Reportaż

Spółdzielnia pracy "Samorząd"

  • autor
  • Andrzej Andrysiak
rysunekDominik Nawrocki
Chcesz rozmawiać o robocie w samorządach? Dla mnie to superkomfortowa sytuacja. Mogę mówić prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. I tak nikt ci nie uwierzy, że to tak wygląda od środka.

No bo jak uwierzyć w taką historię? Pan Z. prowadził działalność gospodarczą, jakieś tam handel, hurt-detal, materiały budowlane i inna drobnica, ale nie szło mu najlepiej. W spółce działał, a wiadomo, co tam o spółkach ćwierkają jaskółki, więc się wymiksował. A że poszedł w prawicę, tak się jakoś intensywnie zakręcił, że trafił na listę i wylądował w radzie miasta. Prawica w koalicji ma swoje prawa, miejsc trochę robotnych się należy, to i Z. coś skapnęło. Został księgowym w powiecie, bo i tam koalicja miała coś do powiedzenia, no a przecież jeśli funkcyjny, to w jednostce podległej miastu nie może. Prawo takie dziwaczne, ale złamać ani obejść nie ma jak. 

Strasznie się wszyscy z Z. naśmiewali, bo o księgowości miał zerowe pojęcie, tyle co potrafił dodać w kalkulatorze, ale jak się należy z nadania koalicyjnego, to należy i już. 

Ten system stoi na jednym filarze – naiwności. Bez tej naiwnej wiary demokracja nie ma sensu. Wyborcy chcą być naiwni, chcą wierzyć, że przyjdzie nowa władza i coś zmieni. Ale nie zmieni. 

W tym powiecie też go nie uważali. Nie pytali o nic, nie dawali roboty, choć musieli tolerować. By mu jeszcze bardziej dokuczyć, zarządzili remont w pokoju. Sprowadził się do tego, że zabrali mu blat biurka. Siedział więc sobie Z. w pokoiku przy biurku bez blatu wytrwale osiem godzin, bo przecież za coś pensję pobierać trzeba, powrotu blatu w spokoju wypatrując. A gdy koalicja się rozpadła i nowe rozdanie przyszło, przeflancował się do nowych władców i zaraz dostał robotę w spółce komunalnej na kierowniczym stanowisku. Gdy go kto pytał, jak tam trafił, to szczerze, jak na spowiedzi odpowiadał, że w internecie było ogłoszenie, to CV wysłał. 

Albo w taką:

Startuje sobie pani P. z ugrupowania do rady, wynik całkiem dobry robi w okręgu, ale cała lista przepada, bo progu nie przekracza. Z mandatu nici. A ona dobra jest, o tym jest przekonana, swoje umie i potrafi, nie może się marnować na podrzędnym stanowisku. Aspiracje ma. Dyrektorskie. Nauczona doświadczeniem, w kolejnych wyborach idzie z drugimi, tymi, co to w powiecie, gdzie ona pracuje, siedzą w koalicji. Bierze mandat, ze swoim szczęściem się obnosi, ale jak pech to pech: koalicja się rozpada i nowi wchodzą. Zmienia więc P. błyskawicznie barwy, do nowych idzie i bach, za chwilę otrzymuje dyrektorską nominację. 

I jeszcze to:

Haruje w kampanii jeden z drugim, od rana do nocy na pełnych obrotach, by właściwy człowiek w wyborach sięgnął po najwyższy urząd, a tu wciąż kasy na kampanię mało i mało. Właściwy człowiek wpada na pomysł: weź ty człowieku kredyt, jeden z drugim, kredyt prywatny taki całkiem, na kampanię bokiem przeznacz, ja ci go spłacę, jak dojdę do władzy. Stanowisko takie dostaniesz, że z pensji na raty będzie, a i jeszcze splendor na ciebie spłynie, bo będziesz na świeczniku. Że ryzyko? Mogę nie wygrać? Kto nie ryzykuje, nie ma fruktów, twój wybór, kolego. Kredyt dali, w kampanię poszedł, właściwy człowiek wygrał. Uff.

