: wreszcie przyznał, że nie dotyka nas prosta powtórka tego, co działo się bez mała wiek temu. – Nie chciałem pisać o zniewoleniu – dodaje, gdy pytam go o tytuł pracy – by nie dać czytelnikowi wskazówki, że polemizuję z Miłoszem albo Hayekiem. Używam neologizmu, żeby opisać całkowicie nową rzeczywistość – mówi, wskazując na różnice w odbiorze tego, co oglądamy na ekranach komputerów, a tego, co Weimarczycy widzieli na ulicach upadającej Republiki. To, co się jego zdaniem zmieniło, to nasza percepcja: wytresowana na powiadomienia z mediów społecznościowych i przygotowana na nieuchronność za sprawą takich tendencji, jak często lekceważone przez politologów uzależnienie od opioidów w zachodnich społeczeństwach. „Nie twierdzę – mówił w rozmowie z Johnem Conellym niedługo po publikacji Drogi do niewolności – że lata 30. się całkiem [na Zachodzie – przyp. W.E.] powtórzą. Wtedy dominowały gazety i radio, dziś internet, który za pomocą mediów społecznościowych, a nawet wyszukiwarek służy potwierdzaniu poglądów, które i tak już mamy” – dodawał, w Drodze do niewolności porównując sieć do wielkiego cienia z poematu T.S. Eliota. Zmienił się także sposób, w jaki świat się globalizuje. „Hitler – mówił Snyder w 2015 roku w rozmowie z „Haaretz” – był dzieckiem pierwszej wielkiej globalizacji: my dziś znajdujemy się w drugiej, która niesie ze sobą własne napięcia i zagrożenia”.

Dostęp online

Zapewnij sobie dostęp online do wszystkich tekstów, nagrań audio i wersji na czytniki.

Skorzystaj z oferty

Co się nie zmienia, to zdaniem amerykańskiego historyka nadzieja, jaka jest paradoksalnym udziałem tej sytuacji. Niektóre rzeczy widać w niej bowiem wyraźniej. „Doświadczyć rozpadu świata – twierdzi Snyder w Drodze do niewolności – oznacza zobaczyć go po raz pierwszy”. W czasach, w których, jak pisał Yeats, sokół już nie słyszy wołania sokolnika, można ujrzeć, że wieczność i nieuchronność są jedynie zwodniczymi politycznymi metodami działania: „sposobami doświadczania czasu, które przyspieszają pewne tendencje, spowalniając zarazem nasze myśli”. Dostrzec historię taką, jaką jest, uważa amerykański historyk, oznacza zaś także zaangażować się w jej zmienianie. „Uczestniczyć w tworzeniu świata – pisze – oznacza zobaczyć go po raz drugi”. Co jednak wówczas, gdy ujrzy się go takim, który nie zachęca do zaangażowania, za jakim opowiada się Snyder? Na to pytanie w Drodze do niewolności odpowiedź nie pada.

Newsletter

Pismo na bieżąco

Nie przegap najnowszego numeru Pisma i dodatkowych treści, jakie co miesiąc publikujemy online. Zapisz się na newsletter. Poinformujemy Cię o najnowszym numerze, podcastach i dodatkowych treściach w serwisie.

* pola obowiązkowe

SUBMIT

SPRAWDŹ SWOJĄ SKRZYNKĘ E-MAIL I POTWIERDŹ ZAPIS NA NEWSLETTER.

DZIĘKUJEMY! WKRÓTCE OTRZYMASZ NAJNOWSZE WYDANIE NASZEGO NEWSLETTERA.

Twoja rezygnacja z newslettera została zapisana.

WYŁĄCZNIE DLA OSÓB Z AKTYWNYM DOSTĘPEM ONLINE.

Zaloguj

ABY SIĘ ZAPISAĆ MUSISZ MIEĆ WYKUPIONY DOSTĘP ONLINE.

Sprawdź ofertę

-

-

-

  • -
ZAPISZ
USTAW PRĘDKOŚĆ ODTWARZANIA
0,75X
1,00X
1,25X
1,50X
00:00
50:00