 


najpierw odbywamytaniec. Telefony, namawiania, spotkania twarzą w twarz przy różnych okazjach. Nic z tego. Nawet anonimowo. Jak chcesz pisać o pracy w samorządzie, to pisz, ale mnie w to nie mieszaj. Opowiadałem ci to już nie raz, przy piwie, w tamtym miesiącu, pamiętasz? O tamtym rozmawialiśmy po sesji, tym, co jego żona, wiesz… 

Ale nie do gazety. Nigdy w życiu. O tajemnicach sypialni prędzej ci opowiem niż o tym. Bo ten system stoi na jednym filarze – naiwności. Bez tej naiwnej wiary demokracja nie ma sensu. Wyborcy chcą być naiwni, chcą wierzyć, że przyjdzie nowa władza i coś zmieni. Ale nie zmieni. To wżarło się w system. 

Miała być korporacja: procedury wymuszają zachowania, każdy szczebel robi swoje, szczebelek dodany do szczebelka tworzy drabinę, która wiedzie nas ku szczęśliwości wszelakiej i pomyślności. Sami się rządzimy, bo my, tu na dole, wiemy najlepiej. Wyszła pańszczyzna. Jak zwykle. Jakbyśmy mieli ją w genach. Prezydent czy wójt dzieli i rządzi, od niego wszystko zależne, on niezależny od nikogo, bo z bezpośredniego wyboru ludu ma władzę. Decyzje jego święte i niepodważalne, kto oponuje, wróg osobisty. Obywatel z kartką wyborczą w dłoni ma swoje święto raz na cztery lata, między świętami proszony jest o nieprzeszkadzanie. 

 


a przecież pomyślanebyło dobrze. Jeszcze przed upadkiem komuny grupa fascynatów z Warszawy i Łodzi, skupiona wokół profesora Jerzego Regulskiego, opracowała teoretyczne podwaliny pod samorząd terytorialny. Po przełomie było jak znalazł. Mazowiecki wziął ich pod swoje skrzydła, nabrali takiego rozpędu, że już w styczniu 1990 roku puścili cztery kluczowe ustawy do sejmu. Ten też się pospieszył i 27 maja zorganizowano pierwsze wybory. 

rysunekDominik Nawrocki

Ludzie z komitetów obywatelskich rzucili się na samorząd jak stęsknione dzieci na matkę. Rady były pełne solidarnościowych, ci byli tak zapaleni, że wszystko społecznie. Gdzie by tam kto w pierwszej kadencji o dietach myślał, skoro w końcu można samemu, na swoim. Remontowali, inwestowali, naprawiali, cały ten komuszy bałagan wzięli w karby i przemontowali. Miasta nabrały kolorów, cóż z tego, że pstrokatych, po latach szarówki i tak cieszyły oczy. Radni już nie pytali się góry o zgodę, już nie wystawali na ministerialnych korytarzach niczym chłop na pańskim progu. Teraz kłócili się, godzili, znów kłócili, znów godzili, bo było o co, i nie spoglądali za siebie. Jakież było ich zdziwienie, gdy w końcu okazało się, że po drogach da się jeździć, że ścieki są oczyszczone, a tam, gdzie przez lata sypano zwały gruzu, rośnie nowy park. Cóż z tego, że jeszcze z sadzonkami zamiast drzew, ale są. I rosną. Do dziś.

 


w końcu znajdująsię ci odważniejsi. Czterech. Czworo. Cztery. Ma być tak, żeby nikt nie rozpoznał. Kobietę zamień na mężczyznę, mężczyznę na kobietę, przecież to nie XIX wiek, jesteśmy tolerancyjni. Tylko pamiętaj, żadnych śladów. Ludzie przecież czytają. Głupi nie są, jak się wielu wydaje. Ciemny lud nic nie kupi, bo nic go nie interesuje, ale reszta cały czas filuje. Zwłaszcza jeśli to dotyczy ich. Przecież wiesz, gdzie żyjemy. 

 


wiem. radomsko,miasto w łódzkim. Bliżej mu do Śląska niż Warszawy. W papierach ma czterdzieści sześć tysięcy mieszkańców, ale to tak oficjalnie tylko, po meldunkach. A kto tam dziś pilnuje meldunków. Jeden na studiach w dużym mieście, drugi za granicą na arbajcie, obaj wciąż w ewidencji. Nazbierało się takich i z czterdziestu sześciu zrobiło się tych tysięcy czterdzieści. I ku odchudzeniu idzie, bo miasto zagrożone degradacją społeczno-gospodarczą, jak napisał poważny profesor w raporcie, co to go zamówił Morawiecki, jak jeszcze w Ministerstwie Rozwoju siedział. Degradacja postępuje, młodych ubywa, starzy starzeją się z godnością. Praca na szczęście jest, bo zakładów przemysłowych w strefie postawiali, ale pensje tam marne, a harować trzeba. 

Dystrybucja pracy jest najważniejszym narzędziem uprawiania polityki w samorządzie. Tu idzie się po robotę. Szeroko rozumianą: dla siebie, dla swojej rodziny, nową robotę, awans.

Ale za to historią można się pochwalić. Siedemset pięćdziesiąt lat stuknęło miastu dwa lata temu, obchody były i dumy co niemiara. Żołnierze wyklęci też są, a jakże, nawet bohater się miastu przynależy, bo „Warszyc” i jego Konspiracyjne Wojsko Polskie na tym terenie buszowali, o biało-czerwoną walczyli i krew przelali. Tylko z tą komuną poradzić sobie trudno, bo to za jej czasów z pipidówki ledwie dwudziestopięciotysięcznej miasto się rozrosło, uprzemysłowiło, nastawiało zakładów przemysłowych i bloków i wyrosło na pięćdziesięciotysięcznik. I co, cieszyć się z tego? To i kończy się ta historia na „Warszycu”, potem dziurę ma wielką i dopiero za pierwszej Solidarności znów się objawia.

Z tą Solidarnością to też wiadomo, jak było. Jak do władzy doszła, całe miasto rozpirzyła. Zakłady padły, ludzie też, bezrobocie, nędza i upadek. Dopiero teraz miasto się podnosi. 

 


ej, samo się nie podnosi, toż to ludzie za tym chodzą. Władza tyra, w urzędach buzuje, wszystko dla dobra okolicznej ludności. 

Ale ludność wcale nie zadowolona. Wyborów nie uważa. W takich gminach okolicznych to nawet więcej niż sześćdziesiąt procent stawia się do urn, by radnych i wójtów wybrać, a w mieście ledwie czterdzieści sześć. Najmniej w powiecie. Tak było w 2014 roku, cztery lata wcześniej to samo. Od dwudziestu czterech tylko dwie ekipy, na zmianę, w bezwzględnej walce na śmierć i życie. Raz jedna rządzi, raz druga. PiS i PO to przy nich cieniarze, palma pierwszeństwa w polsko-polskiej wojnie nie im się należy, my pierwsi tak się bijemy. Z tym, że oni się boją o państwo, my o robotę. 

 


musimy ich jakośnazwać, bez imienia to jakby człowieka nie było, niech więc będzie: Tomasz robi na swoim, nigdy z państwowego kasy nie ciągnął, z tych młodych i prężnych jest bardziej, ale działania mu się zachciało. To wystartował i wziął mandat. Jarek też z tych nowocześniejszych, ale prawak, czego się nie wstydzi, od dawna w urzędzie. Joanna jest z prawej strony, ma już swoje lata i na samorządzie zjadła zęby. No i Maciej, świeży jeszcze całkiem w samorządzie, ale już bez złudzeń.

– Nie sądzę, że to jest takie proste – mówi Jarek – że do samorządu ludzie idą tylko po to, żeby dostać robotę albo wzmocnić swoją pozycję zawodową. 

Więc siadamy przy biurku i liczymy.

Rada miasta to dwadzieścia jeden głów. Z tego dwóch emerytów, troje radnych prowadzi własne biznesy. Troje pracuje w banku, ale z tego dwójka ma żony w jednostkach podległych samorządowi. Jest jeszcze radny pracujący w prywatnej firmie, ale jego żona już w urzędzie. I weterynarz. Reszta to samorządówka: nauczyciel, dyrektor szkoły, wicedyrektor, pięcioro z jednostek podległych samorządowi, dwóch urzędników i jeden lekarz. W radzie powiatu podobnie: pięciu lekarzy, dwóch emerytów, siedmioro urzędników, jeden …

Zarejestruj się, by przez miesiąc czytać Pismo bez ograniczeń.

Liczba artykułów dostępnych w całości bez logowania się w naszym serwisie: 0 z 0

Zarejestruj się

FreshMail.pl